poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Der Anfang ist schon da :)

Kochani,
napisany dosłownie przed pół godziny, wrzucony przed dziesięcioma minutami - prolog nowego opowiadania, zgodnie z obietnicą, jest już na blogu:


Zapraszam i bardzo liczę na Wasze opinie / przemyślenia / uwagi
(choć zdaję sobie sprawę, że po tych kilku zdaniach niewiele można jeszcze powiedzieć).

Jednocześnie dziękuję za zaobserwowanie tego bloga i 400 wyświetleń w zasadzie pustej karty w przeciągu 3 dni. To, że jesteście już teraz, to dla mnie ogromna Freude i mam nadzieję, że Was nie zawiodę :))

Informuję też, że rozdział 12. historii Leny i Marco pojawi się w czwartek.

Pozdrawiam!!!

środa, 29 lipca 2015

11. Es hat sich wirklich nichts verändert

<Marco>
   
-Pamiętaj, że jutro rano, najpóźniej popołudniu widzę cię tutaj z powrotem. Jeszcze nie myślałem nad tym, co ci zrobię, jeśli nie wywiążesz się z umowy, ale coś na pewno. Od teraz żaden wybryk nie ujdzie ci na sucho, bo odkąd sprowadziliśmy Aubameyanga, kompletnie dostałeś na głowę. Cholera, was trzeba zamykać w izolatce, bo rozwalicie mi zespół! Może zorganizuję wam psychiatrę, co?
   Gdybym popadł teraz w histeryczny śmiech, biedny hiszpański taksówkarz z pewnością zamartwiałby się o swoje bezpieczeństwo, a po zeszłorocznych eskapadach z Marcelem i Robinem nie chciałem już nadszarpnąć nerwów żadnego z nich. Szczególnie tego, w pojeździe którego obecnie siedziałem, bo właśnie dzięki niemu za kilkanaście minut wreszcie zobaczę się z Leną. Ostatnie wskazówki lub raczej rozkazy tatusia Kloppa wzbudzały jednak moje rozbawienie za każdym razem, gdy tylko je wspominałem. Auba był pod jego szczególnym nadzorem, odkąd niedawno zabrał się za koszenie trawy na Signal Iduna Park, w efekcie czego na murawie przez parę godzin widniały jego imiona oraz nazwisko wraz z pozdrowieniami dla naszego trenera. Ubaw mieliśmy przedni, urządzając sobie rozgrzewkę biegową wzdłuż kontur dzieła Gabończyka, za to nasz 'papa' nie tryskał chyba tego dnia humorem, bo aż gotował się ze złości na wieść o tym wybornym żarcie. Dobrze wiedział też, że po odejściu Mario znajduję w nim najwierniejszego słuchacza i przyjaciela, stąd to pierwszej klasy kazanie przed wyjazdem do Barcelony. Wszyscy znamy jednak granice żartu i powagi, dlatego wierzę, że niedługo Kloppo zaakceptuje dość nietypowy charakter Pierre-Emericka. Właściwie ten nie pozostawia mu wyboru, zważając na jego umiejętności piłkarskie. Pozyskaliśmy naprawdę świetnego zawodnika i wspaniałego człowieka.
   Kierowca zatrzymał auto i zwrócił się do mnie po angielsku, zrozumiałem zatem, iż dotarliśmy na miejsce. Zapłaciłem, podziękowałem, wysiadłem i rozejrzałem się. Pokaźną chwilę zajęło mi zorientowanie się, że stoję właśnie pod studiem nagraniowym. Mając w telefonie zapisany jedynie adres z numerem budynku, byłem absolutnie przekonany, że doprowadzi mnie do hotelu, w którym zamieszkała moja dziewczyna. Myliłem się i trochę żałowałem, bo oglądanie jej w akcji z tym spalonym na słońcu ważniakiem było ostatnią rzeczą, na jaką nabrałbym ochoty. No trudno, może akurat skończą zdjęcia albo w ogóle ich tam nie będzie?
   Wszedłem do środka i gdy ogarnąłem wzrokiem pomieszczenie, uświadomiłem sobie kolejny, przykry fakt: nie trafię na plan bez niczyjej pomocy. Westchnąłem ciężko i poprosiłem więc pierwszą napotkaną kobietę o wskazanie właściwej i możliwie najkrótszej drogi. Zlustrowała mnie od góry do dołu, po czym poprosiła o dowód osobisty. Nieco zaskoczony wyciągnąłem dokumenty i podałem je dziewczynie, która - ku mojemu narastającemu zdezorientowaniu - odszukała na pokaźnej liście moje dane osobowe, po czym coś tam dopisała, pieczętując wszystko odznaczeniem obecności. Nie zdążyłem zapytać, a już pospieszyła z wyjaśnieniami, dowiedziałem się więc, iż Lena musiała podać moje nazwisko, abym mógł w ogóle wejść w 'skromne' progi tej produkcji jako zaproszony gość spoza ekipy. Super. Wystarczył moment, abym poczuł się jak nadziany forsą VIP. Teraz wszystko mi wolno i jestem królem świata.
   Z pozornie stoickim spokojem pokonywałem kolejne korytarze i stopnie schodów, oczekując celu. Pozornie, bo w rzeczywistości popadałem w coraz większą irytację. Najpierw sprawdzają moją autentyczność, jakbym przyszedł tutaj po to, by wymordować większość składu, a potem wysyłają w niekończący się i dodatkowo piętrowy labirynt. Przez moment czułem się jak Sims, któremu usunięto drzwi, aby nie mógł opuścić pomieszczenia, po czym doprowadzono do pożaru, skazując go jednocześnie na pewną śmierć. Albo Sims, któremu usunięto drabinkę prowadzącą do wyjścia z basenu. Chora sytuacja! Sądziłem, że Barcelona jest inteligentniejsza.
   Stanąłem w końcu przed ciężkimi, mosiężnymi drzwiami i przyznałem się sam przed sobą, że producenci zaserwowali mi świetny trening na zbadanie kondycji, który chyba zaliczyłem. Nie odwlekając cennego spotkania, naparłem na klamkę z nadzieją, iż wrota otworzą się pod moim naciskiem, inaczej wyparowałbym ze złości. Na szczęście wszystko przebiegło zgodnie z założeniami, dzięki czemu znajdowałem się obecnie prawie w ścisłym centrum tego zamieszania. Zewsząd dobiegały do mnie wypowiadane po hiszpańsku zdania i krótkie komendy, jakby wydawane przez reżysera, więc właśnie w tamtym kierunku postanowiłem się udać. Ostrożnie stawiałem stopy na każdym metrze kwadratowym podłogi w obawie, że przez przypadek otworzę jakąś zapadnię lub włączę alarm, ściągając na siebie uwagę. To byłoby apogeum kompromitacji... Marco, mogłeś po prostu do niej zadzwonić i zapytać, o której stąd wyjdzie, a w międzyczasie wyskoczyć na pyszne, śródziemnomorskie żarełko. Może faktycznie wezmę kilka lekcji używania mózgu?
   Znów usłyszałem śmiech, dość głośny i wyrazisty, zatem powoli zbliżałem się do celu. Moja cierpliwość także dobijała już do swej naturalnej granicy, więc cieszyłem się, że całą tą przeprawę mam już za sobą. Okazało się, iż wystarczy już tylko wyjść zza rogu i delikatnie odsunąć kotarę... A cała tajemnica odkrywała się przed tobą niczym pokerowa talia kart.
   Siedziała na stole, ubrana w krótkie czerwone coś, co miało imitować sukienkę i popijała koktajl z bliżej nieokreślonych owoców. Casas stał obok z tacą wypełnioną winogronami, które co chwilę podjadała, jak przypuszczałem, jego życiowa partnerka. Z ich rozmowy nie zrozumiałem nawet słowa, ale musieli dobrze się bawić, bo uśmiech nie schodził z ich twarzy. Obserwując tą scenkę, sam nieco rozluźniłem się po niedawnych przejściach, lecz co istotniejsze, wyciągnąłem jeden wniosek: Mario wyglądał naprawdę sympatycznie. Pewnie Lena miała rację, wypominając mi, że nazywam go bęcwałem i nabieram niesłusznych podejrzeń, oceniając go jedynie po sylwetce. Jego dziewczyna zawsze znajdowała się w pobliżu i pomimo zawodu, jaki uprawiał, darzyła go ogromnym zaufaniem, zdając sobie sprawę, iż w innych okolicznościach ich uczucie nie przetrwałoby nawet miesiąca. Potwierdzało się to z każdym spojrzeniem, którym się obdarzali. Kochali się i nikt tego nie podważy. Czas przestać panikować i siać zamęt, Reus. Nie stoisz na zagrożonej pozycji.
   Nie miałem bladego pojęcia, co dalej, czekałem więc na przebieg akcji. Reżyser zakończył przerwę, prosząc aktorów o powrót na stanowiska. Oparłem się beztrosko o ścianę, decydując się na pozostanie i obejrzenie tego z pewnością fascynującego kawałka spektaklu. I nawet przez głowę mi nie przeszło, iż ostatecznie będę tego żałował tak bardzo, jak ostatniego pocałunku z Carolin Böhs.


~~~


<Lena>
   
Dzisiejsze nagrania bez wątpienia mogłam opakować i odstawić na półkę z najtrudniejszymi i najbardziej wyczerpującymi zadaniami do wykonania. Wykończyły mnie przede wszystkim fizycznie, a o rozstrój psychiki jak zawsze zadbał filmowy Hache i jego aluzje dotyczące mojego tyłka. Obiecałam sobie, że znajdę sposób na zemstę i od tej pory zacznę traktować tą misję jak zło konieczne. Muszę z nim wygrać chociaż jedną bitwę.
   Wraz z Marią oraz Mariną, odgrywającą rolę Katiny, wychodziłyśmy właśnie z garderoby, gdy zawołał nas Mario. Dołączył do nas w podskokach, gdyż całą paczką umówiliśmy się na mały lunch. Wyraziłam zgodę, choć w podświadomości wyczekiwałam jedynie jakiegokolwiek znaku od Marco, bowiem na dziś zapowiedział swoją wizytę w stolicy Katalonii. Liczyłam, że nie przełożył jej bez mojej wiedzy. Wiele rzeczy potrafię mu wybaczyć, ale w tym przypadku nie okazałabym mu łaski. Zbyt długo czekałam na to, by go zobaczyć.
   -Lena, czy mnie się pomyliło, czy miałem dziś poznać twojego chłopaka? - Mario brutalnie przywrócił mnie na ziemię po tym, jak odprowadziłam wzrokiem znikającą za drzwiami Marinę. Tak już miał w zwyczaju. Gdy na niego zerknęłam, patrzył na mnie z uniesionymi brwiami, Maria tym czasem piorunowała go wzrokiem.
   -Miałeś. - potwierdziłam, kiwając do tego głową, jakbym nie była wystarczająco pewna swoich słów. Był w zasadzie środek popołudnia, a Reus nie przysłał nawet jednego sms-a. I skopię mu za to miejsce, gdzie słońce nie dochodzi. Już dawno powinnam to zrobić.
   -I co? Mogę jeszcze wierzyć, że się zobaczymy? A może on się mnie boi?
   -Kochanie, coraz częściej odnoszę wrażenie, że brakuje ci części mózgu odpowiedzialnej za myślenie. - wtrąciła Maria, krzyżując ręce na piersi. -Naprawdę nie jesteś pępkiem świata, więc przestań zachowywać się jak Hache, bo nie wpuszczę cię dzisiaj do domu!
   -Cukiereczku, po co ten bunt? Dopiero wychodzę z roli. - obserwowałam teraz zaskoczoną twarz Hiszpana, próbującego udobruchać ukochaną. Chyba wziął sobie jej ostrzeżenie do serca, choć nie wierzyłam, iż byłaby w stanie wyrzucić go do ogrodu czy garażu, w dodatku bez obiadu. Przecież wszyscy faceci jego pokroju muszą jeść. Sama przechodzę to z Marco.
   -To nie bunt, to lojalna informacja. Co ci ostatnio odbiło?
   -Nie rozumiem. - zdumiony jej niespodziewanym pytaniem aż przystanął, lecz zaraz się opamiętał, gdy dziewczyna wyminęła go bez słowa. Dorównał jej kroku i objął ramieniem. -Gdzie zrobiłem błąd?
   -Tu. - uderzyła go otwartą dłonią w czoło, po czym puściła do mnie oczko. Jedyne, co mi pozostało, to oczekiwanie na jakiekolwiek wyjaśnienia. -Źle ustawiłeś komórki i nie zarejestrowały faktu, że Lena ma chłopaka, więc twoje szanse w jej oczach są zerowe. Nie spodobasz jej się, nawet zgrywając pajaca, bo cię nie kocha. I może nawet nie lubi.
   Mario otworzył szeroko usta, próbując uwierzyć w to, co usłyszał. Zerknęłam na Marię i gdy nasze spojrzenia się spotkały, wybuchnęła głośnym śmiechem. Domyślałam się, że żartuje, lecz śledzenie zdezorientowanej miny Casasa było tego warte. Pomogła mi wygrać moją pierwszą bitwę przeciwko niemu, co stało się długiem wdzięczności z mojej strony. 
   -Ty mała zołzo! - obrażony mięśniak rzucił się na swą drugą połówkę, ściskając w pasie, by nie miała szans się poruszyć. -Jesteś strasznie niesprawiedliwa! Ja przez cały czas tylko powtarzałem Lenie, że ma... Gościa.
   Na początku uważałam, że zmienił treść swojej wypowiedzi ze względu na fakt, iż to, co chciał powiedzieć, stanowiło naszą słodką tajemnicę. Później jednak zauważyłam, iż z coraz szerszym uśmiechem wpatruje się w jeden nieruchomy punkt przed sobą. Odwróciłam więc głowę i wszystko się wyjaśniło. Szczerzył się właśnie do faceta, z którym od początku mojego pobytu w Hiszpanii tak bardzo chciał mieć do czynienia, a którego i ja już od kilku dni wyczekiwałam z niecierpliwością. I w końcu przyjechał. Nie zawiódł. Nie nawalił. Dzieliło nas już tylko parę metrów, a on wyglądał jak męska wersja miss świata. Jak zawsze nienaganne ułożone włosy i perfekcyjnie dobrany ubiór, podkreślający jego wyrzeźbioną sylwetkę. Cały Reus. Mój Reus.
   -Marco! - wrzasnął nagle Hiszpan i odsunąwszy się od swojej wybranki, popędził w jego kierunku, czego żadne z nas się nie spodziewało. Woody ze zdziwienia uniósł brwi, ale zachował klasę i odwzajemnił przyjacielski uścisk, po czym podał mu rękę. Pierwsze, co rzucało się w oczy, to niesamowity kontrast pomiędzy odcieniami ich skóry. Pomimo obecnej na ciele blondyna opalenizny, nie był nawet w połowie tak czekoladowy, jak jego aktorski odpowiednik.
   -Ty jesteś Mario. - ze skromnym uśmiechem uruchomił swoją angielszczyznę. -Miło cię poznać.
   -Też się strasznie cieszę! - odpowiedział z entuzjazmem Hiszpan, któremu banan nie schodził z twarzy. -Lena tyle o tobie gadała, że nie mogłem się doczekać twojego przyjazdu. Fajnie, że wpadłeś.
   Niemiec jedynie spojrzał na mnie wymownie, na co niewinnie wzruszyłam ramionami. I wtedy do akcji wkroczyła moja towarzyszka - przywitała się z Reusem, po czym dopadła do ukochanego i łapiąc go pod ramię, uśmiechnęła się przepraszająco. Mario zachichotał, dostrzegłszy nasze rozbawienie.
   -Rozumiem, że lunch aktualny? - spytała lustrując naszą dwójkę. -Idziecie z nami, prawda?
   -Jasne. Widzimy się za moment.
   Wyszli bez słowa, więc znów skierowałam uwagę na Reusa. Wgapiał się we mnie zielonymi tęczówkami, nadal nieco zagubiony, ale wyraźnie szczęśliwy i zadowolony. Podeszłam bliżej i dotknęłam jego gładkiego policzka, pod wpływem czego zamknął na chwilę oczy. I choć od naszego ostatniego spotkania minęło kilka tygodni, musiało upłynąć parę sekund, zanim padł pierwszy wyraz.
   -Cześć. - powiedział roześmiany, przygarniając mnie do siebie. Pomimo ogromnej niechęci zebrałam siły, by nieco się odsunąć i po raz kolejny spojrzeć mu w oczy.
   -Cześć? Tylko tyle? - palnęłam z udawanym rozczarowaniem. Zadziornie przygryzł wargę, dając mi do zrozumienia, iż nie muszę się powtarzać. Musnął opuszkami palców moją skórę, a granica między nami zmniejszyła się diametralnie. Poczułam przyspieszone bicie serca, nie tylko swojego. A potem był tylko pocałunek. Piękny i namiętny, jakby był jednym z ostatnich, lecz oboje wiedzieliśmy, iż znajdujemy się dopiero na początku. I obyśmy nigdy nie dobrnęli do końca.


~~~


   Wyszłam z łazienki w poszukiwaniu bielizny. Reus siedział na łóżku, w najwyższym stopniu znudzenia przerzucając kanały w telewizorze. Hiszpański z pewnością już go irytował, ale nie odwrócił nawet głowy, kiedy przystanęłam, by obserwować jego dziwne zawieszenie. Myślał. Jeśli Reus myśli, to znak, iż coś nie gra i zauważyłam to znacznie wcześniej. Podczas wspólnego posiłku z Marią i Mario chyba polubił ich obojga, co niestety nie zmieniło faktu, że od tamtej pory wydaje się mocno przygaszony. Jeszcze niedawno zabiegał o miejsce w hotelowej wannie, a dziś wziął zaledwie piętnastominutowy prysznic. Ewidentnie coś tu nie pasowało.
   Po oficjalnym opuszczeniu toalety powiesiłam wilgotny ręcznik na balkonie i wróciłam do łóżka, od razu wskakując pod ciepłą kołderkę. Siedziałam przez chwilę oparta o poduszkę, w oczekiwaniu na najmniejszy nawet gest Reusa, na zwykłe poprawienie fryzury, poruszenie palcem dłoni czy nieznaczny grymas na twarzy. Nadal jednak uparcie wpatrywał się w ekran odbiornika, ostatecznie sięgając po iPhone'a. I wtedy zrozumiałam, iż moja interwencja nie ma sensu. Cokolwiek zrobię, nie zwrócę na siebie jego uwagi. Powinnam zatem potraktować go równie sucho, jak on mnie.
   -Zgaś proszę światło, kiedy się położysz. - oświadczyłam neutralnie i zsunęłam się do pozycji leżącej, jednocześnie odwracając się plecami do chłopaka. Żadnej reakcji. Po kilkunastu sekundach usłyszałam ciche westchnienie i kolejne kliknięcia w jego telefonie. Obwiniałam się o zaistniałą sytuację, choć tak naprawdę nie znałam przyczyny jej narodzin. Zdawałam sobie jednak sprawę, że ugodziło w niego prawdopodobnie moje zachowanie na planie, które i tak nie wykraczało poza normy scenariusza. Nie tego się spodziewałam. Myślałam, że już dawno wszystko zrozumiał.
   Kilka pojedynczych łez bezradności spłynęło po moim policzku, mocząc poduszkę, która leżała pod głową. Opanowanie ich było trudne w obecności Marco, sięgnięcie po chusteczki higieniczne i podciąganie nosem nie wchodziły w grę. Nie mogłam dopuścić do tego, by się zorientował, w zasadzie nie oczekiwałam pomocy z jego strony. Przecież nie rozmawialiśmy ze sobą od dobrych dwóch godzin. Ostatecznie otarłam policzki wierzchem dłoni i przycisnęłam palce do oczu, próbując zatrzymać kolejny potok cieczy. Nieznacznie pomogło, co pozwoliło mi się uspokoić.
   Po paru kolejnych minutach Woody wyłączył w końcu telewizor, co niejako wytrąciło mnie z transu, w który nieświadomie wpadłam. Czekałam teraz z bijącym sercem na nastanie ciemności, na to, aż wyciągnie rękę do tego cholernego wyłącznika przy lampce i łaskawie go naciśnie. Nic takiego się nie stało. W zamian chwilę później poczułam, jak dopasowuje swoje ciało do ułożenia mojego i mocno przyciąga moje plecy do klatki piersiowej. Dłonią pogładził moje ramię, po czym zatopił usta we włosach, składając krótki pocałunek. Odetchnęłam z ulgą. Zamknęłam na moment oczy, gdy jego prawa ręka owinęła się wokół mojego brzucha, odcinając mi ewentualną drogę ucieczki, której nawet nie planowałam. Gdybym mogła, wtopiłabym się w jego skórę bez zastanowienia.
   -Przepraszam. - wyszeptał mi do ucha. -Nie tak miało wypaść i to nie twoja wina. Nie chcę, żebyś przeze mnie płakała, bo tak naprawdę nic nie zrobiłaś.
   Nie odpowiedziałam. Nie dlatego, że postanowiłam odwdzięczyć się za jego fochy - po prostu nie wiedziałam, jak postąpić. Przed nim nic się nie ukryje i po raz kolejny udowodnił mi, że zawsze wszystkiego się domyśli. Chrzanię cię, Reus. Znów.
   -Dziś zwyczajnie za dużo widziałem. - kontynuował, wodząc ustami tym razem w okolicach mojej szyi i obojczyka. -Kiedy tam wszedłem, nie spodziewałem się, że będę zmuszony oglądać cię w intymnej sytuacji z... Nim. Ale zauważyłem, że jego dziewczyna podchodzi do tego w identyczny sposób.
   -Nie, Marco. - burknęłam nie odwracając głowy. Mój głos drżał, bałam się, iż zrobię coś, czego później pożałuję. -Jego dziewczyna mu ufa.
   -Lena, nigdy nie powiedziałem, że ci nie ufam. - protestował zachowując spokój. -Odnosiłem jedynie wrażenie, że to zupełnie inaczej wygląda. Przecież tyle słyszy się teraz o przypadkach, że ludzie zakochują się w sobie dzięki roli w filmie...
   -Mario właśnie tak się zakochał, to prawda, tyle, że nie we mnie. Naprawdę myślałeś, że cię zdradzę?
   -Nie.
   -Kłamiesz. - warknęłam z zamiarem odsunięcia się, lecz zapomniałam, że wciąż ściska mnie w pasie. -W przeciwnym razie nie odstawiłbyś tych wszystkich scen zazdrości.
   -Okej, przyznaję: na początku przeszło mi to przez głowę, ale jednocześnie nie wierzyłem, że tak się stanie. Skoro powtarzałaś, że będzie okej, dlaczego miałem wątpić?
   -Nie wiem. - mruknęłam raczej do siebie, Reus był jednak zbyt blisko, by umknęła mu ta uwaga. Prychnął tryumfalnie.
   -Sama widzisz. - podsumował uroczyście. -Poza tym, Mario na serio jest całkiem sympatyczny i nienormalny, zupełnie, jak nasz Götze...
   -O tym też cały czas ci przypominałam, ale mnie nie słuchałeś. - wyrzuciłam mu z kąśliwym uśmiechem, którego nie był w stanie zarejestrować. By to zmienić, złapał mnie ostrożnie za biodro i pozwolił przesunąć się tak, bym leżała teraz obejmowana przez jego ramię.
   -Słuchałem. - zaprzeczył patrząc mi prosto w oczy z delikatnym uśmiechem. -Ale chociaż postaraj się mnie zrozumieć, aniołku. Postawiłaś mnie pod ścianą z całym tym filmem, o czym w dodatku nie dowiedziałem się od ciebie. Długo nie potrafiłem się z tym pogodzić, ale teraz już widzę, że tak naprawdę nic się nie zmieniło. No, może oprócz tego, że staniesz się trochę bardziej znana.
   -Nie licz na to. - oświadczyłam, na co zmarszczył czoło. -To ostatnia produkcja, w jakiej wzięłam udział.
   -Dlaczego?
   -Bo nie jest warta żadnego rozstania z tobą.
   Spojrzał na mnie zaskoczony i jakby zbity z tropu. Szybko jednak połączył wszystkie fakty, po czym uśmiechnął się szeroko i musnął moje usta swoimi. Przyznaję, przejście ze strefy fochów do strefy przedniej romantyczności zajmuje mu zaskakująco niewiele czasu. Podparł się na łokciu, próbując zdominować mnie ostatecznie poprzez zblokowanie nadgarstków w swoim uścisku. Wyciągnął dłoń do mojego jeszcze wilgotnego policzka i ponownie mnie pocałował. Przywarł do mojego ciała, dzięki czemu czułam drganie jego mięśni, niczym pod wpływem wstrząsu elektrycznego. Na dźwięk jego cichego jęku na chwilę wróciłam do świata żywych.
   -Wszystko w porządku? - zapytałam automatycznie, lecz natychmiast położył palec na moich wargach i puścił oczko. Patrzyłam na niego, oczekując konkretniejszych wyjaśnień.
   -Nie przeszkadzaj mi. - rzucił wsuwając dłonie pod moją koszulkę, przez co mimowolnie zadrżałam. -Obiecałaś mi coś przed wyjazdem. A odpowiadając na twoje pytanie: dawno nie było lepiej.
   Uniósł się, by wygładzić moją szyję i po raz kolejny zamknąć usta w namiętnym, żarliwym pocałunku. Nie było już żadnych barier - tęsknił za tym tak samo, jak ja, potrzebował tego. Niepożądana w jego mniemaniu część mojej bielizny zsunęła się wzdłuż talii, a on sam wyprostował się i ściągnął t-shirt, który założył chyba tylko dlatego, że chciał się ze mną podrażnić. Może starszy będzie, lecz rozum już mu nie urośnie.
   Splótł mi dłonie nad głową, po czym językiem zaczął wytyczać sobie ścieżkę wzdłuż mojego ciała. Z każdym następnym dotykiem doznawałam kolejnych dreszczy, które przechodziły przez skórę, dodatkowo ją rozpieszczając. Tymczasem ręka Reusa, nie tracąc czasu, prześliznęła się w dół brzucha, pomiędzy uda, po czym wsunęła się pod cieniutki materiał majtek. Wiedziałam, iż chcę mieć go w sobie już teraz, zaraz, bez zbędnego gadania. Chciałam poczuć ciężar jego ciała i zamknąć jego biodra pomiędzy nogami, ale jemu wciąż było mało. Pragnienie stawało się tak silne, że rozkosz niemal graniczyła z bólem, lecz on najwyraźniej nie mógł oprzeć się grze wstępnej, wynikającej z ogromnego pożądania. W końcu dał mi na moment spokój i pozwolił złapać oddech. Wypchnęłam biodra, gdy pozbawiał mnie ostatniej części skromnej garderoby i wtedy coś we mnie pękło. Szarpnęłam zakleszczone u góry dłonie, po czym podniosłam się, naparłam na jego klatkę piersiową, zmuszając tym samym, by się położył i usiadłam na jego udach. Lustrował mnie wnikliwie, przygryzając wargę.
   -Chyba pomyliłaś kolejność, maleńka. - mruknął, leniwie muskając mój nieosłonięty dekolt. -Jeszcze nie skończyłem. Nie tak się umawialiśmy, prawda?
   -Nie będziesz mnie dłużej torturował. - odparowałam unosząc brwi. -Na to też nie podpisałam zgody.
   -I tak złamałaś już podstawowy punkt paktu. Wybraliśmy inne miejsce docelowe, pamiętasz?
   -Kochanie, o czym ty...
   -Przecież ubiegałem się o miejsce w twojej wannie. - wtrącił, na co zmarszczyłam czoło. W co on grał?
   -Ale wziąłeś prysznic...
   -Bo przysięgałaś, że będziesz mi towarzyszyć. - objął mnie w pasie, a gdy powrócił do pozycji siedzącej, ujął za pośladki. -Więc jak? Ostrzegam, że jeśli odmówisz, zadbam o to, by jeszcze trochę cię pomęczyć. Nie spieszę się.
   Aprobaty dla swojego żądania doszukał się w moich oczach. Zanim wstał, przesunął opuszkami palców wzdłuż mojej żuchwy, a później okrył ramionami i zabrał prosto do łazienki.


Zapowiedź rozdziału 12.:
"-Cholera jasna. - przekląłem pod nosem i zaraz pożałowałem, że nauczyłem Pierre-Emericka niemieckich wulgaryzmów. Znów przerzucił wzrok na ekran notebook'a, który obecnie mógłby nie istnieć. Zachciało mi się rodzinnych pogadanek...
-No, otwórz to. - ponaglił przyjaciel, przesuwając palcem po touchpadzie. -I przetłumacz mi, co napisała, proszę.
Dawno z jego ust nie padł zwrot grzecznościowy, zatem uznałem, że to naprawdę sprawa wyższej rangi i powinienem przyłożyć się do jej załatwienia. Przeczytałem tekst dwa razy, choć składał się zaledwie z kilku zdań i wypuściłem powietrze z ust. Auba czekał na moją reakcję."


***

Rozdział z okazji 10 tysięcy wyświetleń. DZIĘKUJĘ!
Droga anyone! Nie udało mi się wrzucić dwóch rozdziałów w poprzednim tygodniu, ale teraz się rehabilituję! :)
Ogólnie chciałabym Wam bardzo dużo powiedzieć o tej części, ale nie mogę... Po prostu nie mogę :p We właściwym czasie wyjaśnię, dlaczego :) Obiecuję za to, że przystopuję z erotyzmem - co za dużo, to niezdrowo :p
Pozdrawiam❤

sobota, 25 lipca 2015

10. Du bist bestimmt zu leichtgläubig, Reus

<Marco>
   -Nic nie powiesz? - spytała nie spuszczając ze mnie wzroku, gdy zatrzasnęły się drzwi. -Kiedyś byłeś bardziej rozmowny.
   -Co chcesz ode mnie usłyszeć? - wykrztusiłem, cały czas próbując się otrząsnąć. Nie wierzyłem jeszcze, iż akurat ta kobieta przebywa właśnie w moim mieszkaniu, lecz poruszała się, rozmawiała ze mną i przede wszystkim oddychała, więc musiałem w końcu przyjąć jej obecność do wiadomości.
   -Nie wiem. - subtelnie wzruszyła ramionami. -Mógłbyś chociaż udawać, że zależało ci na tym spotkaniu.
   -Co? - uniosłem brwi, kompletnie zbity z tropu. -Nie miałem pojęcia, że przyjdziesz, niczego nie planowałem!
   -Ale cieszysz się, prawda?
   -Nieszczególnie. - odparowałem zgodnie z prawdą. Zdążyłem posprzątać cały ten burdel z przeszłości i nie zamierzałem dopuścić do tego, by znów żyć w totalnym bałaganie. Doprowadzenie życia do stanu idealnego graniczyło ze zdobyciem mistrzostwa świata. -Zaparzę kawę, masz ochotę?
   Nie oczekując nawet jej odpowiedzi, skierowałem się do kuchni, po drodze próbując sobie przypomnieć, czy Lena kupiła przed wyjazdem kapsułki do ekspresu i gdzie je, do cholery, schowała. Czułem, że tracę nad sobą panowanie, lecz nieprzygotowany na zaistniałą ewentualność, nie spodziewałem się innej reakcji swojego ciała. Powinna mnie uprzedzić i to znacznie wcześniej.
   -Zmieniłeś się, Marco. - usłyszałem nagle. Podstawek pod filiżankę wypadł mi z ręki.
   -Co?
   -Zmężniałeś, wydoroślałeś... Zacząłeś o siebie dbać.
   -Nie sądzę.
   -Przecież widzę. - zachowując wszelkie środki ostrożności, odwróciłem się w jej stronę i zaraz tego pożałowałem. Stała tak blisko, iż jednym gwałtowniejszym ruchem mógłbym ją skrzywdzić, a tego mimo wszystko nie chciałem. -Twoje mieszkanie jest czyste. Klucze do auta leżą na stoliku w przedpokoju. Zmywasz naczynia lub wrzucasz je do zmywarki. Nie zostawiasz brudnych ubrań na sofie i rozpakowujesz torbę treningową. Czy kiedykolwiek tak postępowałeś?
   Wpatrywaliśmy się w siebie przez dłuższą chwilę. Zapuściła włosy, zaczęła używać kredki do oczu i malowała paznokcie na intensywne kolory. Ubierała się jakoś inaczej... Seksownie? Wyzywająco? Była naprawdę szalenie atrakcyjna. Nie wiem, czy tylko dziś, ale była. Reus, czy ty się nie zapominasz?
   -Pewnie dosięga mnie starość. - mruknąłem na odczepne i powróciłem do poprzedniego zajęcia. Przygotowywanie najzwyklejszej, porannej dawki kofeiny szło mi w tym dniu wyjątkowo ślamazarnie.
   -Ćwiczysz zdecydowanie więcej i dłużej. - kontynuowała swoje tortury, już nie tylko słowne, bo zadrżałem niezależnie od własnej woli, gdy położyła dłoń na moim ramieniu, powoli przesuwając ją w dół.
   -Tego wymaga mój zawód.
   -Zrobiłeś nowe tatuaże. - drażniła je palcami powodując, że zacisnąłem usta. Nie byłem pewien, ile jeszcze wytrzymam. -Ach, jedno się nie zmieniło. Ciągle nosisz swoje ulubione bokserki.
   Teraz do mnie dotarło. Zamarłem oparty o kuchenny blat i uświadomiłem sobie, że wciąż paraduję po kuchni tak, jak wyszedłem z łóżka dobre kilkadziesiąt minut temu. A ona nie raczyła zwrócić mi uwagi.
   -Sugerujesz, że powinienem coś na siebie założyć? - syknąłem jadowicie, zaciskając pięści. -Oczywiście, zamierzam to zrobić. Szkoda, że mi o tym nie przypomniałaś.
   -Naprawdę trzeba cię pilnować aż do tego stopnia? - prychnęła krzyżując ręce na piersi. Przewróciłam jedynie oczami.
   -Nieważne. Zaraz wrócę.
   Zdążyłem dojść zaledwie do kanapy, gdy ponownie mnie zatrzymała. Splotła nasze dłonie, zaskakując mnie tym gestem tak bardzo, iż nie miałem odwagi zareagować. Co tu się działo, do cholery?
   -Nie przeszkadza mi to, Marco. - szepnęła dotykając tym razem mojej klatki piersiowej. -Przecież kiedyś...
   -Właśnie, kiedyś. - wszedłem jej w słowo, szukając odpowiedniego wytłumaczenia. -Teraz mamy prawie dwa lata później, więc pozwól, proszę, że się przebiorę.
   Uśmiechnąłem się niepewnie, kiedy odsunęła się na bok i pewnym krokiem wprost zwiałem do sypialni. Dopiero tam rozpocząłem prawdziwą medytację. Przetwarzałem jeszcze to, co się przed chwilą wydarzyło, próbując jednocześnie znaleźć sensowne wyjaśnienie. W swojej karierze pomieszkiwania w obecnej posiadłości gościłem w progu różne, dziwne osobistości, mniej lub bardziej szokujące, lecz ta, która siedziała teraz w salonie, złamała wszystkie granice. Długo się nie widzieliśmy, nie zaprzeczam, ale każde z nas prowadziło życie w innym mieście i raczej celowo unikaliśmy swojego towarzystwa, więc co ją tutaj sprowadza? Akurat teraz?! Mógłbym jej wiele zarzucić, wygarnąć prosto w twarz, skoro miałem okazję, ale przeszłość nie stanowiła w tym momencie istoty sprawy. Jej nadrzędnym podmiotem była teraźniejszość.
   Orzeźwiłem się zimną wodą i tym razem kompletnie odziany wyszedłem, by stoczyć kolejną bitwę lub raczej dokończyć poprzednią. Zajęła miejsce w fotelu, popijając tą nieszczęsną kawę, w drugiej dłoni natomiast trzymała jakieś zdjęcie. Jeden rzut oka na pomieszczenie wystarczył, bym zorientował się, co stało się obiektem jej zainteresowania.
   -Masz dziewczynę? - spojrzała na mnie wzrokiem najpilniejszego detektywa na świecie. Westchnąłem ciężko.
   -Tak. Myślałem, że wiesz.
   Wstała bez pośpiechu, odwróciła się na pięcie i odstawiła fotografię tam, skąd ją zabrała. Nadal czuła się jak u siebie w domu i doprowadzała mnie tym do ostateczności.
   -Ciężko nie wiedzieć, piszą o was w każdej gazecie, musiałam się jedynie upewnić. Dlaczego Polka?
   -Bo pochodzi z Polski. - rzuciłem równie ironicznie. -Nie ma to dla mnie większego znaczenia, skoro rozumiemy się bez słów.
   -Kochasz ją?
   -Carolin, wybacz, ale czy to w jakikolwiek sposób wiąże się z celem twojej wizyty? Nie mam obowiązku spowiadania się ze swojej prywatności, szczególnie tobie.
   -Przepraszam. - jęknęła ujmując filiżankę z jeszcze parującym napojem. -Po prostu... Na pewno zastanawiasz się, po co przyjechałam.
   -Zgadza się, odkąd tylko weszłaś.
   -Chciałam cię zobaczyć, nic więcej.
   -A, okej. - może nie zabłysnąłem refleksem, ale z każdym słowem wprowadzała mnie w coraz głębszą konsternację. Zacząłem jednak dostrzegać, że nie trułaby mi tyłka bez konkretnego powodu i prawdopodobnie czegoś potrzebuje. Nie zawaham się jej pomóc, jeśli będę w stanie. Wprawdzie rozstaliśmy się w nieprzyjemnych okolicznościach, aczkolwiek szanowałem decyzję o jej odejściu i starałem się nie żywić urazy. Nie zostaniemy przyjaciółmi, lecz znajomymi będziemy już zawsze.
   -Mogę cię o coś spytać? - usiadła obok, na mój gust nieco za blisko, ale nie czepiałem się szczegółów. Nie odpowiedziałem, co uznała za akceptację jej prośby. -Marco, czy ty.. No wiesz. Czy coś jeszcze do mnie czujesz?
   Szlag by to trafił. Wolałbym wyparować, niż ponownie, po tak długim czasie, jaki upłynął, rozmawiać na ten temat, choć powinienem się spodziewać, że kiedyś powróci jak bumerang. Przygryzłem wargę, wpatrując się w ekran telewizora. Nawet nie pamiętam, czy go włączyłem, przecież przed odwiedzinami Carolin przebywałem w łóżku, jednak teraz posłużył mi jako godny punkt zaczepienia do zebrania myśli. Stałem właśnie przed najtrudniejszym wyzwaniem, które potrafiła rzucić tylko była dziewczyna. Dziennikarze mają wyższy współczynnik litości. Lena także.
   -Szczerze? - zerknąłem na nią, by sprawdzić, czy mnie słucha. -Nie mam bladego pojęcia. Minęło kilka lat, dużo się zmieniło... Jestem szczęśliwy, ponieważ pracuję w wymarzonym zawodzie, każdy dzień dzielę z ukochaną kobietą, a moja rodzina i przyjaciele są blisko. Nie życzę sobie niczego innego. Dostałem już to, co najcenniejsze.
   -Jesteś pewien tego, co powiedziałeś? Nadal chcesz mieć dzieci, zagrać dla Barcelony i wybudować piękny dom nad morzem. Twoja dziewczyna wyjechała, a ty przez nią cierpisz. Znam cię, Marco i zdaję sobie sprawę, że nie na to czekałeś.
   -Za kilka tygodni wszystko wróci do normy. - uśmiechnąłem się, przewidując jej sprytne zagrywki. Świetnie sobie radziła, z tym, że ja też wiedziałem o niej więcej, niż przypuszczała. -A marzenia nie spełniają się od razu. Na razie mieszkam w Dortmundzie i jest mi tutaj dobrze. Nie planuję życiowej rewolucji.
   -Ściemniasz. Zmieniłbyś mnóstwo rzeczy, gdybyś tylko otrzymał szansę. Udowodnię ci to, jeśli pozwolisz.
   -Caro, o czym ty pieprzysz? - niekontrolowanie podniosłem głos, marszcząc brwi. Nie wierzyłem w ani jedno słowo padające z jej ust i może popełniałem błąd, ale prowokację dało się wyczuć na kilometr. -Powiedz mi wreszcie, co ci leży na sercu i zakończmy tą głupią wymianę zdań.
   -Okej. - westchnęła opuszczając głowę. Akurat to mnie zaintrygowało. -Zapewne pamiętasz mojego chłopaka... Coraz częściej dopadają mnie wątpliwości, czy jeszcze do siebie pasujemy. Rzadziej rozmawiamy, nie wychodzimy na kolacje, nie poświęca mi wolnego czasu... Nie chcę oskarżać go o zdradę, ale chwilami inaczej nie umiem. Boję się, że...
   -Nie pomogę ci, Carolin, przepraszam. - rzuciłem przerywając jej w połowie zdania. Stajesz się niegrzeczny, Reus. -Owszem, kojarzę tego typa, lecz jedynie z widzenia. Nie znam się na tym, co lubi, co go charakteryzuje, nie pogłębiam wiedzy o waszych problemach. Nie doradzę, choć bardzo chcę.
   -Jest coś, co możesz zrobić. Sądzę, że to nam obojgu wiele wyjaśni.
   -Niby co?
   Nie musiałem nawet prosić o demonstrację - ba, gdybym choć domyślał się, o co chodzi, nigdy bym się na nią nie zdecydował. Dziewczyna bowiem przysunęła się, minimalizując dzielącą nas, nieznaczną odległość i bez skrupułów złączyła nasze usta w namiętnym i dość długim pocałunku. Z początku inteligentniejsza część mózgu podpowiadała, iż powinienem jak najszybciej to przerwać, niestety, męskie emocje odniosły zwycięstwo i stopniowo pozwalałem mojej ex na coraz więcej. Jej dłonie niespiesznie błądziły pod materiałem mojej koszulki, zupełnie tak, jak kiedyś, badając każdy centymetr ukrytego pod nią ciała. Miała świadomość, że jeśli wypowie choćby słowo, natychmiast ją odtrącę, więc blokowała każdy ruch, umiejętnie doprowadzając do tego, iż zapominałem, co i z kim tak naprawdę robię. Miała świadomość, że uległem pokusie, dlatego oczekiwała ode mnie konkretnego posunięcia, nadal jednak ściskałem jedynie jej biodra, by zachować cholernie niebezpieczną bliskość. Nie dotykałem jej, starannie się kontrolowałem, nie rozważając nawet, jak to się stało. Zgodziłbym się na wszystko, co by zaproponowała, a mimo to nie pociągała mnie. Nie chciałem iść z nią do łóżka, bo nic do niej nie czułem. I faktycznie, zrozumiałem to dzięki temu incydentowi.
   Jak przeważnie miała w zwyczaju, zgrabnym ruchem rozpięła moje spodnie, po czym jedną rękę wsunęła w ich tylną kieszeń, a drugą popełniła podstawowy błąd. Moje włosy cechowała tego dnia wyjątkowa wrażliwość, bo do tej pory nie zaserwowałem im należytej pielęgnacji, przez co pozostawały w nieładzie. Panna Böhs natomiast zbeszcześciła ich wygląd jedną nieprzemyślaną akcją. Nie miała prawa nawet ich musnąć i nie uszanowała tego, a ja wreszcie oprzytomniałem. Złapałem ją ostrożnie za ramiona i spojrzałem prosto w oczy, odwracając po chwili wzrok. Nie będę umiał sobie wybaczyć, że tak łatwo mnie sprowokowała. I tego, że postąpiłem nieuczciwie wobec Leny, będącej najważniejszą kobietą w moim życiu.
   -Świetnie to zaplanowałaś. - rzuciłem, szybko poprawiając jeansy. Podszedłem do okna i na kilka minut oparłem czoło o szybę. Znów wszystko komplikujesz, Reus, jesteś pojebanym gnojem.
   -Marco, przepraszam. - palcami objęła mój nadgarstek, lecz natychmiast go wyszarpnąłem. Wyrzutami sumienia płacę teraz za własną głupotę.
   -Powinnaś już iść. - oświadczyłem usiłując zachować spokój. Czułem się tak, jakbym przyłapał swoją ukochaną na zdradzie z najlepszym kumplem, ale to ja po raz kolejny nawaliłem i nie miałem na kim wyładować złości.
   -Ja po prostu...
   -Wyjdź, proszę. - wycedziłem przez zaciśnięte zęby, powstrzymując kumulującą się agresję. Przecież jej nie uderzę, nie zasłużyła na to.
   W mieszkaniu zaległa głucha cisza, więc odwróciłem się, by opanować sytuację. Caro stała w przejściu, gotowa opuścić pomieszczenie. Spoglądała na mnie pytająco, ale to już nie działało. Nie żałowałem jej, gdyż oboje ponosiliśmy za swoje słabości identyczny współczynnik winy. Ona podpuściła, a ja nabrałem się jak małe dziecko.
   -Zadzwoń, jak ochłoniesz i pogadamy bez zbędnych emocji, dobrze?
   Nie licząc na jakikolwiek odzew pokiwała głową, jakby na potwierdzenie właśnie wypowiedzianego zdania i usunęła się z pola widzenia. Stałem jeszcze moment jak słup soli, gapiąc się na miejsce, w którym minutę temu widziałem drobną blondynkę, niegdyś rządzącą moim sercem. Teraz próbowała je nieludzko ukraść i prawie jej się to udało. Jesteś zdecydowanie zbyt łatwowierny, Reus. Nie doceniasz tego, co masz i nie zdajesz sobie sprawy, jak łatwo to stracić.


~~~


<Lena>
   Jeśli wychodzi się na miasto z człowiekiem legitymującym się jako Mario Casas oraz jego partnerką Marią Valverde, trzeba przygotować się na sporą dawkę śmiechu i na to, że czas rzeczywiście upływa znacznie szybciej. Znasz ich zaledwie niecały miesiąc, a odnosisz wrażenie, że przyjaźnicie się od wieków. Kiedy tęsknisz, nic nie pomoże ci tak skutecznie, jak hiszpańska para, w której towarzystwie jesteś gotów spędzać całe, długie wieczory. I właśnie to jest najpiękniejsze w rodzącej się przyjaźni.
   -Do teraz rozkminiam, co ci wtedy strzeliło do głowy. - podsumowała brązowooka szatynka, odstawiając na stolik pusty pucharek po lodach. Jej partner właśnie pochwalił się, jak poderwał ukochaną z pierwszej części filmu, nad którym pracowaliśmy. -Nie sądziłam, że urzeknie mnie tak grubiańskie zachowanie.
   -Ja też ryzykowałem. - przyznał chłopak. -Ale większość z tych scen w moim mniemaniu wypadła naprawdę przekonująco, więc uznałem, że warto je wypróbować. No i nie żałuję.
   -Wrzucanie swej sympatii do basenu podczas prywatnego przyjęcia to rzeczywiście szczyt romantyzmu, Mario. - pokazałam mu język, gdy zmrużył oczy.
   -Nie uwierzysz, ale zrobił to! - wtrąciła ze śmiechem Maria. -Wybudował sobie w ogrodzie sporych rozmiarów kąpielisko i wykorzystał je, gdy zaprosił mnie na obiad. Miałam pecha, bo trafiło na porę letnią, ale jakby nie patrzeć, to zdarzenie ogromnie wpłynęło na bieg naszej znajomości.
   -Prawdopodobnie od tego się zaczęło. - dodał Hiszpan. Zanim przystąpił do dalszej części opowiadania, poprosił przechodzącą obok kelnerkę o wystawienie rachunku i zajął się uregulowaniem należności, po czym wsiedliśmy do jego auta, ponieważ oboje znów zadeklarowali, iż odwiozą mnie do hotelu, nie pozwalając na powrót taksówką. Piątkowy wieczór oznaczał kilometrowe korki uliczne na barcelońskich ulicach i restauracje wypełnione gruchającymi zakochańcami. Wpatrując się w widoki za szybą, słuchając jednocześnie życiowej historii naszego kierowcy, dziękowałam mu w duchu za odwiedzenie mnie od pomysłu skorzystania z usług transportu publicznego. Gdybym siedziała na tylnym siedzeniu sama, nie odzywając się do nieznajomego taksówkarza, zapewne popadłabym w paranoję, obserwując obściskujące się na chodnikach parki. Dotarłam już do tego etapu nostalgii, na którym po wyłączeniu laptopa i pożegnaniu się z Woody'm przez pół godziny płakałam w poduszkę przed pójściem spać. Grałam ułożoną, twardą bohaterkę, którą w realnym świecie stawałam się jedynie na planie lub w otoczeniu znajomych, gdy nie dawano mi szansy na zajęcie głowy ponurymi myślami. Szkoła przetrwania nadciągała wraz z nadejściem nocy i byłam tego świadoma już od dawna.
   Auto zatrzymało się na jednym ze skrzyżowań z sygnalizacją świetlną, niedaleko mojego aktualnego miejsca zamieszkania. Kojarzyłam je doskonale, ponieważ to właśnie tutaj najdłużej czeka się na zielone. Przewidując co najmniej dwie minuty przerwy, westchnęłam ciężko, kładąc głowę na oparciu siedzenia. Otworzyłam oczy i natrafiłam na splecione pomiędzy przednimi fotelami dłonie Marii oraz Mario. Spojrzeli na siebie i wymienili czułe uśmiechy, a ja natychmiast zacisnęłam usta w cienką linię. Dlaczego? Marco posiadał identyczne zwyczaje. Ilekroć odbierałam go z treningu, co zmuszało mnie do prowadzenia jego wozu, muskał opuszkami palców moje udo lub dłoń, potrafiąc nawet ściągnąć ją w tym celu z kierownicy. Czasami przysuwał ją do ust i obejmował wargami, nie wypuszczając z uścisku, dopóki nie poprosiłam go o to jedynie z uwagi na dyskomfort jako uczestnika ruchu drogowego. Tak czy inaczej, przypomniało mi to, iż mój chłopak znajduje się obecnie bardzo daleko i mogłam przekreślić swoje marzenia o jakiejkolwiek pieszczocie z jego strony. Jeszcze zaledwie kilka dni, Lena. Niedługo Borussia przyjedzie na obóz do La Manga i znów się zobaczycie. Znów będzie na wyciągnięcie ręki, zje z tobą obiad, pójdzie na plażę i położy się obok w łóżku. Cierpliwości.
   -Hej, piękna, zamierzasz przenocować w moim samochodzie? - Casas nieświadomie wyciągnął mnie z równoległej rzeczywistości. Zorientowałam się, że oboje zerkają na mnie niepewnie, na skutek czego uśmiechnęłam się ciepło, by nie budzić ich podejrzeń. 
   -To fatalne miejsce na sen. - odgryzłam się jeszcze nie w pełni przytomna. -Dziękuję za ten wieczór. Cieszę się, że spędziliśmy go razem.
   -Kiedy następny? Wiesz, że zawsze ci pomożemy.
   -Będę o tym pamiętać. - zapewniłam i pochyliłam się, by ucałować ich policzki. -Do zobaczenia jutro na planie!
   -Do zobaczenia.
   Po raz kolejny zaszalejemy, teraz na motocyklu! - krzyknął Mario, gdy wchodziłam już do budynku po schodach. Zdążyłam zaobserwować, jak dziewczyna uderza go ręką w głowę, po czym odjechali z piskiem opon, ja natomiast, kręcąc głową, ze śmiechem pokonałam obrotowe drzwi, rozglądając się po recepcji.
   Zaryglowałam od środka zamki w moim apartamencie, opuściłam zewnętrzne rolety, a później rozebrałam się i bez namysłu wskoczyłam do obszernej wanny. Ledwo rozgościłam się w niej na dobre, a usłyszałam dźwięk przychodzącego połączenia. Być może mama znowu z opóźnieniem zauważyła, iż jej córeczka spędza samotne godziny, ciężko pracując na Półwyspie Iberyjskim i dzwoniła, by odebrać raport. Leniwie wyciągnęłam ramię zgarniając iPhone'a z pobliskiej półki i automatycznie przesunęłam wzdłuż zielonej słuchawki.
   -Mamo, wybrałaś kiepski moment na rozmowę. - wypaliłam, walcząc z postępującym zmęczeniem. Przywitała mnie zaskakująca cisza. -Mamo?
   -Myślałem, że rodzice nie telefonują do ciebie tak późno. - wyłapałam zadziorną kontrę najdroższego mi głosu na świecie. Dopiero teraz mogłam szczerze się roześmiać.
   -Marco...! - szepnęłam zaskoczona, odrywając się od ściany jacuzzi. Nie spodziewałam się, że jedno jego zdanie poprawi mi humor o dwieście procent.
   -Cześć, mała. Co słychać?
   -Dlaczego rozmawiamy przez komórkę? Nudzi ci się już obraz w internecie?
   -Nie, po prostu... Denerwowałem się. Po dwudziestej drugiej zazwyczaj jesteś już dostępna...
   -Przepraszam, to moja wina. Troszkę zabawiłam z Marią oraz Mario, dopiero biorę kąpiel i...
   -Co? - przerwał mi, nieznośnie podekscytowany. -Siedzisz w wannie?
   -Nie, w studni. - prychnęłam, zdegustowana jego kolejnym, nieudolnym łączeniem faktów.
   -Sama?
   -Przed chwilą przebiegło kilka myszy i jeden szczur. Bardzo sympatyczne doświadczenie, polecam.
   -Lena! - roześmiał się, rozbawiony zapewne powagą mojego głosu. Sama też nie wytrzymałam i zachichotałam cicho.
   -No co? Przestań zadawać głupie pytania, wtedy będę normalnie odpowiadała.
   -Po prostu... - jęknął nonszalancko. -Zastanawiałem się, czy znajdzie się tam dla mnie miejsce, skoro nikt ci nie towarzyszy.
   -Och, Marco. - zapiszczałam, mając w głowie aktualny wyraz jego twarzy. Zapewne przygryzał wargę, unosił brwi lub zwyczajnie cwaniacko się uśmiechał. -Twoje miejsce wciąż jest wolne i czeka, aż przyjedziesz w odwiedziny. Wręcz domaga się twojej obecności i cieszy na samą myśl o spotkaniu.
   -To świetnie. Obiecuję, że niedługo wynagrodzę mu wszystkie cierpienia.
   -A tak na poważnie: z jakiego powodu dzwonisz?
   -Ach, no tak. - zamilkł nagle, przez co z słuchawki dobiegały do mnie jedynie bliżej niezidentyfikowane szmery i jedno ciche westchnienie Reusa. Już zdobyłam argumenty, by sądzić, że coś się stało, ale dałam mu tyle czasu, ile potrzebował. -Chciałem ci tylko coś powiedzieć.
   -Więc mów. - sama do siebie wzruszyłam ramionami, coraz bardziej zaintrygowana. Znów coś odstawił?
   -Ale teraz?
   -Tak, Marco, teraz. Przecież czuję, że to dla ciebie ważne, więc nie przeciągaj, bo nie nabiorę się na to.
   -Dobrze. - po raz kolejny zaległa cisza lecz tym razem wzbudziła we mnie niepokój. Jeśli Woody coś odwleka, to albo wydarzyła się nieprzyjemna sytuacja albo zamierza ukrywać jakieś fakty. Przez takie zachowanie chłopaka rosła także moja irytacja, która idąc w parze ze zdenerwowaniem, tworzyła cudowną mieszankę wybuchową. -Musisz wiedzieć, że cię kocham. Tyle.
   -Boże... - odetchnęłam z ulgą, znikając po szyję w wodzie i zamknęłam oczy. Nie tego się spodziewałam, ale jednocześnie kamień spadł mi z serca, choć pewne kwestie nadal pozostawały niejasne. -Kochanie... Ja to doskonale wiem, a nawet widzę. I nie wymagam, abyś powtarzał mi to każdego dnia, ponieważ zdaję sobie z tego sprawę. 
   -Rozumiem, uznałem jedynie, że warto ci przypomnieć.
   -Słońce, co się dzieje? - zapytałam prosto z mostu dostrzegając, że łatwo skóry nie sprzeda. Często ukrywał swoje słabości i zmartwienia, ale do mnie mógł uderzyć z każdym problemem, a ja liczyłam, iż to zrobi. -Martwię się, bo podejrzewam, iż nie wszystko jest w porządku.
   -Masz rację. - przyznał w końcu. -Przeziębiłem się i nie wiem, czy pojadę na obóz w pełni zdrowia. Zależy mi na tym, by od początku sezonu pokazać się z jak najlepszej strony.
   -Przeziębiłeś się? W środku lata? - nie kryłam zdziwienia. -Ale ty nigdy nie... Marco, zadzwoń do waszego lekarza i przedstaw mu cały problem od początku do końca. On ci pomoże.
   -Mała, posłuchaj...
   -Zrób ciepłą herbatę z cytryną i połóż się do łóżka, okej? I koniecznie zmierz temperaturę. Przysięgnij mi, że to zrobisz, bo jeśli ty nie wpadniesz do Barcelony, to ja wrócę do Dortmundu. I nie zawaham się ani na moment.
   -Przysięgam. - rzucił krótko, więc postanowiłam spuścić z tonu. -Lena, bardzo cię kocham, nie zapominaj o tym, błagam.
   -Nie zapomnę, nigdy. A teraz dzwoń do klubu i poproś o leki, a jutro, jak poczujesz się lepiej, pogadamy na Skype. Zgoda?
   -Zgoda. - mruknął od niechcenia, na co mimowolnie się uśmiechnęłam. Kochałam go najmocniej na świecie, gdy wyobrażał sobie, że jest inaczej, również i nie docierał do mnie nagły sens wyznania miłości przez telefon, co nie zmieniło faktu, że doceniłam ten gest. Miałam nadzieję, iż za kilka dób odwdzięczę się tym samym, jednak już w cztery oczy.


Zapowiedź rozdziału 11.:
"Siedziała na stole, ubrana w krótkie, czerwone coś, co miało imitować sukienkę i popijała koktajl z bliżej nieokreślonych owoców. Casas stał obok z tacą wypełnioną winogronami, które co chwilę podjadała, jak przypuszczałem, jego życiowa partnerka. Z ich rozmowy nie zrozumiałem nawet słowa, ale musieli dobrze się bawić, bo uśmiech nie schodził z ich twarzy. Obserwując tą scenkę sam nieco rozluźniłem się po niedawnych przejściach, lecz co istotniejsze, wyciągnąłem jeden wniosek: Mario wyglądał naprawdę sympatycznie. [...]
Nie miałem bladego pojęcia, co dalej, czekałem więc na przebieg akcji. Reżyser zakończył przerwę, prosząc aktorów o powrót na stanowiska. Oparłem się beztrosko o ścianę, decydując się na pozostanie i obejrzenie tego z pewnością fascynującego kawałka spektaklu. I nawet przez głowę mi nie przeszło, iż ostatecznie będę tego żałował tak bardzo, jak ostatniego pocałunku z Carolin Böhs."


***

Nie zdążyłam, nawaliłam, wiem. W ciągu tego tygodnia napisałam zaledwie jeden rozdział. Wena jest, tak bardzo mi jej życzyłyście, że się pojawiła, ale brakuje mi chęci i czasu do przelania jej na papier. Więc teraz życzcie mi chęci i czasu :)
Do następnego!