niedziela, 8 listopada 2015

25. Lieber spät als nie

<Marco>
   Po zajęciu miejsca w samochodzie okazało się, że Maria i Mario mają wobec mnie zupełnie inny plan. Wcale nie zamierzali niczego tłumaczyć od razu - Hiszpan uruchomił silnik i ruszył przez opustoszałe o tej godzinie, ze względu na trwającą sjestę, ulice Barcelony. Nie zadawałem pytań, gdyż spodziewałem się, że nikt na nie nie odpowie, więc po prostu czekałem. Przychodziło mi to z trudem, ale nie miałem wyboru.
   Zatrzymaliśmy się przed gustownie urządzonym domem, który pewnie należał do nich. Chłopak otworzył bramę, by wprowadzić auto na teren posesji, a jego dziewczyna wpuściła mnie do środka i zaprosiła do salonu. Czułem się coraz bardziej zdezorientowany, przez co ciężko było mi rozmawiać po angielsku. W zasadzie w ogóle nie chciałem z nimi rozmawiać, lecz to przekroczyłoby granice przyzwoitości.
   -Zapewne udaremniamy ci możliwość dotarcia na Camp Nou. - Maria bez jakiegokolwiek zapytania, kilka minut później, gdy do pomieszczenia wszedł także Casas, postawiła przede mną filiżankę kawowego napoju. -I o to właśnie chodziło.
   -Okej, czy w takim razie możemy przejść do konkretów? - poprosiłem, nerwowo strzelając palcami, na co aktor uśmiechnął się ironicznie. -Postawcie się w mojej sytuacji, niewiele rozumiem z tego przedstawienia.
   -A szkoda. - rzucił Mario usadawiając się obok ukochanej. -Marco, nie mogę uwierzyć, że musimy ci to tłumaczyć. Naprawdę sądziłeś, że ona ci to zrobiła?
   -Nie, żartowałem. - prychnąłem zaciskając pięści. Dlaczego, do jasnej cholery, ciągle prawił mi uwagi?! -Kręciłeś się wokół niej całymi dniami, więc jak to się miało skończyć?!
   -Wiem, co czujesz. - jego partnerka przesunęła się i położyła dłoń na moim ramieniu, chyba po to, by mnie uspokoić. -Niejednokrotnie przeżywałam to samo, ale za każdym razem się myliłam. I ty także znajdujesz się teraz w takiej sytuacji.
   -Nie wiem, jak mogłeś pomyśleć, że między Leną a mną do czegoś doszło. - ciągnął Mario. -Nawet na planie zdjęciowym nic podobnego nie miało miejsca. Ona mówiła o tobie każdego dnia, czekała na twój przyjazd, zastanawiała się, dlaczego nie odbierasz telefonu, co robisz. Powiedz szczerze: udałoby mi się ją poderwać, gdybym próbował?
   Gapiłem się na niego, faktycznie rozważając to, co przed chwilą usłyszałem. Miał bezsprzeczną rację - siostra Lewego nie należała do tego rodzaju kobiet, które łatwo zdobyć, a jako przykład mogę podać samego siebie. Przecież przekonanie jej do mojej osoby zajęło mi kilka długich miesięcy, dlatego, że kochała Štilicia, pomimo tego, że ją skrzywdził. Prawdopodobnie tak samo jest ze mną, lecz ja nie zraniłem jej zdradą. Zraniłem tym, że zostawiłem ją samą, bez słowa, bez żadnego 'do widzenia'. Akurat teraz.
   -Wahasz się, bo znasz prawdę. - kontynuowała Hiszpanka, dostrzegając, że się zawiesiłem. -I dobrze wiesz, że jej ciąża nie wynika z romansu między twoją dziewczyną i moim chłopakiem. Przecież tego dnia, kiedy przyleciałeś...
   -Wybacz, ale to nie wasza sprawa. - warknąłem stanowczo, patrząc im prosto w oczy. -Nie chcę cię urazić, ale pamiętam, co się wtedy stało.
   -Więc dlaczego odstawiasz takie sceny, co? - Casas znów na mnie naskoczył. -Zadzwoniła do mnie jakiś czas temu... Ciągle płakała, prosiła, żeby cię znaleźć, bo ona i Robert spóźnili się na lotnisko. Nie chciała dopuścić do twojego pojawienia się na stadionie, a my jej w tym pomogliśmy, tylko po to, by ci uświadomić, że nigdy z nią nie spałem. Nigdy nawet nie przyszło mi to do głowy, bo sam jestem zakochany, ale też dlatego, że nie miałbym u niej szans. Ona woli ciebie, pod każdym względem.
   -Tak właśnie jest, Marco. - potwierdziła Maria, śledząc każdą zmarszczkę na mojej zszokowanej twarzy. -Mario każdą noc spędzał i nadal spędza ze mną, w tym domu. Na wszystkie lunche, obiady czy inne wypady również wychodziliśmy w trójkę lub w większej grupie, by nie szukać sensacji. Więc powtórzę ci jeszcze raz, tak, by wreszcie to do ciebie dotarło: wkrótce zostaniesz ojcem i powinieneś być teraz przy swojej ciężarnej dziewczynie, a nie tutaj, w niewiadomym celu. Przecież nie chcesz wiązać się kontraktem z Barceloną...
   -A przynajmniej nie teraz. - dodał z uśmiechem Hiszpan. -Nie ukrywam, że fajnie byłoby zobaczyć cię tu w przyszłości. Jesteś naprawdę spoko facetem, stary, wiem to, choć nie znamy się zbyt długo, ale miałem dłuższy kontakt z Leną i... Cóż, nasłuchałem się o tobie. I daj już spokój, bo na serio nie zamierzam ci jej odebrać.
   -Czemu mam wam wierzyć? - spytałem dla pewności. Powoli zaczynałem bowiem pojmować sens tego całego uprowadzenia z lotniska i przeprowadzanej rozmowy. Koncentrowała się na jednym celu, który systematycznie osiągała, a lepiej późno, niż wcale.
   -A czemu miałbym cię okłamywać? - Mario odbił piłeczkę. -Bardzo lubię Lenę i ciebie też i życzyłbym sobie, aby wam się ułożyło, bo będziecie potrzebowali dużo spokoju.
   -I cierpliwości, to leży już tylko w twojej kwestii, Marco. Musisz jej bardziej zaufać, ale jeśli naprawdę ją kochasz, to najprostsze zadanie na świecie.
   Obserwowałem ich, a oni mnie. I chyba wszyscy staraliśmy się zrozumieć tą samą rzecz: jakim cudem, w wieku dwudziestu czterech lat i po długotrwałym, poprzednim związku trzeba mi tłumaczyć tak banalne fakty.


~~~


<Lena>
   Nie wiem, o czym myślałam, gdy wyobrażałam sobie, że nie będę panikować. Po powrocie do domu Lewandowskich Ania doszła do wniosku, że zaparzy dla mnie melisę, najlepiej od razu pół litra. Robert natomiast kazał mi automatycznie iść się położyć i myśleć pozytywnie, bo przecież zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, a cała reszta zależała od Marii i Mario. Obiecali, że odezwą się, gdy uda im się coś zdziałać, więc czas oczekiwania na jakąkolwiek wiadomość dłużył się w nieskończoność. Odbijało się to oczywiście na moim samopoczuciu, bo coraz bardziej się denerwowałam i męczyły mnie zawroty głowy, nie mogłam zasnąć nie wspominając o zjedzeniu najmniejszego posiłku. Poprosiłam najbliższych, by zostawili mnie na jakiś czas samą, ponieważ nie chciałam, by widzieli mnie w takim stanie. Nie potrzebowałam litości, dobijała mnie dodatkowo świadomość, że oni i tak się martwią, ale stałam na granicy wytrzymałości. Starałam się, lecz to praktycznie nic nie wnosiło.
   Prawie sześć godzin później zadzwoniła w końcu moja komórka, a kiedy na wyświetlaczu zobaczyłam dane Hiszpana, omal nie eksplodowałam z emocji. Zaczynałam już wierzyć, że utonęła ostatnia deska ratunku, a ona nagle wypłynęła na powierzchnię, dlatego z bijącym jak oszalałe sercem przesunęłam palcem po zielonej słuchawce. 
   -Lena? - usłyszałam pogodny, męski głos, ubarwiony charakterystycznym akcentem. -To ja. Wybacz, że tak późno, ale Reus to naprawdę twarda sztuka i ciężko zyskać jego zaufanie... A może tylko ja mam z nim taki problem?
   -Mario, nie obraź się, ale do rzeczy, błagam. - przerwałam mu zniecierpliwiona, gdy zaczął się śmiać. -Odchodzę już od zmysłów.
   -Niepotrzebnie, opanowaliśmy sytuację. Misja przebiegła zgodnie z planem.
   -To znaczy?
   -Marco dał się przekonać, że jestem grzecznym chłopcem i nic nas nie łączyło. - oświadczył dumnie, a ja odniosłam wrażenie, że wygrałam życie. W końcu błysnęło małe światełko w tunelu. -Wprawdzie upierał się trochę, że pewnie ściemniamy, że próbuję się wybronić, ale moja wspaniała dziewczyna ma dar przemawiania do ludzi, a on ją rozumiał. Powiedział też, że popełnił błąd i że musi go jak najszybciej naprawić. I wiesz co? Chyba się nawet polubiliśmy... Niemożliwe, prawda? A jednak!
   Uśmiechnęłam się sama do siebie. Byłam im obojgu tak wdzięczna, że zgodziłabym się na wszystko, czego by zażądali. Gdyby nie oni, Woody nadal obstawałby przy swoich błędnych teoriach, a ja straciłabym możliwość zbudowania normalnej, pełnej rodziny, na czym bardzo mi zależało. Czułam obniżający się poziom stresu, dlatego miałam prawo sądzić, że wszystko wróci do normy. Ostatnio niczego innego nie pragnęłam równie mocno.
   -Ale nie waż się powiedzieć mu, że na nagraniach pochwaliłem twój tyłek, bo wróci i pogrzebie mnie żywcem. - zażartował, na co nie potrafiliśmy się nie roześmiać. -Poważnie, to nadal nasz mały sekrecik. Maria też o niczym nie wie i niech lepiej tak zostanie. Może kiedyś.
   -Może kiedyś. - potwierdziłam rozbawiona, rozmyślając jednocześnie nad jednym faktem, który niespodziewanie mnie uderzył. -Mario, gdzie on teraz jest? Chciałabym...
   -Wyszedł, musi rozliczyć się z zarządem Barcelony. Na sto procent będą wściekli, gdy dowiedzą się, że jednak im odmówił... To wymaga czasu, podobno przygotowali dla niego wszystkie dokumenty i wystarczyło je jedynie podpisać...
   -Dużo nie brakowało, prawda?
   -Może godziny. - przyznał zamyślony, dzięki czemu odkryłam, że szykuje dla mnie jeszcze jedną nowinkę. -Lena, skarbie, zdajesz sobie sprawę, że on wróci najszybciej jutro wieczorem? Nie zabukował jeszcze biletu i spotka się z agentem nieruchomości, by zrezygnować z kupna mieszkania... Dziś nie zdąży tego załatwić. Nie martw się, przenocujemy go, nie zostanie tu sam. Skoro jest już w stanie normalnie na mnie spojrzeć, z chęcią mu pomogę.
   -Bardzo śmieszne. - odparowałam chichocząc mimo wszystko pod nosem. -W porządku, poczekam. Najważniejsze, że się opamiętał.
   -W takim razie akcja zakończona sukcesem. Powinienem chyba pójść na studia psychologiczne, co?
   -Dostaniesz moją rekomendację. Ogromnie wam dziękuję, Mario. Nie wiem, co by się stało...
   -Hej, mówiłem ci kiedyś, że możesz na mnie liczyć. - przypomniał, wielce oburzony, iż odważyłam się o tym zapomnieć. -W ramach zadośćuczynienia pozdrów braciszka i jego szanowną małżonkę oraz twojego bobaska, przekaż mu też, proszę, że ciocia Maria i wujek Mario nie mogą się już doczekać, aż go zobaczą. Odzywaj się czasem, okej?
   -Masz to jak w banku. - zaśmiałam się ponownie, przeczesując ręką splątane włosy. W ciągu tej pogadanki wydobywałam z siebie ten dźwięk częściej, niż w przeciągu całego minionego tygodnia. Małymi kroczkami odbudowywała się szara, lecz jakże wyczekiwana codzienność. I w amoku otaczającej mnie euforii nie przypuszczałam nawet, że spotka mnie jeszcze jeden zaskakujący epizod.


~~~


   Nazajutrz późnym popołudniem Bobek pojechał na nagranie jakiegoś programu z udziałem kibiców, natomiast jego druga połówka wyskoczyła na spontaniczne zakupy. Widząc mnie w o wiele lepszym stanie, nie stawiali większych oporów związanych z faktem, iż pobędę w domu całkiem sama. Anka powtórzyła mi tylko parę razy, by natychmiast dzwonić do niej w razie niebezpieczeństwa, a po chwili zniknęła. Tak więc wylegiwałam się w spokoju na kanapie, pochłaniając zbożowe ciasteczka, które niedawno osobiście mi kupiła, zastanawiając się jednocześnie, co się dzieje z Marco. Nie wyrzucałam mu, iż nie telefonował, a i ja nie przeszkadzałam mu, skoro był zajęty. Jedyne, co mnie frustrowało, to brak pewności, kiedy rzeczywiście przyleci do Niemiec. Uzbroiłam się jednak w cierpliwość, co okazało się trudniejsze, niż sądziłam.
   Interesujący proces przelewania wody z butelki do szklanki przerwał mi dzwonek do drzwi. Zastygłam na kilka sekund, ponieważ nie spodziewałam się gości, moment później zebrałam się jednak w całość i poszłam otworzyć. Postać, którą zastałam w progu, totalnie mnie zszokowała. Wszystkie dotychczasowe próby opanowania nerwów odeszły w zapomnienie, znów przywołując zaniepokojenie. Kobieta musiała to zauważyć, bo uśmiechnęła się sympatycznie, co kompletnie zbiło mnie z tropu. 
   -Mogę wejść? - spytała z wyraźnie wymalowanym na twarzy zdeterminowaniem. Uniosłam opryskliwie brwi, ale nie odpuszczała, lustrując mnie badawczo. Chyba nie miałam wyjścia. Nie będę się z nią szarpała.
   -Proszę. - odsunęłam się, by mogła przejść, ale zatrzymała się już po paru metrach. Czuła się bardzo nieswojo i dobrze - na przychylność z mojej strony nie mogła liczyć.
   -Powiem ci bez zbędnych wstępów, dlaczego tutaj jestem. - zaczęła odpinając guziki płaszcza, zatem nie zamierzała nawet usiąść. -Marco mnie o to poprosił. Od niego dowiedziałam się... Że jesteś... W ciąży. Gratulacje, Lena.
   Zerknęła na mój zaokrąglony brzuch, aż przeszyły mnie dreszcze, więc w geście ochronnym okryłam go dłońmi. Wolałam trzymać ją na dystans, dopóki nie odkryje wszystkich kart. Wciąż bowiem nie wiadomo, po co pojawiła się dziś w posiadłości Bobka.
   -Carolin, czego chcesz? - warknęłam przenosząc ciężar ciała na lewą stopę. Zawstydzona opuściła wzrok, wsuwając palce do kieszeni jeansów.
   -Przeprosić. - szepnęła kreśląc butem malutkie kółka na podłodze. -Wiem, jak z twojego punktu widzenia wyglądało to, co zastałaś tamtego dnia, ale Marco naprawdę nie miał z tym nic wspólnego. To moja intryga.
   -O czym ty mówisz? - zmarszczyłam czoło wpatrując się w nią przenikliwie. Westchnęła, głośno wypuszczając powietrze z ust.
   -O tym, że cię nie zdradził. - rzuciła, na co ugięły się pode mną kolana. -Uwierzysz mi lub nie, ale nigdy nie planowałam odbić ci chłopaka, jednak zazdrość wygrała. Nie wiem, co mną kierowało, że go prowokowałam, podrywałam i uwodziłam, ale szybko zrozumiałam, że to mija się z celem, bo on już nic do mnie nie czuje. Nie wiem, dlaczego postanowiłam się zemścić, tamtego ranka po prostu nadarzyła się idealna okazja. 
   -Po co...
   -Nie przerywaj mi, błagam, chcę mieć to za sobą. - uciszyła mnie jednym, zwykłym zdaniem, po czym kontynuowała. -Ty wyjechałaś do Kolonii, a on miał do ciebie żal o to, że nic nie wiedział. Byłam zaskoczona, gdy do mnie zadzwonił, ale nie odmówiłam, bo chciałam go wyłącznie wesprzeć. Za dużo wypiliśmy, więc pozwolił mi zostać, ma zdecydowanie za dobre serce... W nocy nie spędziłam ani minuty w jego sypialni, przysięgam. Wierzysz mi?
   -Nie wiem... - skrzyżowałam ręce na piersi, próbując poskładać wszystkie wiadomości. -Zjawiasz się tak znikąd, na polecenie Reusa i zasypujesz mnie tym wszystkim... Brzmi szczerze, ale abstrakcyjnie.
   -Chciałabym również uświadomić ci, że doskonale rozumiem, co czujesz. - wzięła głęboki wdech, bijąc się z własnym sumieniem. Może nie powinnam z niej tego wyciągać? -Lena, ja też niedawno zaszłam w ciążę... Ale nie miałam tyle szczęścia, co ty. Mój były już chłopak zostawił mnie, gdy tylko pokazałam mu wyniki badań... Kilka tygodni później okazało się, że straciłam to dziecko przez stres i nadmierny wysiłek. Proszę cię, nie powielaj tego błędu, bo w przyszłości będziesz tego żałowała tak bardzo, jak ja obecnie. Trafiłaś na faceta, który jest w stanie zaopiekować się tobą, jeśli się dogadacie. Wiem, co mówię.
   -Marco o niczym nie wspominał... - wykrztusiłam nie spuszczając z niej wzroku. Byłam tak oszołomiona, że wszystko, co usłyszałam, zlewało się w jedną całość. Carolin uśmiechnęła się słabo.
   -On nie zna prawdy. - przyznała zerkając na mnie niepewnie. -Wkręciłam mu, że przestaliśmy do siebie pasować, o więcej nie pytał. Lena, on i tak wróci, bo naprawdę cię kocha i nigdzie się bez ciebie nie ruszy. Przepraszam, że namieszałam... Gdybym nie dowiedziała się o twoim stanie, prawdopodobnie nie rozmawiałybyśmy dzisiaj, ale doświadczenie mnie nauczyło i nie potrafiłam inaczej... Obiecuję, że nie będę więcej wchodzić między was.
   -Przykro mi z twojego powodu. - dodałam, wykonując kilka kroków w jej stronę. Wciąż wahałam się, czy jej zaufać, uważałam na swoją naiwność, aczkolwiek z drugiej strony sądziłam, że to zbyt poważna sprawa, by kłamać. Wyglądało na to, iż przemyślała pewne kwestie i zdecydowała się na oczyszczenie swojego konta. -Musiałaś ciężko to znosić.
   -Było, minęło... Nie da się o tym zapomnieć, ale usiłuję przynajmniej zająć się czymś innym... - wbiła we mnie poważne i pełne skupienia spojrzenie. -Mam nadzieję, że mu wybaczysz. I że wam się ułoży, zasługujecie na to.
   Pokiwałam w odpowiedzi głową, po czym zaatakował mnie nagły ból w okolicach skroni. Zachłysnęłam się powietrzem, na co przerażona Niemka szybko objęła mnie ramieniem i wypowiadając wiązankę słów, zorientowała się, iż coś jest nie tak. Ostatnim obrazem, jaki zarejestrował mój mózg, był jej krzyk i gorączkowe szukanie smartfona w torebce. A potem zrobiło się ciemno...


***


Przepraszam za spóźnienie :< Myślałam, że wrzucę go do południa, ale nie udało mi się wczoraj skończyć... No i nie jestem z niego zadowolona, ale nie miałam zbytnio pomysłu, co w nim zmienić.

Chcę jeszcze podzielić się z Wami moim JakubemKubą, którego to miałam zaszczyt i okazję obejrzeć w czwartek na żywo... Jakość nie jest powalająca, choć siedziałam (a w zasadzie stałam) w czwartym rzędzie(!), Kuba był tak aktywny na boisku, że ciężko było zrobić dobre zdjęcie... Ale co widziałam, to moje, co zostało zobaczone, już się nie odzobaczy :p Było warto!

No a dziś? Derbysieger, Derbysieger hey hey, AubaKing, BatmanIstWiederDa, utarcie nosa Schalke to najpiękniejsze zwycięstwo w całym sezonie... Numer #1 w Zagłębiu Ruhry to właśnie my!

Na koniec zapraszam jeszcze na rozdział na drugim blogu (tych, którzy nie czytali, a tych, którzy czytali, proszę o komentarz :p) i znikam pracować nad kolejnymi częściami :p [klik]

LG❤

czwartek, 29 października 2015

24. Fünf Minuten zu spät

   Nie poruszyłam się od dobrej minuty. Nadal stałam w tym samym miejscu, bokiem do lustra, z otwartymi ustami gromiąc wzrokiem mojego brata. Podobnie jak jego żona, z tym, że ona zerkała również na mnie, zapewne w obawie, że zaraz dostanę zawału. I nie byłoby nic dziwnego w tym, gdyby faktycznie tak się stało.
   -To niemożliwe. - pokręciłam głową z ironicznym uśmiechem. -Wiedziałabym o tym. Okej, może ze sobą nie rozmawiamy, ale chyba poinformowałby mnie o tak ważnych planach!
   -Lena, on nie powiedział nikomu. Sam podjął taką decyzję. W klubie trzymali to przed nami w tajemnicy, żebyśmy koncentrowali się na najbliższych meczach i myśleli, że Marco wyleczy kontuzję i wróci. Nawet nie podejrzewaliśmy, że coś się dzieje!
   -A jego rodzina? - dopytywałam nerwowo. -A Marcel i Robin? Nawet się z nimi nie pożegna?
   -Rozmawiał z nimi wszystkimi... - Bobek zsunął z ramienia sportową torbę. -Ale sądzili, że to chwilowy kaprys i szybko sobie odpuści. Próbowali go przekonać, że to głupi pomysł, ale nic do niego nie docierało. Nawet dziś nie dał sobie przepowiedzieć do rozumu...
   -Czyli ja dowiaduję się ostatnia, tak? - wywnioskowałam rozżalona, wsuwając dłonie do kieszeni. -W dodatku nie od niego osobiście, tylko dopiero od ciebie! Na parę godzin przed wylotem!!!
   -Uznał, że tak będzie lepiej... Że oszczędzi ci stresu.
   -Świetnie, w tym akurat jest najlepszy! - warknęłam cofając się do salonu. Chyba nie do końca potrafiłam pojąć to, co właśnie usłyszałam. Nie liczyłam, że Reus będzie się spowiadał ze swoich zamiarów, jednak miałam nadzieję, że odważy się oświadczyć mi fakt swojej wyprowadzki prosto w oczy. A on najzwyczajniej w świecie stchórzył. -Chory pojeb. Cholera, to jest tak śmieszne, że aż nierealne!
   -Lena, uspokój się. - karateczka podeszła do mnie i położyła dłoń na moim ramieniu. -Nie możesz...
   -Nie pouczaj mnie, proszę. - wtrąciłam odwracając się w jej kierunku. -Postaw się w mojej sytuacji i sama oceń, czy zachowanie spokoju w tym momencie jest takie proste!
   -Przepraszam.
   -Co chcesz zrobić? - spytał nagle Lewy, skutecznie zmieniając temat. Popatrzyłam na niego bezradnie.
   -A co mi pozostało? - wzruszyłam ramionami zagryzając wargę. Nie miałam prawa ingerować w jego życie zawodowe. To naturalne, że pragnął się rozwijać i doskonalić umiejętności, a zatrzymywanie go w Dortmundzie uniemożliwiałoby wspinanie się po kolejnych szczeblach kariery. Jeżeli Klopp wraz z Watzke i Zorciem pozwolili mu odejść, to ja nie miałam już nic do powiedzenia. Żałowałam tylko, iż nie zdecydował się na rozmowę ze mną. Byłoby o wiele łatwiej to znieść i dostałabym więcej czasu na pogodzenie się z rzeczywistością, bo jeszcze nie zdałam sobie sprawy, że już go tutaj nie będzie.
   -Siostra, jesteś ostatnią i jedyną osobą, która jest w stanie na niego wpłynąć. - Robert spojrzał mi w twarz prześwietlając ją na wylot. -Wszyscy się starali i nikt nie dał rady, przegrał nawet argument z jego chrześniakiem w roli głównej. Tu chodzi wyłącznie o ciebie, dlatego błagam, zrób cokolwiek, żeby wybić mu z głowy tą Barcelonę. Przecież tobie też zależy, by został, widzę to.
   Wstrzymałam oddech nie reagując gwałtownie, gdyż musiałam pozbierać myśli. Zerknęłam na Annę i od razu zrozumiałam, że tym razem mi nie pomoże. Nie chowałam urazy, w sumie o Marco uczyła się z opowiadań moich czy swego męża, a w jego towarzystwie spędziła naprawdę niewiele czasu. Z drugiej strony, wybór należał tylko do mnie, nie mogła narzucać mi działań, które powinnam podjąć lub nie. Znalazłam się w martwym punkcie, stojąc przed ogromnym dylematem. Naprawdę nie chciałam wchodzić mu w drogę, mieszać prywatności i pracy, kilka dni temu przyznałam też Ann-Kathrin, że nie wypomnę mu przeprowadzki do innego miasta, skoro to go uszczęśliwi. Wypowiadając te słowa nie przypuszczałam jednak, że zmierzę się z tym tak szybko... Rozsądek walczył teraz z uczuciem. Umywałam ręce od wykonywanych przez niego kroków, jednocześnie wciąż kochając go jak wariatka, pomimo iż mnie skrzywdził, porzucił i zdradził. A może nie zdradził... Tych dwóch elementów nie da się pogodzić, dlatego narzucają człowiekowi odrzucenie jednego z nich. Rozum czy serce? Serce czy rozum?
   -O której odlatuje ten pieprzony samolot? - obrzuciłam Bobka pytającym spojrzeniem. Już z odległości paru metrów dostrzegłam jego poszerzone w nadziei źrenice.
   -Nie wiem. Trening skończył się dwie godziny temu, a odprawy trwają niemiłosiernie długo... Zdążymy.
   Dwa razy nie musiał powtarzać. Popędziłam do swojego pokoju, by przebrać się w inne ciuchy, weszłam na chwilę do łazienki i niedługo stawiłam się z powrotem, gotowa do wyjścia. Roberta wywiało, Lewandowska powiadomiła mnie, że poszedł już do auta, więc uściskałam ją mocno i nie tracąc czasu ruszyłam jego śladem. Każda minuta była na wagę złota.


~~~


   Wpadłam do terminala przez obrotowe drzwi jak oparzona, po czym rozejrzałam się dokładnie, rozmyślając, od czego zacząć. W środku nie panował tłok, zatem wyszukiwałam go wzrokiem. Niby nic trudnego, powinien mieć przy sobie największą z posiadanych walizek, czapkę na głowie, słuchawki na uszach i siedzieć gdzieś w kącie z iPhone'm w ręku, bo przecież jego 'stare' kości nie wytrzymałyby takiego obciążenia. Odprawę kończyła właśnie nieliczna grupka, wśród której na pewno się nie znajdował, musiał zatem krążyć gdzieś po lotnisku. Wiedząc, gdzie, stałabym się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
   -I co? - nawet nie zorientowałam się, gdy dołączył do mnie Lewy. Minęło kilka minut, zanim zgasił silnik i zamknął samochód na klucz, a brakowało mi cierpliwości, by na niego czekać. Ania została w domu, w dalszym ciągu zajmując się obiadem. -Widzisz go?
   -Nie. - jęknęłam zaciągając się powietrzem. Podjęty niedawno wysiłek fizyczny powoli dawał się we znaki. -Co dalej?
   -Spokojnie. - rzucił, uważnie przeczesując przestronne pomieszczenie, ostatecznie wskazując na zawieszone u góry tablice. -Zobacz, nie ma żadnego lotu do Barcelony. Może coś źle usłyszałem i pomyliłem godziny?
   Nie chciał się poddać, odniosłam wręcz wrażenie, że motywuje go większa determinacja, niż mnie. Pociągnął mnie za ramię i powoli przechadzaliśmy się wzdłuż ogromnej hali, wytężając wszystkie zmysły. Popadałam w paranoję, w każdym blondwłosym mężczyźnie upatrując Marco. Myślałam, że śnię, że to tylko moja chora wyobraźnia, a gdy się obudzę, zapomnę o wszystkim. Poszukiwania komplikowali dodatkowo fani Bobka, oblegający go prośbami o autograf, które cierpliwie rozdawał, nie skupiając się jednak na tym, co robi. Gdyby ktoś podsunął mu do podpisu raty spłaty kredytu, machnąłby ręką, w ogóle nie zwracając na to uwagi. Obserwując jego zawziętość zorientowałam się, jak wiele dla mnie poświęca. Mógłby przecież zostać w domu z ukochaną żoną lub zabrać ją do kina, tymczasem biegał po terminalu za moim byłym chłopakiem, po którym nie widniał choćby ślad, pomimo iż był z nim skłócony z mojego powodu. Chciał dla mnie jak najlepiej. Przypomniałam sobie, że to dzięki niemu wspólnie z Ann-Kathrin stałyśmy się autorkami hymnu zeszłorocznych Mistrzostw Europy w Polsce i na Ukrainie. A ja wyrzucałam mu, że dał Reusowi w twarz, bo Niemiec prawdopodobnie na to zasłużył.
   -Robert, poczekaj. - zatrzymałam się, przez co odwrócił się i przyjrzał mi się z uwagą.
   -Wszystko w porządku? - spytał zatroskany. -Dobrze się czujesz?
   -Bywało lepiej... Ale nie o tym. - uśmiechnęłam się podnosząc głowę. -Muszę ci podziękować. Pomagasz mi jak tylko potrafisz, a ja ciągle wyskakuję z jakimiś bezsensownymi pretensjami... To niesprawiedliwe.
   -Tłumaczą cię ciążowe humorki. - parsknął śmiechem, dlatego dźgnęłam go w żebro. -A ja powinienem cię przeprosić. Źle postąpiłem uderzając Woody'ego, ale... Kurczę, tak mnie wpienił, że nie byłbym sobą, gdyby nie oberwał. To się więcej nie wydarzy. Wybaczysz mi?
   -Jasne. - uśmiechnęłam się i mocno go przytuliłam. -Jesteś moim dużym braciszkiem i nie umiem się na ciebie gniewać.
   -A ty moją małą siostrzyczką i nie pozwolę, by ktokolwiek wyrządzał ci krzywdę. - szepnął gładząc moje włosy. -Znajdźmy tego kretyna i wracajmy do domu. Anka będzie wściekła, jeśli jej pożywny obiadek wystygnie.
   -Z pewnością straci wartości odżywcze. - roześmialiśmy się oboje. -Tam jest informacja, może po prostu zapytamy o ten wylot?
   Zgodził się bez wahania i udaliśmy się do wskazanego punktu. Z bijącym jak oszalałe sercem podeszliśmy do okienka, a siedząca wewnątrz pani natychmiast rozpoznała słynnego Roberta Lewandowskiego, więc na sto procent bezproblemowo udzieli nam żądanych informacji. Dortmundzka 'dziewiątka' oparła dłonie o blat zaglądając do środka.
   -Dzień dobry. - rzucił ciężkim głosem siląc się na uprzejmość. Kobieta rozpromieniła się.
   -Dzień dobry panu! Czym mogę służyć?
   -Chcielibyśmy dowiedzieć się, jak wygląda najbliższy rozkład samolotów do Barcelony. Orientuje się pani?
   -Och, kolejny wystartuje dopiero jutro rano, ponieważ wieczorny został odwołany, natomiast dzisiejszy wyleciał jakieś pięć minut temu. Przykro mi.
   Pięć. Minut. Temu. Spóźniliśmy się o pięć minut. Wszystkie ośrodki skupienia piłkarza wylądowały na mnie. Nie mam pojęcia, jak strasznie wyglądałam, lecz Bobek rzucił do pracownicy lotniska jedynie krótkie 'dziękuję' i poprowadził mnie prosto do wyjścia. Siedząc już w jego aucie, w fotelu pasażera dotarły do mnie dwie rzeczy: Marco przepadł, a ja nie pamiętałam, kiedy i jak pokonaliśmy drogę z terminala do parkingu. Mogłam teraz wpaść w histerię i na siłę szukać najszybszego połączenia do Hiszpanii, choćby z drugiego końca Niemiec, zamiast tego wpatrywałam się w przednią szybę, co najwyraźniej martwiło mojego osobistego szofera.
   -Lena... - położył dłoń na moim kolanie potrząsając mną delikatnie. -Jezus Maria, weź się odezwij, powiedz cokolwiek.
   -A co chcesz ode mnie usłyszeć? - wykrztusiłam próbując zachować opanowanie. Wychodziło mi to o wiele lepiej, niż jeszcze godzinę wcześniej, może dlatego, że żyłam obecnie w równoległym świecie. Naiwnie wierzyłam, że to jednak nie dzieje się naprawdę. -Chcę do domu. Teraz, zaraz, natychmiast.
   -Okej. - mruknął tylko i po chwili byliśmy już w trasie, mijając kolejne ulice Dortmundu. W mojej ciężkiej i przemęczonej głowie kłębiły się tysiące, miliony uczuć: złość, strach, frustracja, niedowierzanie, zawód, rozpacz, żal, bunt, niesprawiedliwość, osamotnienie... Zdecydowaną większość stanowiły te negatywne. Dodatkowo wyobrażałam sobie huczący z powodu niespodziewanego transferu internet i nagłówki jutrzejszych sportowych gazet z całej Europy. I stadion Signal Iduna Park podczas najbliższego meczu domowego. Na domiar złego, niechcący zostałam wplątana w to piekło bezpośrednio przez samego Reusa. Potwornie go za to nienawidziłam, ale jednocześnie kochałam. Wiedziałam, że zamieszanie wokół jego osoby oraz naszego związku, wkrótce mnie wyniszczy, a on i tak bez skrupułów będzie sobie grał w Barcelonie... No tak... W Barcelonie! Cholera jasna!
   -Robert! - wrzasnęłam, aż biedak podskoczył, na moment tracąc panowanie nad kierownicą. Skruszona przygryzłam wargę, gdy spojrzał na mnie wyjątkowo surowo.
   -Następnym razem nas zabijesz. I nie mów mi, że rodzisz, bo do szpitala mamy spory kawałek trasy. - dodał dostrzegłszy moją uszczęśliwioną twarz. Tego się nie spodziewał.
   -Jesteś idiotą. - palnęłam szukając w torebce telefonu. -Przecież to Barcelona!
   -Ameryki nie odkryłaś. - odgryzł się marszcząc czoło. -No i co z tego? Równie dobrze mógłby skończyć na Wyspach Zielonego Przylądka.
   -Och, myślałam, że jednak kumasz trochę więcej. - zrewanżowałam się. -Po kim odziedziczyłeś tą głupotę?
   Bąknął coś pod nosem, skręcając w lewo i domagając się przy tym dokładniejszych wyjaśnień, na które nie wystarczyło już czasu, bo odbiorca połączenia właśnie witał się ze mną z drugiej strony. Jeszcze nie wszystko stracone. Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą.


~~~


<Marco>
   Wyszedłem z budynku lotniska, wciągając przez nos świeże, ciepłe powietrze. Hiszpania. Barcelona. Przynajmniej tyle zyskałem - fajne warunki pogodowe i dużo słońca w drugiej połowie września, o czym o tej porze w Niemczech często można już tylko pomarzyć. Nie czułem, że dostałem od życia coś więcej - szansa na grę u boku Messiego i Neymara nie zastąpi mi obecności rodziny oraz przyjaciół, z których zrezygnowałem na własne życzenie. Wiedziałem, że nie pokopię już piłki z Nico, bo zimą w ogrodzie zalega gruba warstwa śniegu. Nie wypiję piwa z Marcelem i Robinem, bo nadal nie chcą mnie znać. Nie zasiądę nawet na trybunach Signal Iduna Park, by w spokoju obejrzeć mecz, bo kibice wyskoczyliby na mnie z widłami i płonącymi pochodniami. No i nie spotkam się też z Leną, bo nie mam bladego pojęcia o jej planach na najbliższe miesiące. Zamknąłem pewien etap swojej pieprzonej egzystencji, którą, swoją drogą, szlag mógłby trafić. Może byłoby prościej.
   Taksówka, którą zamówiłem kilkanaście minut temu, spóźniała się niemiłosiernie, więc zacząłem się modlić, by nikt nie wyhaczył mnie tutaj z walizką. Kilka osób zaczepiło mnie w terminalu z pytaniem, co właściwie tutaj robię, lecz unikałem odpowiedzi, po prostu pozując im do zdjęć lub rozdając autografy. Widocznie najnowsze informacje nie dotarły jeszcze na Półwysep Iberyjski, czego niestety nie można powiedzieć o mojej ojczyźnie. Nagłówki artykułów internetowych przekrzykiwały się w sensacyjnych doniesieniach, a moje profile na Instagramie i Facebook'u oszalały i uginały się pod ciężarem prywatnych wiadomości oraz komentarzy. Doczytałem jednak, że mój wyjazd otrzymał status domysłów i plotek, ponieważ Borussia nie wydała jeszcze oficjalnego komunikatu w tej sprawie. Klopp przyznał mi wczoraj, iż nie wie, kiedy do tego dojdzie, bo jego współpracownicy wciąż nie mogą tego przeżyć. Niczego nie komentują, z nikim nie rozmawiają, zabronili chłopakom udzielania jakichkolwiek wywiadów na ten temat. I całe zamieszanie wynikło tylko dlatego, że postanowiłem usunąć się w cień.
   Porządnie zniecierpliwiony ponownie zerknąłem na zegarek, gdy czyjeś dłonie spoczęły na moich ramionach. Odwróciłem się gwałtownie i wtedy ich zobaczyłem. Tak po prostu stali przede mną, ze skrzyżowanymi rękoma świdrując mnie bazyliszkowatym wzrokiem. Nie wiedziałem, co robić. Spotkanie z dziewczyną jakoś zniosłem, ale na chłopaka wolałbym nigdy więcej nie wpaść, przez co gniewnie zmarszczyłem czoło. Najwyraźniej wyczuł skok ciśnienia, bo wykonał podobny gest, aczkolwiek sekundę później uśmiechnął się ironicznie.
   -Cześć, Marco. - rzucił bezczelnie, nie odwracając oczu od mojej twarzy. -Co cię tutaj sprowadza?
   -Mógłbym spytać was o to samo. - mruknąłem przymykając powieki. -Sorry, spieszę się i nie mam dla was czasu.
   -Jeszcze nie skończyłem. - złapał za materiał mojej bluzy, zatem znów zwróciłem się w jego kierunku, gotowy podnieść na niego rękę. Jest ostatnią, chrzanioną istotą żywą, która miała prawo się do mnie odzywać.
   -Przestańcie, tak niczego nie załatwimy! - jego partnerka zapobiegła rozpętaniu burzy, zerkając na mnie litościwie. -Marco, chcemy tylko porozmawiać.
   -O czym?!
   -Musisz wiedzieć, że nie powinno cię tutaj być. - oświadczyła z najwyższą powagą, czym przyciągnęła moją uwagę. -W ogóle żyjesz w tak ogromnym błędzie, że nie potrafimy pojąć, jak do tego doszło.
   -Posłuchajcie, ja naprawdę mam serdecznie dość tych nieustannych...
   -Reus, ty egoistyczny cwelu, skup się chociaż raz na tym, co mówią do ciebie ludzie! - krzyknął zdenerwowany mężczyzna, a ja odniosłem wrażenie, że krew tryśnie mi ze wszystkich żył. Że jak mnie nazwał? -Lena powiedziała ci prawdę, jest niewinna i mnie też o nic nie oskarżysz. Zapraszam do auta, wyjaśnimy to.
   Stałem przez moment, obserwując, jak oddalali się do swojego wozu, czekając, aż do nich dołączę. Wygrał. Jeśli on ma większą wiedzę, niż ja, to znaczy, że na serio gdzieś popełniłem błąd.


***


Przyznajcie się, kto do samego końca myślał, że Marco jednak został? :D Pewnie znów zbuntujecie się za moment, w którym skończyłam, ale czy nie chodzi właśnie o to, by budować napięcie? :)

Ogólnie ta część miała zawierać 30-35 rozdziałów, ale już teraz wiem, że będzie dłuższa. Zamknę się pewnie w 40 i te obiecane pięć bonusowych też już planuję, więc trochę Was jeszcze pomęczę tym opowiadaniem :)

Kto jeszcze nie czytał, zapraszam na drugiego bloga [klik], a nowy rozdział dodam tam we wtorek :) Pozdrawiam ❤

sobota, 24 października 2015

23. Du darfst jetzt nicht wegfahren!

<Marco>
   -Mario, ja naprawdę muszę wyjść. - powtórzyłem po raz setny, gdy rozsiadł się na kanapie, włączając program informacyjny. -Możesz tu zostać i poczekać na mnie, to nie powinno potrwać zbyt długo. 
   -Nigdzie cię nie wypuszczę, Reus! - fuknął opierając łokcie o sofę. -Straciłem ponad dwie godziny na lot samolotem z Monachium do Dortmundu i nie dam się spławić. Nie przekupisz mnie żadnym pączkiem ani batonikiem z karmelowym nadzieniem. Najpierw pogadamy, a później ewentualnie dam ci spokój.
   -Mogłeś chociaż uprzedzić...
   -Cholera, człowiek jak najszybciej chce pokonać sześćset trzydzieści kilometrów, żeby się spotkać, a ty masz to w dupie. Nawet nie udajesz, że się cieszysz. Nic dziwnego, że Lena odeszła.
   -Nie odbierz tego źle, po prostu się nie spodziewałem, zaplanowałem coś i... Zaraz, skąd wiesz o Lenie? - zaintrygowany uniosłem brwi. Götze przewrócił jedynie oczami.
   -Auba do mnie dzwonił. - rzucił spoglądając na mnie spod przymkniętych powiek. -Nie wie, co robić, żeby cię tu zatrzymać. Wiem o wszystkim, Marco i nie ukrywam, że jestem tutaj po to, abyś wyjaśnił mi, co właściwie chcesz osiągnąć.
   -O wszystkim ci opowiem, obiecuję, ale jak wrócę. - zaznaczyłem, nerwowo przenosząc ciężar ciała na lewą nogę. -Wytrzymasz?
   -Nie. Jutro muszę być z powrotem w klubie na treningu.
   -Mario!
   -No co? - rozłożył bezradnie ramiona przywdziewając na twarz złośliwy uśmieszek. -Nie wymyśliłem sobie durnego transferu i mam zobowiązania wobec klubu.
   -Naprawdę mi na tym zależy. - nie poddawałem się. -Już późno, ale załatwię to w przeciągu godziny i zdążymy jeszcze pogadać.
   -A gdzie się tak spieszysz? - spytał podejrzliwie, przekręcając głowę. -Powiedz, może się ulituję.
   -Noo... Dobra... Do Carolin.
   -Świetny żart! - parsknął śmiechem pochylając się do przodu. -Zapomnij, chłopie. Siadaj i będziesz się spowiadał.
   Nie dał mi szans na wytłumaczenie, że to pilne, poważne oraz istotne, siłą zatrzymał mnie w mieszkaniu i kazał krok po kroku relacjonować, jak narodził się pomysł przeprowadzki do Barcelony i dlaczego w ogóle się narodził. Wspomniałem też, po co zamierzam pojechać do Caro, jednak nie wzruszył go ten fakt, wręcz przeciwnie, uznał, iż powinienem bardziej zaufać Lenie. Krótko mówiąc, okazał się kolejną osobą prawiącą mi kazania odnośnie karygodnego postępowania, porzucenia młodej Lewandowskiej oraz braku jakiegokolwiek poczucia odpowiedzialności, czyli powtórka z rozrywki po raz czwarty. Doceniałem jednak to, iż pofatygował się tutaj aż z Bawarii, by osobiście dołączyć do grona moich oprawców. Był prawdziwym przyjacielem, wiele zaryzykował, pojawiając się tutaj, dzięki czemu zrozumiałem, iż zawsze mogę na niego liczyć. Wprawdzie kontaktowaliśmy się coraz rzadziej, gdy nasze piłkarskie drogi się rozeszły, lecz wciąż traktowałem go jak brata. I często odnosiłem wrażenie, że pomimo trzech lat różnicy wieku na jego niekorzyść, jest o wiele mądrzejszy ode mnie.
   -Tym wyjazdem tylko pogorszysz sytuację. - powiedział obrzucając mnie spojrzeniem filozofa z czasów starożytnych. -Ja nie wierzę, że Lena poszła z tym Mario do łóżka i czuję, że ty też w to wątpisz, więc skończ ze swoją chorą zazdrością i po prostu powiedz jej prawdę. Mam nadzieję, że nie jest za późno.
   Teorie spiskowe oblegały mnie już ze wszystkich stron. Może tak właśnie miało być. Może faktycznie warto spróbować, bo "kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje"?


~~~


<Lena>
   -Nadal nie dociera do mnie, że jesteś. - przyznałam, na co roześmiała się głośno. -Aż mi głupio, że o tobie nie pomyślałam, gdy zadzwonił dzwonek.
   -Nie umawiałyśmy się, nie dzwoniłam, masz prawo do zaskoczenia. Ta spontaniczna wizyta to pomysł Mario. W południe wpadliśmy do jego rodziców, teraz ja siedzę u ciebie, a on... Wiesz, pojechał do Marco.
   -W porządku, rozumiem. - uśmiechnęłam się pogodnie. -Ale przekaż mu, że gniewam się za to, że nie powiadomił o swojej obecności.
   -Załatwione. - ponownie parsknęła śmiechem, częstując się kilkoma ostatnimi kostkami czekolady. Obserwowałam ją uważnie - kolejna za znanych mi pań, obsesyjnie dbających o figurę, nie opiera się słodkościom. Zajrzę później do kalendarza i sprawdzę, czy aby na pewno nie mamy dziś poważniejszego święta, poza zwykłą niedzielą. Chyba, że cały okres mojej ciąży będzie zawierał ukryte, cotygodniowe uroczystości, lecz nie wyobrażałam sobie by Anka co siedem dni raczyła mnie litrem lodów. To skrajnie niemożliwe. 
   -Ann, nie przylecieliście tutaj bezinteresownie, prawda? - zapytałam lustrując jej twarz. Opuściła wzrok, splatając ze sobą palce dłoni.
   -Mario chciał koniecznie pogadać z Reusem. - przyznała cicho. -Nie potrafi pojąć, co mu tak nagle odbiło.
   -Myślę, że nie on jeden ma ten problem. - prychnęłam rozżalona. -Ale robienie mu wody z mózgu mija się z celem, dlatego nawet nie próbowałam. Marco trzyma się żelaznych zasad, które sam ustala i jeśli sądzi, że go zdradziłam, nie przekonam go, że to nieprawda. Czasami przychodzą takie momenty, że wcale nie chcę tego roztrząsać, lecz inaczej nie umiem.
   -Pogodziłaś się?
   -Nie i obawiam się, że nigdy do tego nie dojdzie. Nie będę mu jednak wypominać, jeśli kogoś sobie znajdzie lub też wyprowadzi się do innego miasta. Jego życie to już nie moja bajka.
   -Lena, przecież zostaniecie rodzicami! - otworzyła szeroko oczy, jakby nie dowierzała, że odpuściłam. -Zdajesz sobie sprawę, że to maleństwo będzie potrzebowało ojca?
   -Posłuchaj. - zsunęłam nogi z pościeli i postawiłam je na podłodze. -Marco jest dorosły i podejrzewam, że wie, co robi. Nie chcę mu mieszać w codzienności, skoro sobie tego nie życzy. Jeśli wyrazi zgodę, po porodzie wykonamy test na ojcostwo, może wtedy coś do niego dotrze. Obecnie nie będę podejmować żadnych działań, aby nie zaszkodzić sobie i mojemu dziecku, bo nie wybaczę sobie tego. Jest dla mnie najważniejsze na świecie i dam z siebie wszystko, żeby niczego mu nie brakowało.
   -To brzmi, jakbyś przestała go kochać. - mruknęła przeczesując włosy palcami. Spojrzałam w jej stronę pytająco. 
   -Kogo, Reusa? Nic bardziej mylnego. - pokręciłam głową z lekkim uśmiechem. -Kiedy dowiedziałam się o ciąży, zrozumiałam, że nigdy żaden facet nie był dla mnie ważniejszy, może dlatego, że Woody odebrał mi dziewictwo, nie wiem, nie interesuje mnie to. Traktowałam nasz związek poważnie, ale popełniłam kilka błędów, przez co wszystko się posypało. To po części moja wina, Ann.
   -Nie tylko twoja. - zauważyła. -Załóżmy, że schrzaniliście to po połowie, ale tak naprawdę żadne z was nie zrobiło nic złego, zaszło jedynie duże nieporozumienie. Nie uważasz, że trzeba to naprawić?
   -Marco dostał ode mnie wolną rękę, więc nie będę się wtrącać. Byłam wobec niego szczera i nie mam sobie nic do zarzucenia. Naprawdę mogę ustąpić, pragnę tylko, by był szczęśliwy i jeżeli teraz jest, to super.
   Podeszła do mnie, po czym z całej siły przytuliła, ciasno obejmując ramiona. Korzystając z tego, że nie patrzy mi w twarz, zacisnęłam oczy, roniąc kilka gorzkich łez. Oszukiwałam samą siebie. Byłabym w stanie oddać każdą rzecz, której by zażądano w zamian za jego powrót. Ale nic z przymusu. Nikogo nie zmusisz do miłości.


~~~


<Marco>
   Götze wyszedł bardzo późno, co mnie strasznie frustrowało, gdyż obawiałem się, że nie zdążę przez to dopiąć wszystkich formalności. Już od poniedziałkowego poranka wszystko na to wskazywało. Odebrałem telefon od agenta, proszącego o pilny przyjazd do jego domu, gdyż pracownicy biura nieruchomości przysłali dla mnie oferty kupna mieszkań w Barcelonie. Chcąc nie chcąc, wpadłem do niego w odwiedziny, kompletnie nie spodziewając się, że spędzę tam kilka godzin. Wybór nowego lokum okazał się trudniejszy, niż przypuszczałem, ale cieszyłem się, że udało mi się zdecydować na dwa konkretne miejsca, które miałem obejrzeć niedługo po przylocie do Katalonii. Myśląc, iż wszystko zostało załatwione, telepatycznie przenosząc się do wyczekiwango spotkania z Caro, usłyszałem jeszcze, że zaistniała konieczność podpisania paru dokumentów na mieście: w klubie, na stadionie, w urzędach... Typowo papierkowa robota i kolejny, cenny czas spisany na straty. Tutaj brakowało tylko i wyłącznie mojej parafki, tam miałem potwierdzić zgodność danych ze stanem faktycznym... Więcej zajęło mi przebijanie się przez zatłoczone ulice Dortmundu, ale nie miałem wyjścia. Bez tego nie wypuściliby mnie z kraju.
   Musiałem także znaleźć chwilę na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy, co nie należało do najprostszych zadań, zatem do mojej ex dotarłem dopiero we wtorkowe, późne popołudnie. Stojąc w jej drzwiach, gdy je otworzyła dostrzegłem, że zaskoczył i jednocześnie zawstydził ją mój widok, wpuściła mnie jednak do środka i bez słowa pokierowała na kanapę. Długo zbierałem odpowiednie zdania, by mądrze pokierować rozmową, niczym jakiś mędrzec próbujący udowodnić światu swoje racje, lecz jeśli naważyłem piwa, muszę je teraz wypić do dna.
   -Jesteś sama? - zapytałem w końcu, splatając ze sobą palce obu dłoni. Obrzuciła mnie zgryźliwym spojrzeniem.
   -A co, zastanawiasz się, czy mógłbyś mnie obecnie przelecieć? - prychnęła z wyraźnie słyszalnym jadem w głosie. -Tak, jestem sama, ale już utarłam ci nosa i skończyłam naszą współpracę.
   -Carolin, nie przyszedłem tutaj, by z tobą dyskutować. Wiem, że ufając tobie po raz kolejny, popełniłem błąd i wystarczy mi to, że muszę przez to cierpieć. Jest jednak coś, o czym moim zdaniem powinnaś jak najszybciej się dowiedzieć.
   -Tak? - uniosła brwi, zakładając ręce na piersi. -Więc wytężam słuch. Szalenie mnie ciekawi, co istotnego chcesz mi przekazać.
   -Przestań żartować. - zażądałem stanowczo, zerkając na nią surowo, z czego na razie nic sobie nie robiła, aczkolwiek znałem ją na tyle dobrze, by łudzić się, że zmieni nastawienie. -To naprawdę nie jest śmieszne. Został mi ostatni wieczór, by zagwarantować sobie czyste konto przed wylotem, więc nie utrudniaj mi tego. W mieszkaniu czekają jeszcze walizki.
   -Nie rozumiem. - miałem rację: dość szybko ją to ruszyło, bo nagle jakby spoważniała. -Jakim wylotem? Marco, co ty odstawiłeś?
   -Zmieniam klub. - rzuciłem prosto z mostu, obserwując przewijającą się przez jej twarz falę rozmaitych emocji. -Jutro wyprowadzam się do Barcelony, żeby podpisać tam czteroletni kontrakt. Ot, mocny akcent na zamknięcie okienka transferowego.
   Z wrażenia oparła się bokiem o ścianę, wpatrując się we mnie z niedowierzaniem. Starałem się wyciągnąć z niej jak najwięcej, pomimo iż nie miałem pojęcia, jak zareaguje. Wyglądała na prawdziwie zaskoczoną i w zasadzie tyle wywnioskowałem. Nie wiedziałem, czy wpłynie to na nią pozytywnie czy negatywnie, czy się cieszy, a może wręcz przeciwnie, ubolewa i żałowałem, że nie potrafię jej rozszyfrować, ponieważ dopiero dochodziłem do sedna, co do którego potrzebowałem jej jasnej deklaracji. Niepewność doprowadzała mnie do szaleństwa.
   -Po co? - wykrztusiła wreszcie, nie spuszczając ze mnie wzroku. -Stało się coś jeszcze gorszego? Powiedz mi, proszę!
   -Cóż, chyba można tak to ująć. Sytuacja wymknęła się spod kontroli i zwyczajnie mnie przerosła.
   -I dlatego uciekasz? - pokręciła głową, wciąż usiłując ogarnąć sens moich decyzji. -Dotychczas znajdywałeś rozsądniejsze rozwiązania! Marco... To przeze mnie, prawda?
   -Po części. - przyznałem biorąc głęboki wdech. -Lena i tak by mnie zostawiła, bo myślała, że ze sobą spaliśmy, ale po twoim zniknięciu wyszło na jaw, że ona też coś przede mną ukrywała. I tamtego ranka przyjechała, by mnie o tym powiadomić.
   -No, mów. - ponaglała, mocno zniecierpliwiona. -I najlepiej nie owijaj w bawełnę, bo już mnie denerwujesz.
   -Zaszła w ciążę. Teraz to już początek trzeciego miesiąca.
   Carolin pobladła. Oderwała się od podpieranej ściany, po czym przeszła kilka metrów i opadła na fotel. Pochyliła się, ukrywając twarz w dłoniach, w pewnym momencie przesuwając nimi wzdłuż policzków. Starałem się zachować spokój, oczekując jej reakcji, choć w środku okropnie mnie nosiło. Ostatnie dwa tygodnie to życie w ciągłym stresie i zacząłem się nawet zastanawiać, jak długo wytrzymam w tym stanie.
   -W ciążę. - powtórzyła powoli, przetwarzając tą informację. -Z tobą.
   -Właśnie, problem polega na tym, że nie mam pewności. - wyjaśniłem, co wydało się ostatnim krokiem do jej dobicia. -Była wtedy w Hiszpanii i nic mi nie udowodni.
   -Nie myśl tak. - szepnęła, niemal wchodząc mi w zdanie. -To nie jest aktualnie w żadnym stopniu istotne. Ona wróciła tutaj i powinieneś z nią zostać, bo będzie cię bardzo potrzebowała.
   -Caro...
   -Nie możesz teraz wyjechać! - uniosła się, ostatecznie mnie dekoncentrując. -Wstrzymaj to. Lena i tak się dowie, co ją dodatkowo zdenerwuje i zestresuje. Będziesz miał na sumieniu jej zdrowie i nie robisz nic, by temu zapobiec!
   -Wybacz, ale tego typu przemówień mam już powyżej uszu. - prychnąłem podnosząc się z zajmowanego miejsca w celu sprawnego zakończenia rozmowy. -Ale skoro dochodzimy już do puenty, proszę cię o przysługę: spotkaj się z Leną i wytłumacz jej, co rzeczywiście zaszło tamtego dnia. Nie dla mnie ani dla siebie, tylko dla niej i jej samopoczucia, bo bardzo zależy mi, żeby wszystko dobrze się skończyło. W moją wersję nie uwierzyła, zatem jeśli przedstawisz jej podobną, prawdopodobnie ją zaakceptuje. Zrób to, błagam cię, niczego więcej od ciebie nie wymagam. Okej?
   Wbiła wzrok w podłogę, przez co w ciągu następnych minut nie uzyskałem z jej ust żadnego potwierdzenia ani zgody na wykonanie powierzonej jej misji. Zrezygnowany zwróciłem się więc do drzwi, odruchowo sięgając do kieszeni po kluczyki do auta. Naciskając klamkę, usłyszałem swoje imię, zatem zerknąłem na dziewczynę przez ramię. Stanęła na drugim końcu korytarza, opuszkami palców muskając wieszak na ubrania.
   -Kochasz ją nadal, mam rację? - rzuciła przyglądając mi się badawczo. -I odpuściłbyś jej wszystko, gdybyś miał świadomość, że ona czuje to samo.
   Wmurowała mnie w podłogę nie tylko stanowczością tego stwierdzenia, ale i odwagą oraz samym jego wysunięciem. Była przekonana, że nie zaprzeczę, znała mnie i zapewne wyczytywała te informacje z moich oczu. Nie myliła się, oboje zdawaliśmy sobie z tego sprawę. Ale nie pozwoliłem, by usłyszała ode mnie to, co chciała usłyszeć.
   -Być może niedługo znów się zobaczymy. - uciąłem krótko, uśmiechając się do niej pogodnie. -Cześć, Carolin.
   Wyszedłem nie oglądając się za siebie, po czym automatycznie złapałem się za głowę. Trzeba popracować nad umiejętnościami aktorskimi, Reus, bo ludzie czytają z ciebie jak z otwartej książki.


~~~


<Lena>
   Zobowiązałam się pomóc Ance w przygotowaniu obiadu, więc stałam aktualnie w kuchni, obierając warzywa i nucąc pod nosem polskie piosenki. Ona sama natomiast siedziała na ustawionej prostopadle szafce, popijając zimną wodę z cytryną i obserwując każdy mój ruch, co zaczynało mnie irytować. Rozumiałam jednak, że pewnie próbuje mnie w ten sposób kontrolować, bo przecież posiłek musi współgrać z zasadami zdrowego żywienia, a moje rzekomo rosnące zachcianki znacznie utrudniają sprawę. Czasami jej żartobliwe docinki działały mi na nerwy tak intensywnie, że jedyne, o czym w takich momentach marzyłam, to zakopanie jej pięć metrów pod ziemią. Wtedy jednak Bobek zakopałby i mnie.
   -Wiesz, że już widać? - wypaliła nagle, odrywając mnie od wykonywanej czynności, bo spojrzałam na nią rozdrażniona. Roześmiała się tak głośno, że dźwięk z pewnością dobiegł do sąsiadów porządkujących ogród.
   -Postępy w gotowaniu? - uniosłam brew, starając się ignorować jej uwagi. -Trudno się nie rozwinąć, skoro wytykasz mi każdy kulinarny błąd. Przy tobie bez większego wysiłku zostanę ekspertem dietetyki, nawet nie będę musiała studiować.
   -Nie mówię o jedzeniu. - jęknęła znudzona, na co tylko przewróciłam oczami. -Widać twój brzuszek!
   -Kłamiesz! - krzyknęłam porzucając na blacie ostry nóż i popędziłam do lustra w holu. Znajdując się centralnie przed nim, odetchnęłam głęboko i zacisnęłam powieki. Nie byłam pewna, czy chcę to zobaczyć. Dotychczas nie przyglądałam się swojemu odbiciu, lecz chyba najwyższy czas, by rozpocząć śledzenie zmian swojego ciała. Przecież z każdym miesiącem będą coraz wyraźniejsze.
   -Nie bój się. - Lewandowska natychmiast do mnie dołączyła, stając odrobinę z boku. -Po prostu spójrz.
   Otworzyłam oczy. Na pierwszy rzut wszystko było w porządku, lecz po dłuższej analizie rzeczywiście dało się dostrzec delikatne wypukłości, odbiegające od normy. Zawsze utrzymywałam przyzwoitą wagę i nie miałam z tym większych problemów, ale obecnie zaczynało to wyglądać zupełnie inaczej. Zmieszana zerknęłam na swoją szwagierkę.
   -Chcesz mi uświadomić, że jestem gruba? - mruknęłam wbijając w nią detektywistyczny wzrok. Zaskoczona tą teorią uderzyła się w czoło, znów się śmiejąc.
   -Przytyłaś niecałe dwa kilogramy, to naprawdę niewiele. - zapewniła. -Nie widać tego po tobie. Dopiero później odczujesz wzrost wagi.
   -Dzięki!
   -Odwróć się bokiem, wtedy zobaczysz różnicę. - poleciła, zbywając mój bunt. -I nie narzekaj, a ja pójdę dokończyć ten obiad.
   Gdy ponownie zniknęła w kuchni, faktycznie zastosowałam jej radę i dopiero wtedy mogłam stwierdzić, że jestem zaskoczona. Nie miałam już idealnie płaskiego brzucha - był lekko zaokrąglony i odznaczał się nawet pod materiałem koszulki. Uśmiechnęłam się sama do siebie, przesuwając po nim dłonią i odkryłam, że będąc w ciąży, wykonałam taki gest dopiero po raz pierwszy. To zdecydowanie za mało. Przecież przez dotyk matki nawiązują kontakt z nienarodzonym dzieckiem i pokazują mu, że jest potrzebne oraz kochane. Jeszcze wiele muszę się nauczyć.
   W jednej chwili zupełnie przestało liczyć się to, że przybędzie mi kilka lub kilkanaście dodatkowych kilogramów, że z wielu rzeczy będę musiała zrezygnować ze względu na bóle kręgosłupa czy ograniczone możliwości ruchu. Przypuszczalnie będę również zmuszona przerwać studia, na których radziłam sobie całkiem przyzwoicie. Każdy z tych problemów schodził jednak na drugi plan, bo najważniejsze było moje dziecko, które wymaga ogromnej uwagi. I to spotyka nie tylko mnie - każda matka, niezależnie od wieku, przeżywa to samo i prędzej czy później dochodzi do wniosku, że czas o siebie zadbać. Nie jestem pierwsza i nie ostatnia.
   Wciąż tkwiłam przed lustrem wpatrując się w swoje ciało, gdy niespodziewanie drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem i do środka efektownie wparował Robert. Zlustrowaliśmy siebie nawzajem dość nieprzyjemnym spojrzeniem. Spieszył się, o czym świadczył jego nienaturalny oddech i nieułożone włosy. Uniosłam kąciki ust ku górze w kąśliwym uśmiechu.
   -Lena. - zaczął jako pierwszy, starając się uspokoić. Jego twarz była zmęczona i zaniepokojona, co i we mnie wywoływało już swego rodzaju wątpliwości. -Dobrze, że jesteś.
   -Nadal nie mam ochoty z tobą rozmawiać. - fuknęłam przypominając mu tym samym o bójce z Marco. Obiecałam, że mu wybaczę, jeśli go przeprosi, ale do tej pory jeszcze nie podołał, więc nie mógł liczyć na moją łaskę.
   -Ale tu właśnie chodzi o Reusa! - wrzasnął, energicznie gestykulując rękoma. Zaintrygowana otworzyłam szerzej oczy, a w holu pojawiła się również zaciekawiona Ania. -Muszę ci coś powiedzieć! Przyjechał dziś do klubu, rozmawialiśmy z nim.
   -Fascynujące! - ironizowałam opierając nadgarstki na biodrach. -I co mu tym razem złamałeś? Nogę, przedramię, żebro?
   -Nadal nie rozumiesz? - wgapiał się we mnie z niedowierzaniem. -Już wiem, dlaczego nie pojawiał się na treningach. Dostał zakaz od zarządu.
   -Dlaczego?
   -Bo rozwiązał umowę z Borussią! Siostra, nie wiem, co ty mu nagadałaś i o co tak naprawdę się pokłóciliście, ale Woody leci dziś do Barcelony i podpisze tam kontrakt na całe cztery lata. Słyszysz? Reus wyprowadza się do Barcelony!!!


***


No, w końcu się napisał! :)
Jak już wiecie z drugiego bloga lub może jeszcze nie, nie miałam po prostu czasu, aby dokończyć ten rozdział wcześniej. W ciągu całego tygodnia nie wiedziałam, w co włożyć ręce, ale obiecałam na sobotę - jest w sobotę. Postaram się, żeby następny również pojawił się za tydzień, ponieważ - jak wynika z powyższego - zaczynamy zabawę :) No i jak myślicie: co zrobi Carolin? I jak zachowa się Lena?
Dziękuję, że mimo wszystko czekałyście i się dopominałyście, bo jeszcze bardziej mnie to motywowało, żeby się pospieszyć :) Kocham bardzo i do usłyszenia ❤

Edit: Kochane, 24. rozdział napisałam w tempie Usaina Bolta (ehmm... wybaczcie, w tempie Aubameyanga :D) i jest już gotowy do pokazania się światu, więc działajcie. Mogę go wrzucić jeszcze szybciej, niż w piątek :)