środa, 11 listopada 2015

26. Ich will keinen Tag mehr verlieren


I jeszcze miejsca trochę mam
Na wybuchy, słowa skruchy
Na ten niepokoju stan

I jeszcze znajdę więcej sił

Będę walczył, będę kochał
Będę się o ciebie bił


<Marco>
   Siedziałem w łóżku z laptopem, doczytując w internecie wiadomości sportowe z Niemiec. Było już bardzo późno, moi hiszpańscy znajomi pewnie spali, a ja po prostu patrzyłem na wyświetlacz, śmiejąc się z opublikowanych artykułów. Dawno nie miałem tak dobrego humoru: wręcz posiadałem się ze szczęścia. Na Camp Nou przeżyłem szok, z którego do teraz się nie otrząsnąłem, razem z Marią i Mario przez dwie godziny śmialiśmy się przy kolacji, a jutro wracam do Dortmundu, do miasta i ludzi, z którymi naprawdę chcę zostać. Paradoksalnie przygoda w Barcelonie posiadała swoje plusy, bo dopiero dzięki niej zrozumiałem, czego potrzebuję w życiu.
   Zamykałem wszystkie karty, by pójść spać, gdy rozdzwonił się telefon. W pierwszej chwili zaniemówiłem, gdy zobaczyłem, kto wybrał mój numer i zdecydowałem nawet, że nie odbiorę, jednak po chwili namysłu stwierdziłem, że skoro nie rozmawialiśmy od jakiegoś miesiąca, nie dzwoniłby do mnie bez powodu, o tej porze. Schowałem więc urażoną dumę w spodnie i przesunąłem palcem po zielonej słuchawce.
   -Marco? - usłyszałem jego rozdygotany, zdenerwowany głos, co natychmiast postawiło mnie na nogi. Odstawiłem sprzęt na miejsce obok i przełożyłem smartfon do drugiej ręki.
   -Cześć, Robert... - odpowiedziałem niepewnie. -Ehmm... Coś się stało?
   -Kiedy będziesz w Niemczech?
   -Jutro popołudniu... Dlaczego pytasz?
   -Nie dasz rady wcześniej?
   -Stary, jest prawie północ. - uświadomiłem mu, zerkając przy okazji na zegarek. -Mam skombinować sobie prywatny helikopter? Poczekaj te kilkanaście godzin.
   -Chodzi o Lenę. - rzucił, na co podniosłem się do pozycji siedzącej, gdyż coś podpowiadało mi, iż Polak nie przekaże pozytywnych informacji, choć chciałbym się mylić. -Uważam, że powinieneś wiedzieć.
   -Więc mów. - niecierpliwiłem się próbując zachować spokój. -Słucham.
   -To nasza wina... Zostawiliśmy ją z Anią samą w domu... Przeczuwałem, że to zły pomysł, ale upierała się, że sobie poradzi...
   -Robert, do cholery. - warknąłem wkurzony. Czy przekazywanie mi wieści na serio było takie trudne?! -Powiedz po prostu, o co chodzi, w jednym zdaniu. Co się dzieje?
   -Lena trafiła do szpitala parę godzin temu... Byłem na nagraniach, Anka wróciła wcześniej i... Twoja była dziewczyna... Przepraszam...
   Poczułem, jak krew odpływa mi z twarzy. Caro od samego początku rozsiewała kłopoty, lecz nie sądziłem, iż będzie w stanie posunąć się do czegoś takiego. Prosiłem ją o jedną, wydawało się, zwyczajną przysługę, a ona doprowadziła do katastrofy. Bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia wykończyła kobietę w ciąży. I jeszcze mi za to zapłaci.
   -Lewy, uspokój się, to nie przez was. - zapewniłem usiłując odpowiednio dobrać słowa. Przecież oczywiste było, że to ja odpowiadam za ten wypadek. Gdybym sam z nią pogadał, gdybym tylko znalazł chwilę czasu... Napuściłem na matkę mojego syna lub córki jej największą rywalkę. Tego się nie wybacza. -Wiesz coś więcej?
   -Nie, Ania pojechała i obiecała, że da znać, jeśli coś ustalą. Woody, jesteś w stanie przylecieć wcześniej? - spytał błagalnie, więc nie zastanawiając się dłużej, wpisałem w wyszukiwarkę adres strony internetowej miejscowego airportu. -Odbiorę cię z lotniska, tylko wymyśl coś i bądź szybciej, proszę.
   -Daj mi chwilę. - przerwałem jego słowotok szukając już najbliższych połączeń. Bezbłędne skorzystanie z sieci graniczyło z cudem, brak koncentracji silnie dawał się we znaki, a strach i obawy związane ze zdrowiem siostry Bobka rozchodziły się po wszystkich kościach. Świadomość liczącej około półtora tysiąca kilometrów odległości dodatkowo utrudniała przetrwanie, lecz nie mogłem zrobić nic więcej. Na obecną chwilę to wykluczone. -Druga piętnaście, o wpół do piątej w Dortmundzie. Może być?
   -Super. Odezwij się trzydzieści minut przed lądowaniem, okej?
   -W porządku.
   -No to do zobaczenia.
   -Robert... - zatrzymałem go na łączach, gdy zamierzał się rozłączyć. -Dzięki za telefon. Nie musiałeś, fajnie, że pomyślałeś.
   -Lena by mi nie darowała. - zażartował w nerwach, na co mimowolnie się uśmiechnąłem. -Pospiesz się, chłopie, zostały ci dwie godziny. Słyszymy się później.
   Zakończył rozmowę, nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, ale natychmiast się otrząsnąłem. Wiedziałem, że czeka mnie jeszcze przebukowanie biletu, a czas ucieka. Ubrałem się, na kilka minut wskoczyłem do łazienki, spakowałem pozostałe rzeczy, a na stole w kuchni zostawiłem gospodarzom kartkę z przeprosinami oraz wyjaśnieniem swojego nagłego zniknięcia i po kwadransie wsiadałem do podstawionej taksówki. Każda sekunda była teraz na wagę złota.


~~~


   Lewandowski czekał w terminalu, zabijając wzrokiem tarczę zegarową i tablicę przylotów. Poderwał się z miejsca, gdy położyłem dłoń na jego ramieniu, po czym uściskał mnie, jakbyśmy spotkali się po raz pierwszy od roku. Dostrzegłem, że jest zmęczony i wiele już przeszedł, lecz jeśli w grę wchodziła jego siostra, nigdy się nie poddawał. I ja, jako brat, świetnie go rozumiałem.
   -Kupiłem ci kawę. - zaczął, wyciągając w moją stronę zapakowany na wynos, jeszcze gorący napój. -Przyda się.
   -Dzięki, niewątpliwie. - nie kryjąc zdziwienia odebrałem od niego towar i skierowaliśmy się do wyjścia. -Zapowiada się długa noc... W zasadzie już dzień.
   -To będzie niekończąca się doba.
   -Są jakieś nowe informacje? - zapytałem nie mogąc się powstrzymać, w końcu minął spory odcinek czasu. Robert westchnął ciężko.
   -Ania dzwoniła po trzeciej, że opanowali sytuację. Badania wykonają dopiero rano, jak się obudzi... Musimy czekać.
   -Lewy, co się właściwie wydarzyło? - zatrzymałem się spoglądając na niego. -Carolin ją zdenerwowała, prawda?
   -Z tego, co wiem, to nie. - odparł, na co uniosłem brwi. -Podobno przyszła, by wytłumaczyć Lenie, że zajście między wami było nieporozumieniem, coś tam jeszcze dodała i miała już wychodzić, ale Lena źle się poczuła i straciła przytomność. Zadzwoniła na pogotowie, do mojej żony i czekała na ich przyjazd. Widzę, że jesteś zaskoczony. - zauważył zmieniając temat. Pokiwałem twierdząco głową.
   -Nie spodziewałem się, że jej człowieczeństwo nie wyginęło. - przyznałem złośliwie. -Chyba będę musiał jej podziękować.
   Zlustrował mnie wymownie, aczkolwiek nie zwróciłem na to uwagi. Resztę drogi do auta pokonaliśmy w ciszy. Siedząc w fotelu pasażera, popijałem kawę i rozmyślałem nad zachowaniem mojej ex. Zaakceptowanie wystąpienia błędu, w szczególności przed młodą Lewandowską, na pewno nie przyszło jej łatwo, ale mimo wszystko zrobiła to. Musiał istnieć konkretny powód, dla którego zdecydowała się postąpić w ten sposób, bo nie wierzę, że zrobiła to z własnej, nieprzymuszonej woli. Musiała także coś schrzanić, jeśli doprowadziła moją ukochaną do takiego stanu i ja dowiem się, co. Teraz jednak jej sprawa schodziła na drugi plan. Nie ona była obecnie najważniejsza.
   -Wiesz, byłem przedwczoraj w siedzibie swojego niedoszłego, nowego klubu. - powiedziałem do Lewego, by choć na moment odsunąć od siebie trudne, życiowe wnioski. Uniósł jedną brew, najwyraźniej zainteresowany podjętym tematem. -Wszedłem do środka, a oni patrzą na mnie, jak na debila, który zgubił się w wielkim mieście, mało tego, pytają, co mnie w ogóle do nich sprowadza. Zgadnij, co usłyszałem w odpowiedzi.
   -Nie wiem, nie było mnie tam. - wzruszył ramionami, uważnie śledząc trasę. -Pochwal się.
   -Najpierw wytłumaczyłem, że miałem dziś podpisywać kontrakt, miała odbyć się prezentacja... Wmurowało mnie, myślałem, że zapomnieli. Na co prezes do mnie, że nici z umowy, ponieważ otrzymali telefon z Dortmundu, że w dokumentach jest błąd i w żadnym wypadku nie sprzedadzą mnie za 'marne' 35 milionów. Paranoja, no nie? Siedziałem w samolocie, podczas gdy Aki Watzke załatwiał mi bilet powrotny do domu...
   -Widocznie tak miało być. - mruknął Bobek. -Nikt nie zamierzał cię oddać, więc z opuszczenia Borussii ostatecznie wyszła ci jedynie trzydniowa wycieczka do Katalonii. 
   -Która w zupełności wystarczy mi na najbliższe lata. - podsumowałem stanowczo. -Naprawdę wiele rzeczy do mnie dotarło. Do dziś nie potrafię zrozumieć, dlaczego to tyle trwało, dlaczego nikogo nie słuchałem... Ten transfer mógł dojść do skutku.
   -Mógł, Barca rzekomo chciała rzucić za ciebie na stół 60 milionów. Podbijali cenę do samego końca, ale Watzke się nie ugiął.
   -Czytałem o tym w necie, zanim zadzwoniłeś... Zaraz. - zmarszczyłem czoło, odwracając się w jego kierunku z zaciekawieniem. Zagryzał wargę. -Skąd wiesz?! Robert... Maczałeś w tym palce?
   -Okej, złapałeś mnie. - roześmiał się wciskając hamulec. Znajdowaliśmy się już na parkingu pod szpitalem. -Właściwie sam się wsypałem. Po powrocie z lotniska zadzwoniłem do Jürgena i zaproponowałem mu taki spisek. Miał funkcjonować jako plan B, w razie gdyby znajomi Leny cię nie odszukali, ale Aki i Michael szybko go podchwycili i nie zwlekali. Ciężar odpowiedzialności wzięli na siebie, dlatego Barcelona nie zmieszała cię z błotem. Z nożem na gardle kazaliby ci podpisać te papiery, bo aktualnie twoje miejsce zostało puste, a jutro zamyka się okienko, więc są bezradni. Takie życie, Woody, nic nie poradzisz.
   -Narobiłem takiego zamieszania, że nie mam pojęcia, jak to odkręcić... - westchnąłem wpatrując się we własne kolana. -Czuję się tak podle, że najchętniej cofnąłbym czas lub po prostu zniknął. Mam nadzieję, że podobna sytuacja więcej się nie powtórzy. 
   -Jeśli o mnie chodzi, to mało skomplikowane. - położył dłoń na moim ramieniu, zatem zerknąłem na niego kątem oka. -Nie pozwolisz mojej siostrze cierpieć. Wprawdzie nadal mam ochotę cię zatłuc i poćwiartować lub na odwrót, lecz obiecałem, że przestanę kwestionować jej wybory. Nie wiem, czy ci wybaczy, to jej decyzja, ale pamiętaj, że cię obserwuję.
   -Nie musisz się obawiać. - odpowiedziałem uśmiechając się do niego. -Kochałem ją, kocham i nadal będę kochał, niezależnie od tego, czy przyjmie mnie z powrotem czy nie. Jeśli spotykasz takich ludzi, jak ona, musisz ich zatrzymać przy sobie. Na zawsze.


~~~


<Lena>
   Jasne, oślepiające światło. Charakterystyczny dźwięk kardiomonitora. Kroplówka, wenflon i duże okna. Tak, to właśnie to miejsce, którego unikałam jak ognia, choć przy moim trybie życia z ostatnich tygodni było niemal jasne, że spotkanie ze szpitalem mnie nie ominie. Doigrałam się.
   Nie miałam świadomości, co dokładnie się stało, jak tu dotarłam, kto przyjechał razem ze mną. Pamiętam wyłącznie rozmowę z Carolin Böhs i to, że upadłam, a ona szukała ze mną kontaktu, grzebiąc jednocześnie w torebce... Później film się urwał i obudziłam się tutaj. Na obecną chwilę wiedziałam jedynie tyle, że żyję i prawdopodobnie nie odniosłam poważniejszych obrażeń. Taką przynajmniej żywiłam nadzieję, ponieważ mój brzuszek ciążowy nadal istniał, zatem nic gorszego nie mogło mieć miejsca. Nie darowałabym sobie, gdybym się myliła.
   Po opadnięciu pierwszych emocji zorientowałam się, że całą moją salę, w której w zasadzie leżałam tylko ja, oraz korytarz za drzwiami owiewa pustka. Żadnych odwiedzających, nawet lekarzy, co kilka minut przewijały się jedynie pielęgniarki z różnymi rodzajami leków dla pacjentów. Wiszący na przeciwległej ścianie zegar wskazywał dziesięć po ósmej rano, więc nikogo z zewnątrz zapewne nie wpuszcza się jeszcze na oddziały. Odetchnęłam sarkastycznie z ulgą, gdyż dotarło do mnie, iż do ojcowskiego kazania Bobka i matczynej troski Anny brakuje jeszcze trochę czasu, dzięki czemu zdążę zaciągnąć się świeżym, nieskażonym powietrzem. I kiedy tak czerpałam przyjemność ze spokoju i samotności, nadeszło coś, przez co tylko cudem ominął mnie zawał, co idealnie wykazał wspomniany kardiomonitor. Był tutaj. Wiedział. Przyjechał. Wrócił. Najzwyczajniej w świecie spał sobie w fotelu z lewej strony, okryty własną kurtką. Zrezygnował z dłuższego pobytu w Barcelonie, zarywając tym samym noc, o czym świadczył kubek po kawie na stoliku obok. Reus nie pije kawy, jeżeli nie zachodzi taka potrzeba. Musiał być poważnie wyczerpany, skoro sięgnął po takie wspomagacze. 
   Zdawałam sobie sprawę, że mi nie wolno, lecz pragnęłam jak najszybciej wstać i znaleźć się przy nim, aby zyskać stuprocentową pewność, że to faktycznie on. I osiągnęłabym cel, gdyby dążenia do niego nie przerwała mi pielęgniarka, która właśnie weszła do środka. Widząc powrót moich podstawowych funkcji życiowych, wychyliła się przez drzwi, by poprosić o pomoc lekarza i jedną z koleżanek po fachu. Rosnące zamieszanie obudziło oczywiście Marco, który przeciągnął się leniwie w wygodnym meblu, niezbyt jeszcze ogarniając, o co się właściwie rozchodzi. Później wyłapałam tylko, że opuszcza pomieszczenie z telefonem przy uchu, zatem wywnioskowałam, że dzwoni do Lewego. Starałam się podzielić uwagę pomiędzy doktora, zasypującego mnie gradem istotnych dla niego pytań, a mężczyznę mojego życia, intensywnie wyrzucającego z siebie ogrom słów, systematycznie zerkającego w przeszkloną szybę. Nie liczyłam, ile czasu zajął cały ten proces, ale byłam za to przekonana, że ominęło mnie jakieś istotne wydarzenie z życia Reusa. Ponownie pojawił się w Niemczech, a to musiało coś oznaczać.
   Gdy pozostawiono mnie w końcu w spokoju i dowiedziałam się, iż mojemu maleństwu nie zagraża większe niebezpieczeństwo, a piłkarz przeprowadził wstępną rozmowę z moim lekarzem prowadzącym, po czym wrócił do sali, nastała krępująca, tajemnicza cisza. Przez uciążliwie ciągnący się moment stał naprzeciwko mojego łóżka i obserwował ze zmarszczonymi brwiami. Cierpiał i nie trzeba być geniuszem, by to odkryć. Żałował. Bał się tego, co może ode mnie usłyszeć i ta niewiedza rozrywała go od środka. Mnie natomiast zastanawiało, na co jeszcze czeka. Nie widzieliśmy się bity miesiąc, a on zachowuje się tak, jakby patrzył na mnie pierwszy raz w całej swojej pieprzonej egzystencji. Nie wiem, czy zdefiniowano kiedykolwiek gorsze uczucie od obojętności człowieka stanowiącego drugą połowę twojego serca.
   -Jeśli chcesz, żebym zniknął, po prostu powiedz, a obiecuję, że więcej mnie nie zobaczysz. - powiedział cicho, na co momentalnie zastygłam w bezruchu. -Anna i Robert przyjadą za godzinę, bo...
   -Anna i Robert mnie nie obchodzą. - wtrąciłam, wciąż utrzymując z nim kontakt wzrokowy. -Ich nie ma, ale jesteś ty, a o ile dobrze pamiętam, musimy wyjaśnić sobie kilka kwestii.
   Spojrzał na mnie zupełnie zaskoczony, na co wyciągnęłam rękę w jego stronę, by uświadomić mu, że naprawdę chcę z nim pogadać. Nie wahał się długo: uśmiechnął się delikatnie, po czym usiadł obok, ujmując moją dłoń i musnął wargami jej wierzch. Prosty gest, a sprawił, że wszystko stało się lepsze. Zapomniałam nawet, gdzie jestem bo to w sumie nie było takie ważne. Liczył się fakt, iż Reus zrezygnował z Hiszpanii i poszedł po rozum do głowy.
   -Denerwujesz się. - wypomniał wskazując urządzenie nad moją głową, aczkolwiek oboje wiedzieliśmy, że nagły skok ciśnienia wywołały pozytywne emocje. -Jak się czujesz?
   -Okej. - przyznałam wzruszając ramionami, po czym spojrzałam mu w oczy. -Marco, przepraszam... To nie powinno tak wyglądać...
   -Porozmawiamy o tym później, dobrze? - przesunął kciukiem wzdłuż mojego policzka, przez co zacisnęłam na chwilę powieki. -Tymczasem wytłumacz mi, co sobie wyobrażałaś, zaniedbując się przez ostatnie tygodnie. Jadłaś coś zdrowego? Kiedy przespałaś całą noc? Kiedy pomyślałaś o tym, żeby normalnie odpocząć? Mała, to, jak postąpiłaś, było skrajnie nieodpowiedzialne. Mogłaś wyrządzić sobie krzywdę, nie tylko sobie. Dlaczego?
   -Bo się rozstaliśmy. - rzuciłam prosto z mostu, czym ugodziłam w jego honor. Odsunął się, zaciskając usta w cienką linię. -Wyjechałeś, ja nie skupiałam się na pilnowaniu swojego samopoczucia, chciałam cię tylko odzyskać... Sporo mnie to kosztowało, ale opłaciło się, bo jesteś.
   -Jestem i będę, jeśli właśnie tego sobie życzysz. Lena, nigdzie się bez ciebie nie wyprowadzę, jasne? Całą winę za wszystkie te wydarzenia biorę na siebie i nie zaprzeczaj, bo to ja nawaliłem. Gdybym z miejsca ci zaufał, nie leżałabyś teraz tutaj.
   -Ale ja też ci nie wierzyłam...
   -Miałaś do tego prawo, bo przyłapałaś mnie w jednoznacznej sytuacji, która na szczęście już się wyjaśniła. Ale na przyszłość musisz mieć świadomość, że naprawdę bardzo cię kocham i nie szukam dodatkowych atrakcji, pamiętaj o tym. I kocham też mojego syna lub córkę, moje dziecko rozwijające się gdzieś tam pod twoją opieką.
   -Co? - wykrztusiłam otwierając szeroko oczy. Marco zerknął na mnie i zaczął się śmiać.
   -Powinienem powiedzieć 'nasze', prawda? - poprawił się. -Nie patrz tak na mnie, już trzy miesiące uciekły mi przez palce i nie chcę stracić ani jednego dnia więcej. Przysięgam, że od tej pory będę robił wszystko, żebyśmy byli szczęśliwi i mam nadzieję, że kiedyś się uda.
   Uśmiechnęłam się, a on pochylił się i ucałował moje czoło. Mówił szczerze, nie kłamał, zależało mu, dzięki czemu kamień spadł mi z serca. Dostrzegałam też jednak, jak bardzo jest zmęczony, że zapewne ma do załatwienia parę istotnych spraw i powinien przespać się jakiś czas. Nie mogłam trzymać go przy sobie tylko ze względu na to, że nie chciałam tracić go z oczu.
   -Marco, proszę cię, byś pojechał do domu, musisz odpocząć. - oświadczyłam stanowczo, gładząc jego ramię. -Niedługo zjawi się Bobek, a mnie zabiorą na badania, pozatym, nie potrafię patrzeć, jak się wykańczasz. Nalegam.
   -Ale obiecaj mi, że dasz znać, jeżeli dowiesz się czegoś nowego. Jeśli nic się nie zmieni, jutro cię wypiszą, wtedy pomyślimy, co dalej.
   -Zadzwonię.
   -Wpadnę do ciebie popołudniu. - zapowiedział, ponownie obejmując moją dłoń. -I niczym się już nie przejmuj, będę przy tobie.
   Splótł nasze palce i złożył czuły pocałunek na moim policzku, po czym odwrócił się, założył kurtkę i wyszedł. Położyłam głowę na poduszce i z uśmiechem zmrużyłam powieki. Już jest dobrze. A wszystko wskazuje na to, że będzie jeszcze lepiej.


***


Dla wszystkich, którzy czekali na ich spotkanie - bo ja też czekałam i musiałam wrzucić już dzisiaj :p
Dla wszystkich, którzy być może rozczarowali się entuzjastyczną reakcją Leny - to nie tak, że Marco będzie miał cały czas z górki. Postaram się, żeby odzyskanie jej zaufania zajęło mu trochę czasu ;)
Następny pewnie gdzieś za półtora tygodnia, jeśli dam radę szybciej - będzie szybciej. Teraz lecę zajrzeć na Wasze blogi i zmierzyć się z 40-minutową audycją po niemiecku... Ugh!

Komentujcie komentujcie komentujcie ❤

LG♡♡♡

niedziela, 8 listopada 2015

25. Lieber spät als nie

<Marco>
   Po zajęciu miejsca w samochodzie okazało się, że Maria i Mario mają wobec mnie zupełnie inny plan. Wcale nie zamierzali niczego tłumaczyć od razu - Hiszpan uruchomił silnik i ruszył przez opustoszałe o tej godzinie, ze względu na trwającą sjestę, ulice Barcelony. Nie zadawałem pytań, gdyż spodziewałem się, że nikt na nie nie odpowie, więc po prostu czekałem. Przychodziło mi to z trudem, ale nie miałem wyboru.
   Zatrzymaliśmy się przed gustownie urządzonym domem, który pewnie należał do nich. Chłopak otworzył bramę, by wprowadzić auto na teren posesji, a jego dziewczyna wpuściła mnie do środka i zaprosiła do salonu. Czułem się coraz bardziej zdezorientowany, przez co ciężko było mi rozmawiać po angielsku. W zasadzie w ogóle nie chciałem z nimi rozmawiać, lecz to przekroczyłoby granice przyzwoitości.
   -Zapewne udaremniamy ci możliwość dotarcia na Camp Nou. - Maria bez jakiegokolwiek zapytania, kilka minut później, gdy do pomieszczenia wszedł także Casas, postawiła przede mną filiżankę kawowego napoju. -I o to właśnie chodziło.
   -Okej, czy w takim razie możemy przejść do konkretów? - poprosiłem, nerwowo strzelając palcami, na co aktor uśmiechnął się ironicznie. -Postawcie się w mojej sytuacji, niewiele rozumiem z tego przedstawienia.
   -A szkoda. - rzucił Mario usadawiając się obok ukochanej. -Marco, nie mogę uwierzyć, że musimy ci to tłumaczyć. Naprawdę sądziłeś, że ona ci to zrobiła?
   -Nie, żartowałem. - prychnąłem zaciskając pięści. Dlaczego, do jasnej cholery, ciągle prawił mi uwagi?! -Kręciłeś się wokół niej całymi dniami, więc jak to się miało skończyć?!
   -Wiem, co czujesz. - jego partnerka przesunęła się i położyła dłoń na moim ramieniu, chyba po to, by mnie uspokoić. -Niejednokrotnie przeżywałam to samo, ale za każdym razem się myliłam. I ty także znajdujesz się teraz w takiej sytuacji.
   -Nie wiem, jak mogłeś pomyśleć, że między Leną a mną do czegoś doszło. - ciągnął Mario. -Nawet na planie zdjęciowym nic podobnego nie miało miejsca. Ona mówiła o tobie każdego dnia, czekała na twój przyjazd, zastanawiała się, dlaczego nie odbierasz telefonu, co robisz. Powiedz szczerze: udałoby mi się ją poderwać, gdybym próbował?
   Gapiłem się na niego, faktycznie rozważając to, co przed chwilą usłyszałem. Miał bezsprzeczną rację - siostra Lewego nie należała do tego rodzaju kobiet, które łatwo zdobyć, a jako przykład mogę podać samego siebie. Przecież przekonanie jej do mojej osoby zajęło mi kilka długich miesięcy, dlatego, że kochała Štilicia, pomimo tego, że ją skrzywdził. Prawdopodobnie tak samo jest ze mną, lecz ja nie zraniłem jej zdradą. Zraniłem tym, że zostawiłem ją samą, bez słowa, bez żadnego 'do widzenia'. Akurat teraz.
   -Wahasz się, bo znasz prawdę. - kontynuowała Hiszpanka, dostrzegając, że się zawiesiłem. -I dobrze wiesz, że jej ciąża nie wynika z romansu między twoją dziewczyną i moim chłopakiem. Przecież tego dnia, kiedy przyleciałeś...
   -Wybacz, ale to nie wasza sprawa. - warknąłem stanowczo, patrząc im prosto w oczy. -Nie chcę cię urazić, ale pamiętam, co się wtedy stało.
   -Więc dlaczego odstawiasz takie sceny, co? - Casas znów na mnie naskoczył. -Zadzwoniła do mnie jakiś czas temu... Ciągle płakała, prosiła, żeby cię znaleźć, bo ona i Robert spóźnili się na lotnisko. Nie chciała dopuścić do twojego pojawienia się na stadionie, a my jej w tym pomogliśmy, tylko po to, by ci uświadomić, że nigdy z nią nie spałem. Nigdy nawet nie przyszło mi to do głowy, bo sam jestem zakochany, ale też dlatego, że nie miałbym u niej szans. Ona woli ciebie, pod każdym względem.
   -Tak właśnie jest, Marco. - potwierdziła Maria, śledząc każdą zmarszczkę na mojej zszokowanej twarzy. -Mario każdą noc spędzał i nadal spędza ze mną, w tym domu. Na wszystkie lunche, obiady czy inne wypady również wychodziliśmy w trójkę lub w większej grupie, by nie szukać sensacji. Więc powtórzę ci jeszcze raz, tak, by wreszcie to do ciebie dotarło: wkrótce zostaniesz ojcem i powinieneś być teraz przy swojej ciężarnej dziewczynie, a nie tutaj, w niewiadomym celu. Przecież nie chcesz wiązać się kontraktem z Barceloną...
   -A przynajmniej nie teraz. - dodał z uśmiechem Hiszpan. -Nie ukrywam, że fajnie byłoby zobaczyć cię tu w przyszłości. Jesteś naprawdę spoko facetem, stary, wiem to, choć nie znamy się zbyt długo, ale miałem dłuższy kontakt z Leną i... Cóż, nasłuchałem się o tobie. I daj już spokój, bo na serio nie zamierzam ci jej odebrać.
   -Czemu mam wam wierzyć? - spytałem dla pewności. Powoli zaczynałem bowiem pojmować sens tego całego uprowadzenia z lotniska i przeprowadzanej rozmowy. Koncentrowała się na jednym celu, który systematycznie osiągała, a lepiej późno, niż wcale.
   -A czemu miałbym cię okłamywać? - Mario odbił piłeczkę. -Bardzo lubię Lenę i ciebie też i życzyłbym sobie, aby wam się ułożyło, bo będziecie potrzebowali dużo spokoju.
   -I cierpliwości, to leży już tylko w twojej kwestii, Marco. Musisz jej bardziej zaufać, ale jeśli naprawdę ją kochasz, to najprostsze zadanie na świecie.
   Obserwowałem ich, a oni mnie. I chyba wszyscy staraliśmy się zrozumieć tą samą rzecz: jakim cudem, w wieku dwudziestu czterech lat i po długotrwałym, poprzednim związku trzeba mi tłumaczyć tak banalne fakty.


~~~


<Lena>
   Nie wiem, o czym myślałam, gdy wyobrażałam sobie, że nie będę panikować. Po powrocie do domu Lewandowskich Ania doszła do wniosku, że zaparzy dla mnie melisę, najlepiej od razu pół litra. Robert natomiast kazał mi automatycznie iść się położyć i myśleć pozytywnie, bo przecież zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, a cała reszta zależała od Marii i Mario. Obiecali, że odezwą się, gdy uda im się coś zdziałać, więc czas oczekiwania na jakąkolwiek wiadomość dłużył się w nieskończoność. Odbijało się to oczywiście na moim samopoczuciu, bo coraz bardziej się denerwowałam i męczyły mnie zawroty głowy, nie mogłam zasnąć nie wspominając o zjedzeniu najmniejszego posiłku. Poprosiłam najbliższych, by zostawili mnie na jakiś czas samą, ponieważ nie chciałam, by widzieli mnie w takim stanie. Nie potrzebowałam litości, dobijała mnie dodatkowo świadomość, że oni i tak się martwią, ale stałam na granicy wytrzymałości. Starałam się, lecz to praktycznie nic nie wnosiło.
   Prawie sześć godzin później zadzwoniła w końcu moja komórka, a kiedy na wyświetlaczu zobaczyłam dane Hiszpana, omal nie eksplodowałam z emocji. Zaczynałam już wierzyć, że utonęła ostatnia deska ratunku, a ona nagle wypłynęła na powierzchnię, dlatego z bijącym jak oszalałe sercem przesunęłam palcem po zielonej słuchawce. 
   -Lena? - usłyszałam pogodny, męski głos, ubarwiony charakterystycznym akcentem. -To ja. Wybacz, że tak późno, ale Reus to naprawdę twarda sztuka i ciężko zyskać jego zaufanie... A może tylko ja mam z nim taki problem?
   -Mario, nie obraź się, ale do rzeczy, błagam. - przerwałam mu zniecierpliwiona, gdy zaczął się śmiać. -Odchodzę już od zmysłów.
   -Niepotrzebnie, opanowaliśmy sytuację. Misja przebiegła zgodnie z planem.
   -To znaczy?
   -Marco dał się przekonać, że jestem grzecznym chłopcem i nic nas nie łączyło. - oświadczył dumnie, a ja odniosłam wrażenie, że wygrałam życie. W końcu błysnęło małe światełko w tunelu. -Wprawdzie upierał się trochę, że pewnie ściemniamy, że próbuję się wybronić, ale moja wspaniała dziewczyna ma dar przemawiania do ludzi, a on ją rozumiał. Powiedział też, że popełnił błąd i że musi go jak najszybciej naprawić. I wiesz co? Chyba się nawet polubiliśmy... Niemożliwe, prawda? A jednak!
   Uśmiechnęłam się sama do siebie. Byłam im obojgu tak wdzięczna, że zgodziłabym się na wszystko, czego by zażądali. Gdyby nie oni, Woody nadal obstawałby przy swoich błędnych teoriach, a ja straciłabym możliwość zbudowania normalnej, pełnej rodziny, na czym bardzo mi zależało. Czułam obniżający się poziom stresu, dlatego miałam prawo sądzić, że wszystko wróci do normy. Ostatnio niczego innego nie pragnęłam równie mocno.
   -Ale nie waż się powiedzieć mu, że na nagraniach pochwaliłem twój tyłek, bo wróci i pogrzebie mnie żywcem. - zażartował, na co nie potrafiliśmy się nie roześmiać. -Poważnie, to nadal nasz mały sekrecik. Maria też o niczym nie wie i niech lepiej tak zostanie. Może kiedyś.
   -Może kiedyś. - potwierdziłam rozbawiona, rozmyślając jednocześnie nad jednym faktem, który niespodziewanie mnie uderzył. -Mario, gdzie on teraz jest? Chciałabym...
   -Wyszedł, musi rozliczyć się z zarządem Barcelony. Na sto procent będą wściekli, gdy dowiedzą się, że jednak im odmówił... To wymaga czasu, podobno przygotowali dla niego wszystkie dokumenty i wystarczyło je jedynie podpisać...
   -Dużo nie brakowało, prawda?
   -Może godziny. - przyznał zamyślony, dzięki czemu odkryłam, że szykuje dla mnie jeszcze jedną nowinkę. -Lena, skarbie, zdajesz sobie sprawę, że on wróci najszybciej jutro wieczorem? Nie zabukował jeszcze biletu i spotka się z agentem nieruchomości, by zrezygnować z kupna mieszkania... Dziś nie zdąży tego załatwić. Nie martw się, przenocujemy go, nie zostanie tu sam. Skoro jest już w stanie normalnie na mnie spojrzeć, z chęcią mu pomogę.
   -Bardzo śmieszne. - odparowałam chichocząc mimo wszystko pod nosem. -W porządku, poczekam. Najważniejsze, że się opamiętał.
   -W takim razie akcja zakończona sukcesem. Powinienem chyba pójść na studia psychologiczne, co?
   -Dostaniesz moją rekomendację. Ogromnie wam dziękuję, Mario. Nie wiem, co by się stało...
   -Hej, mówiłem ci kiedyś, że możesz na mnie liczyć. - przypomniał, wielce oburzony, iż odważyłam się o tym zapomnieć. -W ramach zadośćuczynienia pozdrów braciszka i jego szanowną małżonkę oraz twojego bobaska, przekaż mu też, proszę, że ciocia Maria i wujek Mario nie mogą się już doczekać, aż go zobaczą. Odzywaj się czasem, okej?
   -Masz to jak w banku. - zaśmiałam się ponownie, przeczesując ręką splątane włosy. W ciągu tej pogadanki wydobywałam z siebie ten dźwięk częściej, niż w przeciągu całego minionego tygodnia. Małymi kroczkami odbudowywała się szara, lecz jakże wyczekiwana codzienność. I w amoku otaczającej mnie euforii nie przypuszczałam nawet, że spotka mnie jeszcze jeden zaskakujący epizod.


~~~


   Nazajutrz późnym popołudniem Bobek pojechał na nagranie jakiegoś programu z udziałem kibiców, natomiast jego druga połówka wyskoczyła na spontaniczne zakupy. Widząc mnie w o wiele lepszym stanie, nie stawiali większych oporów związanych z faktem, iż pobędę w domu całkiem sama. Anka powtórzyła mi tylko parę razy, by natychmiast dzwonić do niej w razie niebezpieczeństwa, a po chwili zniknęła. Tak więc wylegiwałam się w spokoju na kanapie, pochłaniając zbożowe ciasteczka, które niedawno osobiście mi kupiła, zastanawiając się jednocześnie, co się dzieje z Marco. Nie wyrzucałam mu, iż nie telefonował, a i ja nie przeszkadzałam mu, skoro był zajęty. Jedyne, co mnie frustrowało, to brak pewności, kiedy rzeczywiście przyleci do Niemiec. Uzbroiłam się jednak w cierpliwość, co okazało się trudniejsze, niż sądziłam.
   Interesujący proces przelewania wody z butelki do szklanki przerwał mi dzwonek do drzwi. Zastygłam na kilka sekund, ponieważ nie spodziewałam się gości, moment później zebrałam się jednak w całość i poszłam otworzyć. Postać, którą zastałam w progu, totalnie mnie zszokowała. Wszystkie dotychczasowe próby opanowania nerwów odeszły w zapomnienie, znów przywołując zaniepokojenie. Kobieta musiała to zauważyć, bo uśmiechnęła się sympatycznie, co kompletnie zbiło mnie z tropu. 
   -Mogę wejść? - spytała z wyraźnie wymalowanym na twarzy zdeterminowaniem. Uniosłam opryskliwie brwi, ale nie odpuszczała, lustrując mnie badawczo. Chyba nie miałam wyjścia. Nie będę się z nią szarpała.
   -Proszę. - odsunęłam się, by mogła przejść, ale zatrzymała się już po paru metrach. Czuła się bardzo nieswojo i dobrze - na przychylność z mojej strony nie mogła liczyć.
   -Powiem ci bez zbędnych wstępów, dlaczego tutaj jestem. - zaczęła odpinając guziki płaszcza, zatem nie zamierzała nawet usiąść. -Marco mnie o to poprosił. Od niego dowiedziałam się... Że jesteś... W ciąży. Gratulacje, Lena.
   Zerknęła na mój zaokrąglony brzuch, aż przeszyły mnie dreszcze, więc w geście ochronnym okryłam go dłońmi. Wolałam trzymać ją na dystans, dopóki nie odkryje wszystkich kart. Wciąż bowiem nie wiadomo, po co pojawiła się dziś w posiadłości Bobka.
   -Carolin, czego chcesz? - warknęłam przenosząc ciężar ciała na lewą stopę. Zawstydzona opuściła wzrok, wsuwając palce do kieszeni jeansów.
   -Przeprosić. - szepnęła kreśląc butem malutkie kółka na podłodze. -Wiem, jak z twojego punktu widzenia wyglądało to, co zastałaś tamtego dnia, ale Marco naprawdę nie miał z tym nic wspólnego. To moja intryga.
   -O czym ty mówisz? - zmarszczyłam czoło wpatrując się w nią przenikliwie. Westchnęła, głośno wypuszczając powietrze z ust.
   -O tym, że cię nie zdradził. - rzuciła, na co ugięły się pode mną kolana. -Uwierzysz mi lub nie, ale nigdy nie planowałam odbić ci chłopaka, jednak zazdrość wygrała. Nie wiem, co mną kierowało, że go prowokowałam, podrywałam i uwodziłam, ale szybko zrozumiałam, że to mija się z celem, bo on już nic do mnie nie czuje. Nie wiem, dlaczego postanowiłam się zemścić, tamtego ranka po prostu nadarzyła się idealna okazja. 
   -Po co...
   -Nie przerywaj mi, błagam, chcę mieć to za sobą. - uciszyła mnie jednym, zwykłym zdaniem, po czym kontynuowała. -Ty wyjechałaś do Kolonii, a on miał do ciebie żal o to, że nic nie wiedział. Byłam zaskoczona, gdy do mnie zadzwonił, ale nie odmówiłam, bo chciałam go wyłącznie wesprzeć. Za dużo wypiliśmy, więc pozwolił mi zostać, ma zdecydowanie za dobre serce... W nocy nie spędziłam ani minuty w jego sypialni, przysięgam. Wierzysz mi?
   -Nie wiem... - skrzyżowałam ręce na piersi, próbując poskładać wszystkie wiadomości. -Zjawiasz się tak znikąd, na polecenie Reusa i zasypujesz mnie tym wszystkim... Brzmi szczerze, ale abstrakcyjnie.
   -Chciałabym również uświadomić ci, że doskonale rozumiem, co czujesz. - wzięła głęboki wdech, bijąc się z własnym sumieniem. Może nie powinnam z niej tego wyciągać? -Lena, ja też niedawno zaszłam w ciążę... Ale nie miałam tyle szczęścia, co ty. Mój były już chłopak zostawił mnie, gdy tylko pokazałam mu wyniki badań... Kilka tygodni później okazało się, że straciłam to dziecko przez stres i nadmierny wysiłek. Proszę cię, nie powielaj tego błędu, bo w przyszłości będziesz tego żałowała tak bardzo, jak ja obecnie. Trafiłaś na faceta, który jest w stanie zaopiekować się tobą, jeśli się dogadacie. Wiem, co mówię.
   -Marco o niczym nie wspominał... - wykrztusiłam nie spuszczając z niej wzroku. Byłam tak oszołomiona, że wszystko, co usłyszałam, zlewało się w jedną całość. Carolin uśmiechnęła się słabo.
   -On nie zna prawdy. - przyznała zerkając na mnie niepewnie. -Wkręciłam mu, że przestaliśmy do siebie pasować, o więcej nie pytał. Lena, on i tak wróci, bo naprawdę cię kocha i nigdzie się bez ciebie nie ruszy. Przepraszam, że namieszałam... Gdybym nie dowiedziała się o twoim stanie, prawdopodobnie nie rozmawiałybyśmy dzisiaj, ale doświadczenie mnie nauczyło i nie potrafiłam inaczej... Obiecuję, że nie będę więcej wchodzić między was.
   -Przykro mi z twojego powodu. - dodałam, wykonując kilka kroków w jej stronę. Wciąż wahałam się, czy jej zaufać, uważałam na swoją naiwność, aczkolwiek z drugiej strony sądziłam, że to zbyt poważna sprawa, by kłamać. Wyglądało na to, iż przemyślała pewne kwestie i zdecydowała się na oczyszczenie swojego konta. -Musiałaś ciężko to znosić.
   -Było, minęło... Nie da się o tym zapomnieć, ale usiłuję przynajmniej zająć się czymś innym... - wbiła we mnie poważne i pełne skupienia spojrzenie. -Mam nadzieję, że mu wybaczysz. I że wam się ułoży, zasługujecie na to.
   Pokiwałam w odpowiedzi głową, po czym zaatakował mnie nagły ból w okolicach skroni. Zachłysnęłam się powietrzem, na co przerażona Niemka szybko objęła mnie ramieniem i wypowiadając wiązankę słów, zorientowała się, iż coś jest nie tak. Ostatnim obrazem, jaki zarejestrował mój mózg, był jej krzyk i gorączkowe szukanie smartfona w torebce. A potem zrobiło się ciemno...


***


Przepraszam za spóźnienie :< Myślałam, że wrzucę go do południa, ale nie udało mi się wczoraj skończyć... No i nie jestem z niego zadowolona, ale nie miałam zbytnio pomysłu, co w nim zmienić.

Chcę jeszcze podzielić się z Wami moim JakubemKubą, którego to miałam zaszczyt i okazję obejrzeć w czwartek na żywo... Jakość nie jest powalająca, choć siedziałam (a w zasadzie stałam) w czwartym rzędzie(!), Kuba był tak aktywny na boisku, że ciężko było zrobić dobre zdjęcie... Ale co widziałam, to moje, co zostało zobaczone, już się nie odzobaczy :p Było warto!

No a dziś? Derbysieger, Derbysieger hey hey, AubaKing, BatmanIstWiederDa, utarcie nosa Schalke to najpiękniejsze zwycięstwo w całym sezonie... Numer #1 w Zagłębiu Ruhry to właśnie my!

Na koniec zapraszam jeszcze na rozdział na drugim blogu (tych, którzy nie czytali, a tych, którzy czytali, proszę o komentarz :p) i znikam pracować nad kolejnymi częściami :p [klik]

LG❤

czwartek, 29 października 2015

24. Fünf Minuten zu spät

   Nie poruszyłam się od dobrej minuty. Nadal stałam w tym samym miejscu, bokiem do lustra, z otwartymi ustami gromiąc wzrokiem mojego brata. Podobnie jak jego żona, z tym, że ona zerkała również na mnie, zapewne w obawie, że zaraz dostanę zawału. I nie byłoby nic dziwnego w tym, gdyby faktycznie tak się stało.
   -To niemożliwe. - pokręciłam głową z ironicznym uśmiechem. -Wiedziałabym o tym. Okej, może ze sobą nie rozmawiamy, ale chyba poinformowałby mnie o tak ważnych planach!
   -Lena, on nie powiedział nikomu. Sam podjął taką decyzję. W klubie trzymali to przed nami w tajemnicy, żebyśmy koncentrowali się na najbliższych meczach i myśleli, że Marco wyleczy kontuzję i wróci. Nawet nie podejrzewaliśmy, że coś się dzieje!
   -A jego rodzina? - dopytywałam nerwowo. -A Marcel i Robin? Nawet się z nimi nie pożegna?
   -Rozmawiał z nimi wszystkimi... - Bobek zsunął z ramienia sportową torbę. -Ale sądzili, że to chwilowy kaprys i szybko sobie odpuści. Próbowali go przekonać, że to głupi pomysł, ale nic do niego nie docierało. Nawet dziś nie dał sobie przepowiedzieć do rozumu...
   -Czyli ja dowiaduję się ostatnia, tak? - wywnioskowałam rozżalona, wsuwając dłonie do kieszeni. -W dodatku nie od niego osobiście, tylko dopiero od ciebie! Na parę godzin przed wylotem!!!
   -Uznał, że tak będzie lepiej... Że oszczędzi ci stresu.
   -Świetnie, w tym akurat jest najlepszy! - warknęłam cofając się do salonu. Chyba nie do końca potrafiłam pojąć to, co właśnie usłyszałam. Nie liczyłam, że Reus będzie się spowiadał ze swoich zamiarów, jednak miałam nadzieję, że odważy się oświadczyć mi fakt swojej wyprowadzki prosto w oczy. A on najzwyczajniej w świecie stchórzył. -Chory pojeb. Cholera, to jest tak śmieszne, że aż nierealne!
   -Lena, uspokój się. - karateczka podeszła do mnie i położyła dłoń na moim ramieniu. -Nie możesz...
   -Nie pouczaj mnie, proszę. - wtrąciłam odwracając się w jej kierunku. -Postaw się w mojej sytuacji i sama oceń, czy zachowanie spokoju w tym momencie jest takie proste!
   -Przepraszam.
   -Co chcesz zrobić? - spytał nagle Lewy, skutecznie zmieniając temat. Popatrzyłam na niego bezradnie.
   -A co mi pozostało? - wzruszyłam ramionami zagryzając wargę. Nie miałam prawa ingerować w jego życie zawodowe. To naturalne, że pragnął się rozwijać i doskonalić umiejętności, a zatrzymywanie go w Dortmundzie uniemożliwiałoby wspinanie się po kolejnych szczeblach kariery. Jeżeli Klopp wraz z Watzke i Zorciem pozwolili mu odejść, to ja nie miałam już nic do powiedzenia. Żałowałam tylko, iż nie zdecydował się na rozmowę ze mną. Byłoby o wiele łatwiej to znieść i dostałabym więcej czasu na pogodzenie się z rzeczywistością, bo jeszcze nie zdałam sobie sprawy, że już go tutaj nie będzie.
   -Siostra, jesteś ostatnią i jedyną osobą, która jest w stanie na niego wpłynąć. - Robert spojrzał mi w twarz prześwietlając ją na wylot. -Wszyscy się starali i nikt nie dał rady, przegrał nawet argument z jego chrześniakiem w roli głównej. Tu chodzi wyłącznie o ciebie, dlatego błagam, zrób cokolwiek, żeby wybić mu z głowy tą Barcelonę. Przecież tobie też zależy, by został, widzę to.
   Wstrzymałam oddech nie reagując gwałtownie, gdyż musiałam pozbierać myśli. Zerknęłam na Annę i od razu zrozumiałam, że tym razem mi nie pomoże. Nie chowałam urazy, w sumie o Marco uczyła się z opowiadań moich czy swego męża, a w jego towarzystwie spędziła naprawdę niewiele czasu. Z drugiej strony, wybór należał tylko do mnie, nie mogła narzucać mi działań, które powinnam podjąć lub nie. Znalazłam się w martwym punkcie, stojąc przed ogromnym dylematem. Naprawdę nie chciałam wchodzić mu w drogę, mieszać prywatności i pracy, kilka dni temu przyznałam też Ann-Kathrin, że nie wypomnę mu przeprowadzki do innego miasta, skoro to go uszczęśliwi. Wypowiadając te słowa nie przypuszczałam jednak, że zmierzę się z tym tak szybko... Rozsądek walczył teraz z uczuciem. Umywałam ręce od wykonywanych przez niego kroków, jednocześnie wciąż kochając go jak wariatka, pomimo iż mnie skrzywdził, porzucił i zdradził. A może nie zdradził... Tych dwóch elementów nie da się pogodzić, dlatego narzucają człowiekowi odrzucenie jednego z nich. Rozum czy serce? Serce czy rozum?
   -O której odlatuje ten pieprzony samolot? - obrzuciłam Bobka pytającym spojrzeniem. Już z odległości paru metrów dostrzegłam jego poszerzone w nadziei źrenice.
   -Nie wiem. Trening skończył się dwie godziny temu, a odprawy trwają niemiłosiernie długo... Zdążymy.
   Dwa razy nie musiał powtarzać. Popędziłam do swojego pokoju, by przebrać się w inne ciuchy, weszłam na chwilę do łazienki i niedługo stawiłam się z powrotem, gotowa do wyjścia. Roberta wywiało, Lewandowska powiadomiła mnie, że poszedł już do auta, więc uściskałam ją mocno i nie tracąc czasu ruszyłam jego śladem. Każda minuta była na wagę złota.


~~~


   Wpadłam do terminala przez obrotowe drzwi jak oparzona, po czym rozejrzałam się dokładnie, rozmyślając, od czego zacząć. W środku nie panował tłok, zatem wyszukiwałam go wzrokiem. Niby nic trudnego, powinien mieć przy sobie największą z posiadanych walizek, czapkę na głowie, słuchawki na uszach i siedzieć gdzieś w kącie z iPhone'm w ręku, bo przecież jego 'stare' kości nie wytrzymałyby takiego obciążenia. Odprawę kończyła właśnie nieliczna grupka, wśród której na pewno się nie znajdował, musiał zatem krążyć gdzieś po lotnisku. Wiedząc, gdzie, stałabym się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
   -I co? - nawet nie zorientowałam się, gdy dołączył do mnie Lewy. Minęło kilka minut, zanim zgasił silnik i zamknął samochód na klucz, a brakowało mi cierpliwości, by na niego czekać. Ania została w domu, w dalszym ciągu zajmując się obiadem. -Widzisz go?
   -Nie. - jęknęłam zaciągając się powietrzem. Podjęty niedawno wysiłek fizyczny powoli dawał się we znaki. -Co dalej?
   -Spokojnie. - rzucił, uważnie przeczesując przestronne pomieszczenie, ostatecznie wskazując na zawieszone u góry tablice. -Zobacz, nie ma żadnego lotu do Barcelony. Może coś źle usłyszałem i pomyliłem godziny?
   Nie chciał się poddać, odniosłam wręcz wrażenie, że motywuje go większa determinacja, niż mnie. Pociągnął mnie za ramię i powoli przechadzaliśmy się wzdłuż ogromnej hali, wytężając wszystkie zmysły. Popadałam w paranoję, w każdym blondwłosym mężczyźnie upatrując Marco. Myślałam, że śnię, że to tylko moja chora wyobraźnia, a gdy się obudzę, zapomnę o wszystkim. Poszukiwania komplikowali dodatkowo fani Bobka, oblegający go prośbami o autograf, które cierpliwie rozdawał, nie skupiając się jednak na tym, co robi. Gdyby ktoś podsunął mu do podpisu raty spłaty kredytu, machnąłby ręką, w ogóle nie zwracając na to uwagi. Obserwując jego zawziętość zorientowałam się, jak wiele dla mnie poświęca. Mógłby przecież zostać w domu z ukochaną żoną lub zabrać ją do kina, tymczasem biegał po terminalu za moim byłym chłopakiem, po którym nie widniał choćby ślad, pomimo iż był z nim skłócony z mojego powodu. Chciał dla mnie jak najlepiej. Przypomniałam sobie, że to dzięki niemu wspólnie z Ann-Kathrin stałyśmy się autorkami hymnu zeszłorocznych Mistrzostw Europy w Polsce i na Ukrainie. A ja wyrzucałam mu, że dał Reusowi w twarz, bo Niemiec prawdopodobnie na to zasłużył.
   -Robert, poczekaj. - zatrzymałam się, przez co odwrócił się i przyjrzał mi się z uwagą.
   -Wszystko w porządku? - spytał zatroskany. -Dobrze się czujesz?
   -Bywało lepiej... Ale nie o tym. - uśmiechnęłam się podnosząc głowę. -Muszę ci podziękować. Pomagasz mi jak tylko potrafisz, a ja ciągle wyskakuję z jakimiś bezsensownymi pretensjami... To niesprawiedliwe.
   -Tłumaczą cię ciążowe humorki. - parsknął śmiechem, dlatego dźgnęłam go w żebro. -A ja powinienem cię przeprosić. Źle postąpiłem uderzając Woody'ego, ale... Kurczę, tak mnie wpienił, że nie byłbym sobą, gdyby nie oberwał. To się więcej nie wydarzy. Wybaczysz mi?
   -Jasne. - uśmiechnęłam się i mocno go przytuliłam. -Jesteś moim dużym braciszkiem i nie umiem się na ciebie gniewać.
   -A ty moją małą siostrzyczką i nie pozwolę, by ktokolwiek wyrządzał ci krzywdę. - szepnął gładząc moje włosy. -Znajdźmy tego kretyna i wracajmy do domu. Anka będzie wściekła, jeśli jej pożywny obiadek wystygnie.
   -Z pewnością straci wartości odżywcze. - roześmialiśmy się oboje. -Tam jest informacja, może po prostu zapytamy o ten wylot?
   Zgodził się bez wahania i udaliśmy się do wskazanego punktu. Z bijącym jak oszalałe sercem podeszliśmy do okienka, a siedząca wewnątrz pani natychmiast rozpoznała słynnego Roberta Lewandowskiego, więc na sto procent bezproblemowo udzieli nam żądanych informacji. Dortmundzka 'dziewiątka' oparła dłonie o blat zaglądając do środka.
   -Dzień dobry. - rzucił ciężkim głosem siląc się na uprzejmość. Kobieta rozpromieniła się.
   -Dzień dobry panu! Czym mogę służyć?
   -Chcielibyśmy dowiedzieć się, jak wygląda najbliższy rozkład samolotów do Barcelony. Orientuje się pani?
   -Och, kolejny wystartuje dopiero jutro rano, ponieważ wieczorny został odwołany, natomiast dzisiejszy wyleciał jakieś pięć minut temu. Przykro mi.
   Pięć. Minut. Temu. Spóźniliśmy się o pięć minut. Wszystkie ośrodki skupienia piłkarza wylądowały na mnie. Nie mam pojęcia, jak strasznie wyglądałam, lecz Bobek rzucił do pracownicy lotniska jedynie krótkie 'dziękuję' i poprowadził mnie prosto do wyjścia. Siedząc już w jego aucie, w fotelu pasażera dotarły do mnie dwie rzeczy: Marco przepadł, a ja nie pamiętałam, kiedy i jak pokonaliśmy drogę z terminala do parkingu. Mogłam teraz wpaść w histerię i na siłę szukać najszybszego połączenia do Hiszpanii, choćby z drugiego końca Niemiec, zamiast tego wpatrywałam się w przednią szybę, co najwyraźniej martwiło mojego osobistego szofera.
   -Lena... - położył dłoń na moim kolanie potrząsając mną delikatnie. -Jezus Maria, weź się odezwij, powiedz cokolwiek.
   -A co chcesz ode mnie usłyszeć? - wykrztusiłam próbując zachować opanowanie. Wychodziło mi to o wiele lepiej, niż jeszcze godzinę wcześniej, może dlatego, że żyłam obecnie w równoległym świecie. Naiwnie wierzyłam, że to jednak nie dzieje się naprawdę. -Chcę do domu. Teraz, zaraz, natychmiast.
   -Okej. - mruknął tylko i po chwili byliśmy już w trasie, mijając kolejne ulice Dortmundu. W mojej ciężkiej i przemęczonej głowie kłębiły się tysiące, miliony uczuć: złość, strach, frustracja, niedowierzanie, zawód, rozpacz, żal, bunt, niesprawiedliwość, osamotnienie... Zdecydowaną większość stanowiły te negatywne. Dodatkowo wyobrażałam sobie huczący z powodu niespodziewanego transferu internet i nagłówki jutrzejszych sportowych gazet z całej Europy. I stadion Signal Iduna Park podczas najbliższego meczu domowego. Na domiar złego, niechcący zostałam wplątana w to piekło bezpośrednio przez samego Reusa. Potwornie go za to nienawidziłam, ale jednocześnie kochałam. Wiedziałam, że zamieszanie wokół jego osoby oraz naszego związku, wkrótce mnie wyniszczy, a on i tak bez skrupułów będzie sobie grał w Barcelonie... No tak... W Barcelonie! Cholera jasna!
   -Robert! - wrzasnęłam, aż biedak podskoczył, na moment tracąc panowanie nad kierownicą. Skruszona przygryzłam wargę, gdy spojrzał na mnie wyjątkowo surowo.
   -Następnym razem nas zabijesz. I nie mów mi, że rodzisz, bo do szpitala mamy spory kawałek trasy. - dodał dostrzegłszy moją uszczęśliwioną twarz. Tego się nie spodziewał.
   -Jesteś idiotą. - palnęłam szukając w torebce telefonu. -Przecież to Barcelona!
   -Ameryki nie odkryłaś. - odgryzł się marszcząc czoło. -No i co z tego? Równie dobrze mógłby skończyć na Wyspach Zielonego Przylądka.
   -Och, myślałam, że jednak kumasz trochę więcej. - zrewanżowałam się. -Po kim odziedziczyłeś tą głupotę?
   Bąknął coś pod nosem, skręcając w lewo i domagając się przy tym dokładniejszych wyjaśnień, na które nie wystarczyło już czasu, bo odbiorca połączenia właśnie witał się ze mną z drugiej strony. Jeszcze nie wszystko stracone. Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą.


~~~


<Marco>
   Wyszedłem z budynku lotniska, wciągając przez nos świeże, ciepłe powietrze. Hiszpania. Barcelona. Przynajmniej tyle zyskałem - fajne warunki pogodowe i dużo słońca w drugiej połowie września, o czym o tej porze w Niemczech często można już tylko pomarzyć. Nie czułem, że dostałem od życia coś więcej - szansa na grę u boku Messiego i Neymara nie zastąpi mi obecności rodziny oraz przyjaciół, z których zrezygnowałem na własne życzenie. Wiedziałem, że nie pokopię już piłki z Nico, bo zimą w ogrodzie zalega gruba warstwa śniegu. Nie wypiję piwa z Marcelem i Robinem, bo nadal nie chcą mnie znać. Nie zasiądę nawet na trybunach Signal Iduna Park, by w spokoju obejrzeć mecz, bo kibice wyskoczyliby na mnie z widłami i płonącymi pochodniami. No i nie spotkam się też z Leną, bo nie mam bladego pojęcia o jej planach na najbliższe miesiące. Zamknąłem pewien etap swojej pieprzonej egzystencji, którą, swoją drogą, szlag mógłby trafić. Może byłoby prościej.
   Taksówka, którą zamówiłem kilkanaście minut temu, spóźniała się niemiłosiernie, więc zacząłem się modlić, by nikt nie wyhaczył mnie tutaj z walizką. Kilka osób zaczepiło mnie w terminalu z pytaniem, co właściwie tutaj robię, lecz unikałem odpowiedzi, po prostu pozując im do zdjęć lub rozdając autografy. Widocznie najnowsze informacje nie dotarły jeszcze na Półwysep Iberyjski, czego niestety nie można powiedzieć o mojej ojczyźnie. Nagłówki artykułów internetowych przekrzykiwały się w sensacyjnych doniesieniach, a moje profile na Instagramie i Facebook'u oszalały i uginały się pod ciężarem prywatnych wiadomości oraz komentarzy. Doczytałem jednak, że mój wyjazd otrzymał status domysłów i plotek, ponieważ Borussia nie wydała jeszcze oficjalnego komunikatu w tej sprawie. Klopp przyznał mi wczoraj, iż nie wie, kiedy do tego dojdzie, bo jego współpracownicy wciąż nie mogą tego przeżyć. Niczego nie komentują, z nikim nie rozmawiają, zabronili chłopakom udzielania jakichkolwiek wywiadów na ten temat. I całe zamieszanie wynikło tylko dlatego, że postanowiłem usunąć się w cień.
   Porządnie zniecierpliwiony ponownie zerknąłem na zegarek, gdy czyjeś dłonie spoczęły na moich ramionach. Odwróciłem się gwałtownie i wtedy ich zobaczyłem. Tak po prostu stali przede mną, ze skrzyżowanymi rękoma świdrując mnie bazyliszkowatym wzrokiem. Nie wiedziałem, co robić. Spotkanie z dziewczyną jakoś zniosłem, ale na chłopaka wolałbym nigdy więcej nie wpaść, przez co gniewnie zmarszczyłem czoło. Najwyraźniej wyczuł skok ciśnienia, bo wykonał podobny gest, aczkolwiek sekundę później uśmiechnął się ironicznie.
   -Cześć, Marco. - rzucił bezczelnie, nie odwracając oczu od mojej twarzy. -Co cię tutaj sprowadza?
   -Mógłbym spytać was o to samo. - mruknąłem przymykając powieki. -Sorry, spieszę się i nie mam dla was czasu.
   -Jeszcze nie skończyłem. - złapał za materiał mojej bluzy, zatem znów zwróciłem się w jego kierunku, gotowy podnieść na niego rękę. Jest ostatnią, chrzanioną istotą żywą, która miała prawo się do mnie odzywać.
   -Przestańcie, tak niczego nie załatwimy! - jego partnerka zapobiegła rozpętaniu burzy, zerkając na mnie litościwie. -Marco, chcemy tylko porozmawiać.
   -O czym?!
   -Musisz wiedzieć, że nie powinno cię tutaj być. - oświadczyła z najwyższą powagą, czym przyciągnęła moją uwagę. -W ogóle żyjesz w tak ogromnym błędzie, że nie potrafimy pojąć, jak do tego doszło.
   -Posłuchajcie, ja naprawdę mam serdecznie dość tych nieustannych...
   -Reus, ty egoistyczny cwelu, skup się chociaż raz na tym, co mówią do ciebie ludzie! - krzyknął zdenerwowany mężczyzna, a ja odniosłem wrażenie, że krew tryśnie mi ze wszystkich żył. Że jak mnie nazwał? -Lena powiedziała ci prawdę, jest niewinna i mnie też o nic nie oskarżysz. Zapraszam do auta, wyjaśnimy to.
   Stałem przez moment, obserwując, jak oddalali się do swojego wozu, czekając, aż do nich dołączę. Wygrał. Jeśli on ma większą wiedzę, niż ja, to znaczy, że na serio gdzieś popełniłem błąd.


***


Przyznajcie się, kto do samego końca myślał, że Marco jednak został? :D Pewnie znów zbuntujecie się za moment, w którym skończyłam, ale czy nie chodzi właśnie o to, by budować napięcie? :)

Ogólnie ta część miała zawierać 30-35 rozdziałów, ale już teraz wiem, że będzie dłuższa. Zamknę się pewnie w 40 i te obiecane pięć bonusowych też już planuję, więc trochę Was jeszcze pomęczę tym opowiadaniem :)

Kto jeszcze nie czytał, zapraszam na drugiego bloga [klik], a nowy rozdział dodam tam we wtorek :) Pozdrawiam ❤