sobota, 18 lipca 2015

9. Und wir werden wieder nur du und ich

   -Lenka, kochanie: ciało do przodu, głowa do góry. Postaraj się pokazać, że naprawdę mu ufasz. Zdaję sobie sprawę, że w życiu realnym znacie się jeszcze krócej, niż w scenariuszu, ale na tym właśnie polega piękno aktorstwa. Wybrałem ciebie, bo wiem, że poradzisz sobie z tym zadaniem najlepiej na świecie.
   Odwróciłam głowę i znów wpatrywałam się w rozszerzone źrenice Mario. Trzymał mnie właśnie za pośladki - jedyną osłoniętą część mojej skóry, jednak to także za chwilę miało stać się mitem. Dość szybko dobrnęliśmy do tej przeklętej sceny stosunku na świeżym powietrzu i przyznawałam sama przed sobą, że realizowała się tak, jak o niej myślałam. Kilkadziesiąt osób z ekipy filmowej, w tle Barcelona nocą, obok przystojny, gorący latynos, który zapewne rządzi w łóżku, a dwadzieścia metrów dalej jego zabijająca mnie wzrokiem kobieta. Łapałam się na tym, że nie mam pewności, czy to się dzieje naprawdę.
   -Jak mam ci ufać, jeśli najpierw wyśmiewasz moje imię, a potem nazywasz tonikiem. - burknęłam odwrócona tyłem do kamery, gdy podniósł mnie tak, że oplatałam teraz nogami jego biodra. Roześmiał się cicho.
   -Przekonasz się do mnie, gdy powiem, że masz zajebisty tyłek? - odparował bezczelnie, na co zastygłam jak kamień. Wierzyłam, iż nie widać tego na ujęciu. -Oczywiście, nie zdradzę tego ani Marii ani twojemu chłopakowi, ale on z pewnością już to wie.
   -Nie straszę cię, lecz obiłby ci jaja, gdybyś skomentował jakąkolwiek część ciała, którą normalnie ukrywam pod ubraniem. - syknęłam, pozwalając mu na przejęcie kontroli, zgodnie z przebiegiem akcji. Jeszcze parę minut i najgorszą część dnia dzisiejszego będziemy mieli za sobą.
   -Domyślam się. - przerwał zanoszącą się na głupią wypowiedź, bo akurat wtedy musieliśmy patrzeć sobie w oczy, by jak najlepiej oddać romantyczność sytuacji. No tak, w końcu pieprzenie się na jednym z punktów widokowych w stolicy Katalonii jest takie super. -Nie zapominaj jednak, że w filmie gram nieposkromionego brutala, któremu wyraźnie brakuje samokontroli, więc umiem się bronić.
   -Chrzań się! - warknęłam, gdy zdradziecko poruszył brwiami. -Żałuję, że scenariusz nie przewiduje zasadzenia ci kopa poniżej pasa.
   Nie odezwał się więcej, bo gdyby to zrobił, bez wątpienia wybuchnęlibyśmy śmiechem, co oznaczałoby konieczność powtórzenia ostatnich klatek. Starałam się zatem wszystkie ośrodki skupienia przenieść na Casasa i jego dotyk. Palące dłonie Hiszpana nie wywoływały wcale uczucia ekscytacji czy podniecenia, wręcz przeciwnie: dominowało zakłopotanie i przygaszenie. Nie byłam w stanie wyobrazić sobie, że przeżywam miłosne uniesienia z Marco, bo to zupełnie inny typ mężczyzny. Choć nie zawsze mu wychodzi, Reus jest delikatniejszy. Potrafi przewidzieć, czego pragnę, a z czego danej nocy powinien zrezygnować. Bardzo się stara nie wykonywać gwałtownych ruchów i uspokaja mnie, gdy miewam wahania. Nadal bowiem boję się, że nie jestem dla niego wystarczająco dobra, nie tylko w seksie. Pochodzę z Polski, mam 'zaledwie' dwadzieścia jeden lat, a swą pseudosławę opieram na nazwisku brata. Wiele osób stawia mnie w ogniu krytyki, bo niemiecki piłkarz pokroju Marco Reusa powinien pójść w ślady byłego kolegi z BVB i umawiać się z supermodelką o nienagannej figurze oraz szeregu operacji plastycznych w dorobku. Z drugiej strony, rosła rzesza zwolenników naszego związku, ponieważ sporo ludzi rozpoznawało mnie na ulicy, gdzie nie odmawiałam ciepłego uśmiechu lub wspólnego zdjęcia. I pomimo zapewnień blondasa o obojętności wobec przysłowiowych hejterów, nieszczególnie dobrze żyło mi się z faktem, iż jestem nienawidzona przez jego fanki. Najważniejsze jednak w tym wszystkim pozostawało zawsze to, że go bezgranicznie kochałam.
   -STOP! Mamy to! - usłyszałam nagle wrzask reżysera, dzięki czemu natychmiast zeszłam na ziemię. -Byliście genialni! Zachwycająca eksplozja uczuć, oby tak dalej!
   Mario odsunął się i poprosił stażystkę o dwa szlafroki. Gdy założyłam jeden z nich, wyciągnął rękę, pomagając mi wstać. Cały czas uśmiechał się szeroko, nawet obserwując, jak nalewam do szklanki wodę mineralną. Zerknęłam na niego kątem oka, próbując szybko wpaść na jakiś cięty tekst. Niestety, po raz kolejny się spóźniłam.
   -Odnośnie twojej pupy: nie żartowałem. - zaczął, pakując do ust truskawkę w czekoladzie.
   -To w sumie na twoją korzyść. Gdybyś ściemniał, mógłbyś mnie urazić.
   -Nawet nie myśl, że cię podrywałem! - uniósł ręce w poddańczym geście. -Po prostu stwierdzałem fakty.
   -Nazbierasz w ten sposób mnóstwo minusów u Marii.
   -I u Marco. - zauważył słusznie. -Muszę to zmienić, żebyśmy nie pogryźli się na premierze. Naprawdę chętnie go poznam i mam nadzieję, że dysponuje dużym poczuciem humoru.
   -Aż za dużym, nie panikuj. - roześmialiśmy się oboje. -Już późno, zapewne zastanawia się, kiedy będę dostępna na Skype...
   -Rozmawiacie codziennie?
   -Tak. To mi jakoś pomaga przetrwać w Hiszpanii. Kiedy przebywam na planie, jest całkiem w porządku, lecz po powrocie do hotelu czuję się potwornie osamotniona. W Dortmundzie zawsze ktoś czeka na mój powrót...
   -I mówisz mi o tym dopiero teraz? - zapytał z pretensją w głosie. -Lena, przecież wiesz, że możesz na nas liczyć. Zadzwoń do mnie, jeśli tylko nabierzesz ochoty, wyskoczymy na kolację, pokażę ci miasto, może nawet załapiemy się na jakiś sparing Barcelony... Zobaczysz, że czas wtedy naprawdę minie szybciej, niż oczekujesz. Obiecujesz, że to przemyślisz?
   -Jasne. - odparłam bez zastanowienia. Miał pomysły na poprawienie humoru. -Przepraszam, po prostu... Pierwszy raz od dawna rozstaliśmy się na tak długo... Potrzebuję czasu.
   -Kiedyś musi być ten pierwszy raz. - puścił do mnie oczko, a ja wspięłam się na palce i uderzyłam go w czoło. -Odwiozę cię, co ty na to? Przy okazji zorientuję się, gdzie mieszkasz, aby wiedzieć, skąd cię odbierać.
   Pomimo, iż dał mi możliwość wyboru, miałam świadomość, że nie przyjmie odmowy. No cóż, zgodziłam się. Mój pobyt w Katalonii nie musi ograniczać się do pracy, a Marco nie pojawi się tutaj na jedno pstryknięcie palcami. Dlaczego więc nie połączyć obowiązku z przyjemnością?


~~~


   -Woody? Jesteś tam? - przestałam na moment oddychać, w obawie przed problemami z połączeniem internetowym. Reus znikał z ekranu, a gdy pojawiał się na nim z powrotem, nie słyszałam, co próbuje mi przekazać. W końcu usadowił jednak swój szanowny tyłek na kanapie, założył słuchawki i włączył mikrofon, a moje przerażenie natychmiast ustąpiło. Ten człowiek któregoś pięknego dnia doprowadzi mnie do przedwczesnego zawału.
   -Przepraszam. - rzucił na swoje usprawiedliwienie. -Jestem głodny, spragniony i zmęczony. Nie powinienem iść z nimi na tą imprezę.
   -Co się stało? Marco... Piłeś, prawda?
   -Nie! - przetarł oczy pięściami, dzięki czemu wyglądał jak dopiero wstający z łóżka dziesięciolatek. -To znaczy... Symbolicznego drinka. Okej, dwa. Ale trzymałem pion i sam wróciłem do domu. W sensie taksówką. Nie prowadziłem po alkoholu, jest takie powiedzenie: piłeś? Nie jedź. Znasz je, no nie?
   -Czy ty się właśnie tłumaczysz? - uniosłam brwi, uśmiechając się półgębkiem. Westchnął kręcąc przecząco głową.
   -Udowadniam ci, że nie nadużywam twojego zaufania, co w towarzystwie twojego brata, Auby i Kevina należy zaliczyć w poczet prawdziwych wyczynów. Ale ze zdziwieniem odkryłem, że znają umiar. Nieprawdopodobne! Spróbuj wyobrazić sobie Großkreutza odmawiającego kolejnego piwa. Przez związek z Niną okropnie wydoroślał, czasami zwyczajnie go nie poznaję.
   -Za to ty ciągle zachowujesz się jak Nico. - roześmiałam się, zakładając ręce na piersi. -Może zorganizuję dla ciebie jakieś szkolenie?
   -Szkolisz mnie od Sylwestra, a efekty nadal marne. - z wyraźnym podtekstem przygryzł wargę.
   -Bo się nie starasz.
   -Bo sypiasz nago.
   -Bo nie mam wyjścia.
   -Bo mnie prowokujesz! Żądasz, żebym był grzeczny, ale ciągle utrudniasz mi zadanie! To niesprawiedliwe.
   -Jasne, zrzuć teraz winę na biedną, bezradną dziewczynę! - wytknęłam mu żartobliwie i także się roześmiał. -Za grosz poczucia wstydu, Reus.
   -Nieważne. - mruknął pod nosem, krzywiąc się, gdy zrozumiał, że jednak to usłyszałam. -Co u ciebie? Robiliście coś ciekawego?
   -Nie chcesz, abym odpowiedziała.
   -Okej. - zbiłam go z tropu, lecz nie zamierzałam ściemniać. W naszej sytuacji szczerość to podstawa. -W porządku.
   -Jeśli sądzisz, że sprawiło mi to jakąkolwiek przyjemność, to grubo się mylisz. 
   -Nic takiego nie powiedziałem.
   -A zareagowałeś, jakbym właśnie oświadczyła, że to najcudowniejsza rzecz, jaką przeżyłam. Przyrzekałeś mi, że...
   -Pamiętam. - fuknął sucho, z szalonym zainteresowaniem gapiąc się na własne kolana. -Jak wam poszło?
   -Reżyser był zadowolony, więc chyba nie tak źle.
   -Ale to jeszcze nie wszystko?
   -Niestety, to dopiero początek... Marco, spójrz na mnie, proszę. - wycedziłam, gdy ponownie spiął mięśnie. Cierpliwie czekałam, aż podniesie wzrok i nie obchodziło mnie, że zajęło mu to minutę i trzydzieści sekund. -Nie zdążyłam zrezygnować, dyskutowaliśmy o tym milion razy, ale między Mario a mną do niczego nie doszło ani na planie ani poza nim i mogę cię zapewnić, że nigdy nie dojdzie. Kocham cię najmocniej na świecie, z każdą godziną tęsknię mocniej i coraz ciężej mi to znieść. Masz tego doskonałą świadomość, ale... - nie potrafiłam dłużej ukrywać swoich emocji i po prostu się popłakałam. Nie wzbudzałam w nim litości, nigdy się do tego nie posunęłam, pokazałam jedynie, jakie uczucia naprawdę mną rządzą. Woody mógł knuć swoje teorie, ale tej nie obali, bo nie płakałam przy nim z byle powodu. Właściwie na jego oczach rozkleiłam się dopiero po raz drugi - pierworodny nastąpił, kiedy znalazł mnie w mieszkaniu Bobka po kłótni z Semirem. -Uznałam, że warto ci to powtórzyć. Tyle. 
   Wpatrywał się we mnie z poczuciem winy, wyraźnie wymalowanym na twarzy. Nie zgadywałam, co chodzi mu po głowie, liczyłam wyłącznie na to, iż zripostuje czymś inteligentnym, bo potrzebowałam jego wsparcia, którego z wielkim bólem serca mi udzielał. Gdy wydął usta powoli wypuszczając powietrze postanowiłam, że to ostatnia produkcja, jakiej się podjęłam. Dolewanie oliwy do ognia wprawdzie nie przypali schabowego, ale uczyni go zdecydowanie za tłustym.
   -Lena, wybacz mi. - wydusił wreszcie. -Ja też sobie nie radzę i dokładam wszelkich starań, by cię tym nie obciążać. Martwię się, bo jeśli ktoś zrobi ci krzywdę...
   -Kochanie, jestem bezpieczna. - przerwałam mu, w nerwach spontanicznie składając jakieś sensowne zapewnienie. -Niedługo sam się przekonasz. Wrócę do Niemiec cała, zdrowa i przede wszystkim twoja. Nie szukam dla ciebie zastępstwa, rozumiesz? Za parę tygodni to się skończy i znów będziemy tylko ty i ja.
   -Wiem.
   -Marco? - znów wywołałam go do tablicy, gdy zauważyłam, że się rozkojarzył. Nie miałam już siły, żywiłam jedynie głęboką nadzieję, że mi uwierzy. -Kocham cię. Kocham cię, kocham cię, kocham cię, jak długo trzeba cię o tym informować?
   Uśmiechnął się. Kamień z serca.
   -Każdego wieczora. - odpowiedział z przekąsem. -A niedługo będę już w Hiszpanii, więc obgadamy to osobiście.
   -Zgadzam się. - potwierdziłam bez wahania. Wyszczerz na twarzy Reusa przybrał jeszcze większy rozmiar. -Na twoje życzenie.


~~~


<Marco>
   Długo nie mogłem zasnąć. Gdybym popadł w jakikolwiek nałóg, bez wątpienia paliłbym teraz na balkonie jakiegoś drogiego papierosa lub delektował się smakiem wybitnego trunku. Szczęśliwie uprawiany zawód zabraniał mi działań szkodzących organizmowi i ograniczałem używki do absolutnego minimum. Przynajmniej taki dostałem rozkaz i naprawdę wyjątkowo rzadko przekraczałem jego granice.
   Rano ocknąłem się totalnie zdębiały, w popłochu szukając zegarka. Jeżeli w grę nie wchodzi dzień pomeczowy, nie przywykłem do wstawania później, niż o dziewiątej, aczkolwiek od wyjazdu Leny pozwalałem sobie na wyjątki. Nie miałem pojęcia, czy to odpowiedni moment na kolejne odstępstwo, lecz po całkowitym oprzytomnieniu przypomniałem sobie, iż dzisiejsza sesja treningowa odbędzie się dopiero popołudniu. Wstałem więc, by otworzyć okno, po czym z wielką ulgą na powrót wpakowałem się do łóżka. Nie prezentowałem się jak wypoczęty, nowonarodzony bóg, ale lato w pełni, co oznaczało, że słońce stoi już wysoko na niebie i nie zdołam ponownie zasnąć. Inna sprawa, że musiałem na nowo nauczyć się tymczasowego spędzania czasu w samotności.
   Szukając punktu zaczepienia na przedpołudniową rozrywkę w suficie, zdecydowałem się zadzwonić do Marcela i Robina. Od soboty nie dawali znaku życia, a właśnie powinni zaczynać pracę. Nie spóźniali się do klubu, zatem niewiele myśląc, wybrałem w iPhonie służbowy numer.
   -Cocaine Clubbing Dortmund, słucham? - Kaul. No tak, Fornell unikał rozmów telefonicznych i przez prawie dwie dekady naszej przyjaźni nie zdążył mi wytłumaczyć, dlaczego.
   -Daruj sobie ten uprzejmy ton, oboje wiemy, że nie umiesz być miły. - bąknąłem uszczypliwie, co spotkało się z jękiem dezaprobaty z drugiej strony.
   -Jak zawsze sympatyczny, farbowany Reus. - odgryzł się dość skutecznie. -Jak się trzymasz, stary?
   -Miałem spytać o to samo.
   -Żelazna zasada 'pijemy z kulturą' nadal na topie. - oznajmił uroczyście. -Ale na razie w klubie jestem tylko z Kają, Marcel nie dotarł, na dodatek nie odbiera.
   -Nie dotarł? - usiadłem na łóżku, nie kryjąc zaskoczenia. Dosłownie piętnaście minut wcześniej chwaliłem jego punktualność. -Może tatuuje?
   -Wiedziałbym o tym. Zadzwonię jeszcze raz albo napiszę mu wiadomość.
   Uzmysłowiwszy sobie, że złość Robina narasta, gdy ktoś bezczelnie go ignoruje, próbowałem różnymi, głupimi argumentami wybronić przyjaciela, co przerwał mi kilkukrotny dzwonek do drzwi. Odetchnąłem z ulgą, w stu procentach przekonany, że odnalazła się nasza zguba. Pożegnałem się z rozmówcą obiecując mu jak najszybszą informację i nie zważając na fakt, iż mam na sobie jedynie ulubione, niebieskie bokserki, popędziłem do korytarza. Skomponowałem po drodze piękną wiązankę kretyńskich żarcików, którymi za moment zasypię bruneta i bez odwlekania przekręciłem zamki, naciskając jednocześnie na klamkę.
   Wszystkie słowa automatycznie uwięzły mi w gardle. Nieświadomy rosnącego bólu i niedowierzania, teoretycznie oberwałem kulą z pistoletu w żebro, klatkę piersiową i głowę. Tak się obecnie czułem. Przesunąłem palcami wzdłuż skroni z nadzieją, że śpię. Przetarłem oczy, lecz obraz nie zniknął. Koszmar jednak stał się rzeczywistością.
   -Marco! Tak bardzo się cieszę, że cię widzę!


***

Dzień dobry!
Tak, tak, ja wiem, że Wy wiecie, kto :p
Rozdział w podziękowaniu za 300 wyświetleń poprzedniego. Rekord na tym blogu :)

Zapowiedź rozdziału 10.:
"-Powinnaś już iść. - oświadczyłem, usiłując zachować spokój. Czułem się tak, jakbym przyłapał swoją ukochaną na zdradzie z najlepszym kumplem, ale to ja po raz kolejny nawaliłem i nie miałem na kim wyładować złości.
-Ja po prostu...
-Wyjdź, proszę. - wycedziłem przez zaciśnięte zęby, powstrzymując kumulującą się agresję. Przecież jej nie uderzę, nie zasłużyła na to.
W mieszkaniu zaległa głucha cisza, więc odwróciłem się, by opanować sytuację. Stała w przejściu, gotowa opuścić pomieszczenie."

Chciałam jeszcze poinformować, że w najbliższym tygodniu być może pojawią się dwa rozdziały... Ot tak, jeśli będę miała dobre serduszko i uda mi się napisać coś nowego :p Pozdrawiam!

poniedziałek, 13 lipca 2015

8. Was dich nicht umbringt, macht dich stärker

"-Pomóż mi. - szepnęłam błagalnie. Marco prychnął niemal niedosłyszalnie, po czym bez wahania ujął moją twarz w dłonie i delikatnie, z najwyższą ostrożnością musnął moje usta. Odsunął się na kilka milimetrów, czekając, jak zareaguję. Czułam na skórze jego ciepły, miarowy oddech, dostrzegałam parodniowy zarost, spowodowany wakacyjną zaniedbałością i dotarło do mnie, że tak blisko siebie jeszcze nie byliśmy. Wystarczyła sekunda, bym wplotła rękę w jego włosy i wpiła się w jego wargi. Sam przerwał tą krótką chwilę zapomnienia, uśmiechając się lekko już ze znacznie większej odległości.-Przepraszam. - wymamrotał zmieszany, ale rozluźniony. -Nie zamierzam wykorzystać ani Ciebie ani ciężkiego okresu, który przeżywasz. I jak, lepiej?


-Możesz jeszcze zrezygnować. - przypomniał, pochylając się nade mną. Ujął w lewą rękę brzeg dolnej części bielizny, będącej w tej chwili moim ostatnim odzieniem. Widząc mój zaskoczony wyraz twarzy, odsłonił rząd białych zębów i przesunął wargami wzdłuż mojego obojczyka aż po kącik ust. Nie chciał, żebym się wycofała, ale nie zamieszał do niczego mnie zmuszać, a ja, pomimo niewielkiego wahania wiedziałam, że Marco jest facetem, z którym mogę zrobić to po raz pierwszy. [...] Na odwrót było zdecydowanie za późno.
   -Ufam Ci. Obiecaj, że będziesz delikatny."

   Przeciągając się leniwie w łóżku zrozumiałam, że powinnam spodziewać się wizyty Reusa w moich snach. Minął dopiero jeden dzień, a ja tęskniłam za nim tak mocno, jakbyśmy nie widzieli się co najmniej pół roku. Przeceniłam swoje możliwości. Przed Bożym Narodzeniem, po miesięcznej rozłące, z miejsca wskoczyłam mu do łóżka, a teraz, w przeciągu sześćdziesięciu paru dni spędzimy razem marne dwadzieścia cztery godziny. Wpakowałam się jednak w drogę z zakazem zawracania, więc musiałam przestrzegać przepisów, choćbym miała słono za to zapłacić.
   Przy spożywaniu śniadania jedynie wczesna godzina powstrzymała mnie od wykonania telefonu. Zastanawiałam się, co robi. Możliwe, iż jeszcze śpi, lecz wczoraj wspominał, że rano ma trening, zatem prawdopodobnie układał już włosy lub pozbywał się zarostu, umilając sobie ten żmudny proces tworząc niezbyt udane chórki do piosenek Biebera. Nienawidziłam, gdy to robił, lecz tymczasowo mieszkał sam, co pozwalało mu rozwijać umiejętności wokalne bez obaw, że za pięć sekund do toalety wpadnie jego wkurzona i półprzytomna dziewczyna prosząc, by się zamknął. Cholera, często tak robiłam. I tego też już teraz potwornie mi brakowało.
   Spędziłabym na użalaniu się nad sobą może i cały dzień, gdyby nie fakt, że niedługo musiałam stawić się na pierwszych nagraniach. Wczoraj przebrnęliśmy przez sprawy organizacyjne i czysto teoretyczne, więc nadszedł już czas na konkretne zabranie się do pracy. Wskoczyłam w ekstremalnie letni zestaw (lipcowa Barcelona to niemiłosiernie upalne miasto), doprowadziłam się do porządku, po czym wezwałam taksówkę i wykorzystałam ostatnie minuty na dopicie kawy oraz wykrzesanie potrzebnej do zawodowego aktorstwa energii.


~~~


   -Lena, hej! - skrzywiłam się na powitanie języka hiszpańskiego, pomimo, iż doskonale wiedziałam, z czyich ust wybrzmiał. Będę potrzebowała kilku dni, by oswoić się ze zmianą otoczenia.
   -Gotowa do działania? - spytała entuzjastycznie Maria, pojawiając się tuż obok mnie. Wtedy też dostrzegłam, iż trzyma za rękę swojego chłopaka. Och, naprawdę musieli?
   -Jasne. - zdobyłam się na szczery uśmiech. -Brak nieprzygotowania w tej branży skutkuje poważnymi konsekwencjami.
   -Wydaje mi się, że źle spałaś. - zauważył Mario. Pokręciłam głową z kąśliwym uśmieszkiem, bo przypuszczałam, co mu chodzi po głowie. Dogadałby się z Woody'm bez dwóch zdań - oboje posiadali wybujałą wyobraźnię erotyczną.
   -Nie mam tego szczęścia, by przebywać tutaj z partnerem, dlatego radzimy sobie przez internet. - pokazałam mu język. -Wymęczę dziś wizażystkę, ale wierzę, że mi pomoże.
   -Tęsknisz za nim?
   -Tak. - rzuciłam z automatu. -I nie sądziłam, że to będzie takie trudne... Związki na odległość to fatalny pomysł, ale nie wpadłam na lepszy. Mam nadzieję, że kiedyś mi to wybaczy.
   -Nie przejmuj się. Być może na początku nie pochwalał twojej decyzji, ale musiał kiedyś zrozumieć, że ty też planujesz i marzysz. Nie rób z chwilowego rozstania wiecznej tragedii. Marco cię kocha i jest dorosłym facetem, więc przestań panikować, poradzi sobie.
   -Ciekawe, czy mówiłbyś tak samo, gdybyś stał na moim miejscu. - mruknęłam z przekąsem, na co Hiszpan cwaniacko uniósł brwi.
   -Przesuń się, chętnie się z tobą zamienię. - prychnął, po czym parsknął śmiechem na widok mojej zaskoczonej miny.
   -Mario! - jego ukochana delikatnie uderzyła go w głowę. -To nie było śmieszne. Lena ma całkowitą rację, już zapomniałeś, jak pisałeś do mnie miłosne liściki i sms-y, gdy kręciłam film we Francji?
   -To prawda. - przyznał bez oporów, spoglądając na nią z czułością. -Chciałem tylko zażartować.
   -Nie wyszło ci. - potwierdziłam ze słabym uśmiechem. Maria podeszła do mnie i po przyjacielsku objęła ramieniem.
   -Spokojnie, wszystko będzie dobrze. Co cię nie zabije, to cię wzmocni. Wiem, co mówię. I ty na pewno też to znasz.


~~~


<Marco>
   
Po powrocie z treningu nie znalazłem w sobie ochoty choćby na to, by rozpakować torbę, po prostu poszedłem do lodówki po butelkę wody mineralnej i opadłem z hukiem na kanapę. Od dwóch godzin trwałem w tej samej pozycji i nie zrobiłem nic, by ją zmienić. Czułem się zmęczony, lecz nie do końca wiedziałem, czym. Dzisiejszym wyciskiem od Kloppa? Niemiłosiernie wolno upływającym czasem? Nudą? Czekaniem?

   Dostrzegłem leżącego na wyciągnięcie ręki laptopa, więc zgarnąłem go ze stołu i w ogóle się nie podnosząc, odpaliłem w jednym tylko celu. Minutę później logowałem się na Skype, lecz po chwili równie szybko go wyłączyłem. Nie było jej, ale zerknąwszy na zegarek zrozumiałem, że nie powinienem na to liczyć. Niedawno wybiła czternasta, co oznaczało, że jej przerwa obiadowa dobiegła już końca i wróciła na plan. Zanim zamknie kolejny dzień zdjęć i wróci do domu, po raz kolejny zobaczymy się zapewne dopiero wieczorem, przez marne sześćdziesiąt minut, po czym wezmę szybki prysznic i położę się do łóżka, wysyłając jej ostatnią wiadomość na dobranoc, na którą najprawdopodobniej nie odpowie, zmożona snem. Właśnie tak ostatnio wyglądała każda moja doba - jak doba siedemdziesięciopięcioletniego dziadka, zniszczonego pracą i życiem. O ile sądziłem, że w ciągu minionego tygodnia zdążyłem się jakoś pozbierać, o tyle moi najbliżsi, z rodziną, Mario, Aubą oraz Marcelem i Robinem na czele ciągle uświadamiali mi, że się mylę. Götze wiecznie zarzucał, że przestałem nawet do niego dzwonić, Yvonne wpadła ostatnio z pretensjami, bo podobno obiecałem zabrać Nico na lody, a trener prosto w twarz oświadczył, że obijałem się w ostatnim meczu z rezerwami. Super. Jeśli będę potrzebował sarkastycznej motywacji, zgłoszę się do niego bez wahania. W rzeczywistości tak naprawdę krążyłem już myślami wokół obozu w La Manga, po raz pierwszy nie dlatego, że z wolnym czasie będziemy mogli skorzystać z hotelowych atrakcji, a dlatego, że pojadę do Barcelony na spotkanie z Leną. Zaklepałem u Kloppa ten jeden, jedyny dzień już na początku przygotowań, żeby przypadkiem nie knuł co do mojej osoby niecnej zmiany planów i wspaniałomyślnego wystawienia mnie w sparingu. Musiałem przecież ponieść karę za swój nieumiarkowany alkoholizm, a ten termin był idealny do jej wykonania.
   Gdy słońce wyszło zza chmur i centralnie poraziło moje źrenice, zwlokłem się w końcu z zajmowanego miejsca i postanowiłem powierzchownie posprzątać mieszkanie. W kranie tkwiły brudne naczynia, bo nie widziałem potrzeby włożenia ich do zmywarki. Na podłodze pod telewizorem piętrzyła się sterta listów od fanów, muszę zatem niedługo udać się do agenta, by pomógł mi na to wszystko odpisać. Balkon okupowały puste butelki i literatki po Coca-Coli i nawet talerz od obiadu stał jeszcze na stoliku. Znaczną część obu łazienek zastawiały moje kosmetyki i ręczniki, bo przecież nie mogę ciągle używać tych samych. Nawet we własnej garderobie zostawiłem bałagan - przecież nie wszystkie ubrania trzeba od razu ułożyć i powiesić. Regularnie o czystość dbałem jedynie w sypialni, gdyż tego wymagała Lena. Swoją drogą, gdyby przyjechała teraz z niespodziewaną wizytą, nie miałaby wątpliwości, że urządziłem grubą imprezę, a mnie samego na sto procent szukałaby w toalecie nad muszlą. Czasami zastanawiam się, po co nam, mężczyznom, do szczęścia kobiety, ale gdy tylko pomyślę o mojej dziewczynie, wszystkie wątpliwości szlag trafia. Najzwyczajniej w świecie każdy facet zginąłby bez obecności płci żeńskiej, a obecny stan mojej posiadłości i ja sam to najlepszy dowód na poparcie tej tezy.
   Doprowadziwszy wszystkie pomieszczenia do wyglądu reprezentacyjnego, w szerokim tego słowa znaczeniu, ponownie otworzyłem lodówkę i dopiero teraz zorientowałem się, że świeci pustkami. Cholera. Albo tak często jadaliśmy na mieście albo zbyt rzadko robiłem zakupy, by troszczyć się o swoje posiłki. Nie twierdzę, że nie gotuję, lecz bieganie po sklepach zdecydowanie spoczywało na głowie Leny, co teraz brutalnie do mnie dotarło. Nigdy, przenigdy nie pomyślałem o tym, że znajdę się w takiej sytuacji, a tu proszę - laska ci wyjechała i już mógłbyś umrzeć z głodu. Niedorzeczne.
   Postawiony pod ścianą, ubrałem się, zgarnąłem z blatu kluczyki do Astona i znudzony kierowałem się do drzwi. Nacisnąłem klamkę i moim oczom ukazali się Aubameyang i Lewandowski we własnej osobie. O ile Roberta chętnie wymieniłbym na jego siostrę, choć utrzymywaliśmy świetny kontakt, o tyle Gabończyk od pewnego czasu jest nie do zastąpienia. Wraz z Henrikhiem Mkhitaryanem dołączył do BVB pod koniec czerwca jako potencjalny następca Mario i z każdą wspólnie spędzoną chwilą stajemy się sobie coraz bliżsi. Myślałem, że wyjazd Götze nie przyniesie mi jego sobowtóra, ale Gabończyk buduje coraz silniejszą pozycję. Nie znam francuskiego, lecz oboje mówimy po angielsku, nie istnieje zatem coś takiego, jak bariera językowa.
   -Cześć, Reus. - zaświergotał Polak, ściągając rękę z dzwonka. -Masz tu gdzieś zamontowaną kamerkę czy zdolności telepatyczne? Nie zdążyłem nawet popsuć ci słuchu.
   -Nie sądzę. - Pierre-Emerick z typową dla siebie nonszalancją założył ręce na piersi. Czasami przypominał 50 Centa albo Jaya-Z, bo jak większość raperów kochał błyskotki i drogie auta. -Pewnie założył sobie czujnik kroków albo urządzenie do rozpoznawania perfum, które za każdym razem informuje go o nowym gościu: 'Ej, uważaj, nadciągają ci psychole z drużyny, więc lepiej zarygluj drzwi i sprawdź, czy nie rozwalą zamków!' I założę się, że ustawił głos Pameli Anderson albo Sashy Gray. 
   -Jak znam Lenę, strasznie by się wściekła, więc może gadająca mama to lepsza opcja. - wtórował mu Lewy. -Ewentualnie Chuck Norris, ale gdyby wtedy ktoś przyszedł go niego w nocy, biedny ze strachu schowałby się w szafie!
   Przez dłuższy moment zanosili się śmiechem, zupełnie ignorując moją obecność oraz fakt, iż właściwie bez konkretnego zaproszenia wparowali do mojego mieszkania. Oparłem się o ścianę i przeniosłem ciężar ciała na lewą stopę.
   -Sam jesteś? - Auba bez precedensu podążył w głąb korytarza, szukając panienki, z którą miałbym spędzić noc. Oddałbym swoją wypłatę w przekonaniu, że akurat o to skrycie zapytał. Był zbyt głupi, żeby wymyślić coś innego. -Kurde, stary, podziwiam cię. Jak ty sobie radzisz w tych sprawach? Boże, ja bym chyba...
   -Hej, Woody, nie przeszkadzamy ci tak w ogóle? - Bobek najwyraźniej zauważył zawieszone na moim palcu klucze do wozu. Uniosłem brwi i przewróciłem oczami.
   -Celujący za spostrzegawczość. - skwitowałem sarkastycznie, gdy Pierre odwrócił się na pięcie, by zobaczyć, o co chodzi Robertowi. -Właściwie to tak, wychodziłem, ale teraz muszę najpierw znaleźć dla was tabletki na głowę. Raczej i tak już nie pomogą, ale możemy spróbować.
   -Dokąd się wybierasz? - dociekał ciemnoskóry napastnik, podchodząc bliżej. Westchnąłem ciężko.
   -Umówiłem się na spotkanie w biurze matrymonialnym. - odparowałem usiłując zachować powagę. -Więc wybacz, ale nie chcę się spóźnić.
   Zastygł w bezruchu, a Lewandowski zmarszczył czoło i otwartą dłonią przeczesał włosy. Obserwując ich twarze nie sposób nie wybuchnąć głośnym śmiechem. Co gorsza, dopiero wtedy zrozumieli, że żartowałem, na co pokręciłem z niedowierzaniem głową. Z kim ja się zadaję?
   -Nieśmieszne.
   -Wy też nie byliście zabawni. - odszczekałem się. -Jadę na zakupy, nie zamierzam urządzać głodówki.
   -Marco, czy cię pogięło? Od tego są dziewczyny! Same muszą sobie kupić te przyprawy czy ulepszacze smaku, bo zaś to nie pasuje do zupy, a w tym nie zapieczesz wołowiny. Odpuść, nie ma sensu.
   -Ty tak na serio? - spojrzałem na niego z politowaniem, po czym przeniosłem wzrok na Roberta. -Wytłumacz mu, ja się poddaję.
   -Powtarzam ci po raz trzeci, że jego dziewczyna kręci film w Barcelonie i wróci dopiero w przyszłym miesiącu. - oświadczył uroczyście. Gabończyk przez dziesięć sekund drapał się po głowie.
   -Lena? W Barcelonie? Myślałem, że twoja siostra wyje...
   -Bo moja siostra to jego dziewczyna, głąbie! - Polak aż wzniósł oczy ku niebu, a ja uderzyłem się dłonią w czoło. Chyba minie trochę czasu, zanim wszystkie te informacje znajdą w głowie Auby mózg. Poczułem, jak kładzie rękę na moim ramieniu.
   -Teraz już rozumiem, dlaczego jesteś dla niego taki miły. - powiedział patrząc na mnie. -Masz przesrane, chłopie. Nie chciałbym być w twojej skórze, jeśli ją skrzywdzisz.
   Wszyscy troje zerknęliśmy na siebie po kolei. Nie wiedziałem, czy wypada się śmiać czy płakać, gdyż Lewy wyglądał na równie skonsternowanego, Pierre natomiast ciągle kołysał się na piętach. Wypuściłem powietrze z ust, bezradnie opuszczając ramiona.
   -Przejdźmy do sedna. - zaproponowałem błagalnie. -Czego u mnie szukacie?
   -Zabieramy cię na imprezę. - Aubameyang nie owijał w bawełnę, a Lewy tylko pokiwał twierdząco głową. -Dzwonił do mnie Marcel, bo z tobą podobno nie może złapać kontaktu i dostaliśmy zaproszenie do Cocaine.
   -No dawaj, Marco, nie daj się prosić. - naciskał Bobek. -Dziś sobota, a jutro mamy wolne. Do wieczora posiedzimy u mnie, a później razem z Anią wpadniemy do klubu. To jak, wchodzisz w to?
   Obrzuciłem obojga podejrzliwym spojrzeniem, przygryzając jednocześnie wargę. Balowanie z nimi zawsze kończyło się tak samo, a obiecałem Lenie, że więcej nie doprowadzę się do stanu nieużywalności, bo zagrozi to utratą zaufania nie tylko jej, ale i Jürgena. Właśnie dlatego nie potrafiłem przekonać się do ich pomysłu.
   -Woody, błagam, chodź z nami! I tak siedzisz w domu, nie pomoże ci to. Wypijesz drinka, ewentualnie dwa i jeden dzień będziesz miał już z głowy. Więc?
   -Dobra, zgadzam się. - dysponowali dziś słabą siłą przekonywania, aczkolwiek zadziałała na mnie wyjątkowo mocno. -Tylko bez alkoholu. I co do tego zdania nie zmienię.



***


No, to mamy pierwszy rozdział 'życia na odległość' :) Sama jeszcze nie wiem, jak długo to potrwa... Ale trochę musi, bo zarówno to, jak i pojawienie się Caro oczywiście znacząco wpłynie na rozwój akcji :)

Kochane, mam do Was pytanie: gdy ostatnio w zamian za spóźniony rozdział wrzuciłam fragmenty dwóch następnych, pomyślałam sobie, że może po każdej części będę robiła taką małą zapowiedź... Co Wy na to? Dobry pomysł? :)

Do następnego!

poniedziałek, 6 lipca 2015

7. Alles wird gut

   -Jesteś pewna, że wszystko spakowałaś? - spytał ze stoickim spokojem, śledząc każdy mój ruch. Przystanęłam na moment, z poirytowaniem lustrując jego sylwetkę.
   -Nie. - fuknęłam, wrzucając do walizki kolejne kosmetyki z kremem do opalania na czele. Stałam nad nią, natomiast Marco zaszedł mnie od tyłu, zaciskając dłonie na mych ramionach.
   -Maleńka, panika to twój największy wróg. - powiedział kojąco, a ja wiedziałam, że się uśmiecha. -Jeśli czegoś ci zabraknie, po prostu to kupisz.
   -Tak? - odwróciłam się do niego przygryzając wargę. -A ciebie gdzie kupię?
   Zaskoczyłam go. Roześmiał się i przycisnął mnie do ciała, opierając podbródek na głowie.
   -Jestem edycją limitowaną. Ponowna transakcja dostępna za półtora miesiąca.
   -Śmieszne. - odgryzłam się, ostatecznie zapinając bagaż. -Pytałam poważnie.
   -Nie ułatwiasz mi życia. - puścił do mnie oczko. -Zabiorę to i poczekam w aucie. Pospiesz się, nie zostało dużo czasu.
   Patrzyłam, jak zamyka za sobą drzwi, po czym westchnęłam ciężko, opadając bezwładnie na kanapę. Do tej pory ekscytowałam się pobytem w słonecznej, gorącej Barcelonie jak małe dziecko najpiękniejszymi wakacjami życia, lecz dopiero teraz doszłam do wniosku, że chyba wolałabym pozostać tutaj: w nieco chłodniejszym, ale bliskim mojemu sercu Dortmundzie. Pojawiały się pierwsze wątpliwości: czy sprostam oczekiwaniom reżysera, czy odnajdę się w obcym mieście, czy hotel mający stać się moim domem spełnia podstawowe warunki mieszkalne. Nie wymagałam luksusu, przekonując jednocześnie samą siebie, iż producenci jednej z największych hiszpańskich produkcji należycie zadbają o swoich aktorów.
   Martwiłam się też o Reusa. Czy utrzyma przyzwoitą kondycję, nie zacznie szczekać na ludzi, nie dostanie kolejnego mandatu za przekroczenie prędkości i przede wszystkim - czy dotrzyma obietnicy i nie ulegnie namowom przyjaciół na zorganizowanie wieczoru w towarzystwie alkoholu. Nie zamierzałam go kontrolować, ponieważ jest dorosłym mężczyzną, zastanawiałam się jedynie, czy wszystkie jego komórki mózgowe po interwencjach Robina znalazły już odpowiednie miejsca. Klopp nie daruje mu następnego wykroczenia i miałam nadzieję, że piłkarz jest tego świadomy.
   Od ostatniej wizyty w domu rodziców Marco i rozmowy z jego siostrami strofowała mnie także osoba Carolin. Nie do końca rozumiałam, dlaczego ubolewały nad jej powrotem i ukrywały ten fakt przed moim chłopakiem. Nie ufały jej? Przecież Woody wypowiadał się o swojej ex w samych superlatywach, kwestionując wszystkie uwagi, jakie wysuwałam przeciwko niej. Z opowiadań znałam ją jako pogodną, sympatyczną dziewczynę, pogodzoną z ich rozstaniem i układającą sobie życie od nowa. W czym zatem leżał problem? Powinnam mieć obawy, zastrzeżenia? Nie mogąc podzielić swoich wątpliwości z ukochanym, zdawałam się na własną intuicję, ale i bezgranicznie polegałam na Reusie, który zwyczajnie nie zawodził. Może Yvonne i Melanie przejaskrawiały problem?
   -Lena, nie przesadzaj. - wzburzony niemiecki głos odbił się echem w korytarzu. -Domyślam się, że masz już opory, ale daj szansę swoim umiejętnościom. Skarbie no... Wszystko w porządku?
   -Tak. - uśmiechnęłam się, gdy pogładził moje włosy.
   -Na pewno?
   -Marco, nie pomagasz. - rzuciłam, stając na nogi. -Możemy już iść.
   Zgarnęłam torebkę z blatu stołu i po przekroczeniu progu podeszłam, by wezwać windę, mającą sprowadzić nas na parter.



~~~


   -On tak zawsze? - narzekał urodzony Dortmundczyk, wpatrując się w klubowego kolegę, podśpiewującego nikomu nieznaną piosenkę.
   -Robert? Nie. Przed ślubem uruchomił jakieś dziwne, niekontrolowane triki nerwowe. - wyjaśniła Anna, klepiąc narzeczonego po plecach. Swoją drogą, jej niemiecki brzmiał już całkiem normalnie, czym mogła z dumą się chwalić.
   -Boże, znów zmusisz mnie do tańca. - jęknął Marco, uderzając bokiem o krzesełko. Pobyt na lotnisku nie wpływał na jego mózg kojąco. 
   -Daj spokój, nie jesteś aż taki straszny.
   -A może chcesz pójść z Marcelem? - zerknął na mnie z nadzieją, na co oburzona odwróciłam głowę.
   -Nie.
   -Nie zgadzam się. - Bobek w końcu zabrał głos. -Od początku oboje z Anią powtarzamy wam, że jeśli nie przyjdziecie razem, nie pojawiajcie się w ogóle.
   -Oczywiście, szefie. - Reus zasalutował żartobliwie. -Taki mamy plan.
   -A nam to pasuje. - oświadczył przy poparciu Stachurskiej, po czym złożył na jej ustach krótki, ale namiętny pocałunek.
   Mijały kolejne minuty. Chłopcy sporadycznie byli proszeni o autograf i zapozowanie do zdjęcia, co wykonywali z postępującym znudzeniem. Uzgodniłyśmy z Anką, że za kilka godzin poszukamy zdjęć, na których ich oznaczono i wybierzemy najgorszą twarz dnia. Nabijanie się z nich szybko potraktowałyśmy jako rozrywkę w oczekiwaniu. Ubawione obserwowałyśmy właśnie jedną z 'sesji zdjęciowych', kiedy moje powieki przysłoniły czyjeś dłonie. Męskie.
   -Sądziłaś, że zwiejesz bez pożegnania? - zaświergotał napastnik, rozświetlając mi jednocześnie umysł. Przywrócił mi wzrok i ujrzałam uśmiechniętego od ucha do ucha Marcela w towarzystwie Kai i Robina. Cóż za fantastyczna trójca.
   -Chłopaki, poznajcie Annę, narzeczoną mojego brata. - przedstawiłam Niemcom przyszłą szwagierkę, bowiem dziewczynę kojarzyła jeszcze z Poznania. -Ania, to przyjaciele Marco spoza boiska. 
   -Tylko wyglądają na normalnych. - dodała Kaja, na co wyższy zgromił ją od stóp do głowy. -W rzeczywistości to szaleńcy. Poważnie.
   -Nie słuchaj jej, źle dziś spała. - bronił się Kaul, udawanie obrażony na towarzyszkę, po czym zwrócił się w jej kierunku. -Robisz mi antyreklamę!
   Usłyszałam zniecierpliwione westchnienie Fornella, gdy jego współpracownicy rozpoczęli wojnę słowną, wymieniając się przy tym morderczymi spojrzeniami. Wykrzywił usta, po czym obdarzył mnie oraz Stachurską nienaturalnym uśmiechem. 
   -Nie zabierzemy wam dużo czasu. - zaczął. -Musimy zaraz wracać do klubu, organizujemy w weekend grubą imprezę. Szkoda, że nie wpadniesz.
   -Nadrobię to, jak skończę nagrania. Obiecuję.
   -Za to ja pojawię się z przyjemnością. - zapewniła Anka, unosząc brwi. -Podasz mi adres? Nigdy u was nie byłam.
   -Super! - szczęśliwy Niemiec klasnął w dłonie. -To żaden problem. Zabierz Roberta i Reusa, oni znają drogę na pamięć.
   -W porządku. - dziewczyna schowała do torebki otrzymaną od tancerza ulotkę dotyczącą wydarzenia. 
   -Robin! W sobotę gościmy w Cocaine nowe osobistości vipowskie. 
   -Nie przesadzaj, Marco to stały bywalec. - żachnął się Kaul. -Nie zmienia nawet drinków, które pije. 
   -Bałwanie, mówię o tej oto polskiej piękności, która właśnie przed tobą stoi.
   Chłopak zmierzył ją wzrokiem i uśmiechnął się szeroko. Anna Stachurska przyciągała uwagę każdego mężczyzny, bowiem nie sposób nie docenić jej wyjątkowej urody i wysportowanego ciała. Ten wiedział jednak, że jego szanse sięgają mocno poniżej zera, bo brunetka niedługo zostanie żoną. Mojego brata.
   Kątem oka wyłapałam, iż żartobliwą fascynację Robina z kwaśną miną obserwuje Kaja, co po raz kolejny dało mi do myślenia. Wprawdzie Marcel wspólnie z moim chłopakiem dzielnie wpierali mi, że dwójka naszych znajomych to jedynie partnerzy biznesowi, lecz niektóre ich zachowania zaprzeczały wszystkim faktom. W dodatku spędzali ze sobą coraz więcej czasu, nie tylko za barem, ale i prywatnie, niekoniecznie podczas lekcji języka niemieckiego. Biernacka i Kaul milczeli, natomiast Fornell i Reus zapewne liczyli na to, że niczego nie widzę. Idioci. Postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce. Nie przewidziałam jedynie, iż moja niegdyś przyjaciółka jednym pytaniem ostudzi wzbierający na sile zapał.
   -Ania, co powiesz na kawę? - rzuciła do zaskoczonej karateczki, łapiąc ją pod ramię. -Mam ochotę na pyszną latte. A ty?
   -Emm... - cholera, czy oni przypadkiem nie muszą 'zaraz wracać do klubu'? -No dobrze. Ale tylko pięć minut.
   -Jasne. Poczekacie, prawda? - zaświergotała do chłopaków, szczerząc się od ucha do ucha. Zapomniała, że ja też chętnie przyjęłabym przedwylotową dawkę kofeiny? Pewnie chciała omówić z Anią szczegóły wesela... Czasami sarkazm potrafił zaskoczyć mnie samą.
   Podniosłam wzrok, by zmierzyć się z reprezentacyjnym licem najwyższego osobnika, jakiego znałam i spojrzałam prosto w jego zielone tęczówki. Zmarszczył brwi.
   -Mam coś na policzku? - spytał, dla pewności pocierając oba aż po samą żuchwę. Przygryzłam wargę.
   -Nie. Ja mam pytanie. O co w tym wszystkim chodzi?
   -Nie rozumiem. - wzruszył ramionami.
   -Robin, przecież widzę. Coś mnie omija?
   -Na razie nie, ale w sobotę stracisz niezłe party. - wypalił, na co przewróciłam oczami. Irytujący dupek!
   -Dla jasności - rozmawiamy o Kai.
   Wyprostował się, powoli wsuwając dłonie do kieszeni. Patrzył teraz na mnie niepewnie, szczerząc się pod nosem. Z ich głupich podchodów rozumiałam i składałam coraz mniejszą liczbę dowodów, lecz nie zamierzałam się poddać. Zarówno Polka, jak i niemiecki olbrzym są mi bardzo bliscy.
   -O Kai? Ze mną?
   -Najchętniej przywaliłabym ci w tym momencie w twarz. - wycedziłam zbijając go z tropu. Z jednej strony czepiałam się nie wiadomo czego, z drugiej jednak miał doskonałe pojęcie, dlaczego chcę prawić mu kazania. Spędzał zdecydowanie za dużo czasu z Reusem, bo on reaguje tak samo, gdy próbuje się wykręcać. Przysięgam, nadejdzie kiedyś taki dzień, gdy zabiję ich wszystkich, bez skrupułów.
   -Lena, skarbie, daj już spokój. - Fornell uruchomił swój zwykle niezawodny tryb odwracania mojej uwagi od obecnie drążonego tematu. -O co tak naprawdę suszysz mu głowę? Wpadliśmy tutaj, żeby pogadać o Woody'm, a ty napastujesz go, jakby właśnie próbował cię zgwałcić. Nie interesują cię uczucia twojego ukochanego chłopaka?
   Cholera jasna. Tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że kiedyś zginą. Oboje. Reus też. Do diabła z nimi!
   -Okej. - miał rację, prawda była taka, że obecnie nic nie obchodziło mnie bardziej, niż blondyn z markerem w dłoni, przysypiający nad kolejną kartką do autografów sto metrów dalej. Już od kilkunastu miesięcy jest najważniejszym składnikiem powietrza, którym codziennie oddycham. I nie myślałam jeszcze o tym, skąd będę je czerpać w Barcelonie. -Czego chcesz?
   -Zupełnie poważnie? - skinęłam głową. -Martwię się o niego. O was. Jesteś pewna, że dacie sobie radę?
   -Rozmawialiśmy o tym niejednokrotnie i oboje jesteśmy przygotowani. Przecież Marco niedługo przyleci z Borussią do Hiszpanii. 
   -Dobrze wiesz, że to nie wystarczy. Potrzebujesz go, on ciebie jeszcze bardziej. Obawiam się, że nie jesteśmy w stanie zastąpić mu ciebie... Raczej na pewno nie jesteśmy.
   -Kurwa, usiłujesz mi pomóc czy zmusić do łamiącej regulamin rezygnacji? - spytałam bezradnie. Im mniej czasu pozostawało do odlotu, tym bardziej całym sercem pragnęłam zostać w Dortmundzie, przy Reusie i Bobku. 
   -Oczekuję tylko jasnej odpowiedzi na jedno pytanie: co zrobisz, jeśli któreś z was nie wytrzyma? W przeciwieństwie do ciebie założyłem taką opcję.
   Skrzyżował ręce na piersi, delektując się moim upadkiem. Starałam się pojąć, dlaczego mnie pogrążał. W ostatnim tygodniu niemal codziennie dyskutowałam z Marco o moim kontrakcie, co pozwoliło mi wierzyć, że przetrwamy ze spokojem. Sam tak powiedział. A teraz, na godzinę przed zajęciem miejsca w samolocie, Marcel Fornell zatrzymuje mnie w terminalu i pyta, co zrobię, jeśli mój plan nie wypali?
   Spojrzałam w kierunku piłkarzy, którzy męczyli się już z ostatnią grupą sympatyków i poczułam, że robi mi się słabo i gorąco jednocześnie. Po raz kolejny doświadczałam wyrzutów sumienia. Miesiąc temu obiecałam mu, że nigdzie nie wyjadę. Stracił Mario i na półtora miesiąca straci także mnie. Czy to normalne? Znów budzą się we mnie skłonności masochistyczne? Lena, jesteś tak młodziutka i tak głupia...
   -Marcel, proszę. - szepnęłam, krztusząc się własnymi łzami. Z pewnością nie wiedział, co mnie ugryzło i zaraz pomyśli, że jestem w ciąży, bo był do tego zdolny. -Najlepiej już nic więcej nie mów. Zdaję sobie sprawę, że być może nie postępuję wzorowo, ale Marco mnie wspiera i uważa, że powinnam wykorzystać tą szansę. Właśnie tak zrobiłby na moim miejscu, on spełnia swoje marzenia, ja swoje. Nikt nie powiedział, że życie nie będzie rzucało nam kłód pod nogi, ale musimy się nauczyć je usuwać. To jedyne wyjście, by nam się układało.
   -Okej, nie płacz, przepraszam. - wyciągnął rękę, po czym przytulił mnie do siebie. -Może nie powinienem się wtrącać, ale po prostu widzę, że czasami nie potraficie się od siebie odkleić. Dlatego mam wątpliwości.
   -Ja też, nie myśl sobie, że siedzi we mnie hurraoptymizm. - westchnęłam, gdy podał mi chusteczki. -Ale ufam mu i wiem, że wszystko będzie dobrze. Za chwilę ruszą przygotowania do sezonu i nie będzie miał nawet czasu na przeżywanie tego, że wyjechałam. A gdyby przypadkiem go znalazł, wtedy jesteście wy. - odsunęłam się od bruneta, by spojrzeć na Robina. 
   -Maszyna pocieszająca zawsze do usług. - potwierdził ze śmiechem, po czym podszedł, by móc się ze mną pożegnać, zauważył bowiem wracające z kawowej przerwy Annę oraz Kaję. -Dzwoń czasem, żebyśmy utrzymywali jakokolwiek kontakt, dobrze?
   -Po co ci 'jakikolwiek kontakt' z moją dziewczyną? - usłyszałam ironię za plecami, zatem byliśmy już w komplecie. W tym samym momencie potężne ramiona Reusa oplotły moją klatkę piersiową.
   -Jezu, przestań. Już mi przeszło. - mruknął chłopak, przewracając oczami. Blondyn prychnął lekceważąco.
   -Na szczęście, bo miałbyś ze mną poważne problemy, stary.
   Na te słowa Lewy oderwał się od narzeczonej i spiorunował klubowego kolegę wzrokiem bazyliszka. Jeszcze parę minut później zanosiliśmy się śmiechem, słuchając mowy obrończej Marco, którego Robert żartobliwie oskarżył o uczynienie mnie zależną od niego niewolnicą. Czułam się przy nim najswobodniej na świecie, lecz przy okazji zyskałam pewność, że jedyny braciszek dbał o moje bezpieczeństwo. Inna sprawa, że nie musiał. Woody to najlepsza jednoosobowa firma ochronna, pod skrzydła jakiej przyszło mi trafić. I nigdy nie będę tego żałowała.



~~~


<narracja trzecioosobowa>
   Od kilku minut świadkowała czułemu pożegnaniu Leny i Marco, który wyraźnie nie chciał wypuścić jej z objęć. Co chwilę szeptał jej do ucha, wywołując na twarzy ukochanej szeroki uśmiech, na co z troską spoglądała z beznamiętne oczy piłkarza, niemo pytając go, co dalej. Widziała, jak bardzo się kochają i właśnie to potwornie ją przerażało. Ta mała lala dość szybko wykorzystała jej błąd, bezczelnie owijając sobie Reusa wokół palca. Dostawała od niego wszystko, czego tylko zapragnęła, na wszystko jej pozwalał, był na każde jej zawołanie. W jej mniemaniu, po prostu oślepł lub oszalał.
   Gdy w końcu Lewandowski i Stachurska opuścili terminal, przytulił ja mocno do piersi i trwali w ciągnącym się w nieskończoność bezruchu. Zauważyła, że dwie nastolatki wahają się, czy wypada teraz poprosić go o zdjęcie i zorientowała się, iż właśnie postępuje jak jedna z jego napalonych fanek - z ukrycia podpatruje, jak okazuje uczucia swojej dziewczynie. Dlaczego? Bo to ona powinna znaleźć się na miejscu tej rozpuszczonej panienki. To ona jako pierwsza chowała się w ramionach Marco, kibicowała mu na trybunach i dzieliła z nim łóżko. Dziś nie umie zrozumieć, dlaczego z tego zrezygnowała, ale już dawno postanowiła, że będzie o niego walczyć po raz kolejny, że spróbuje. Miała niemal stuprocentową pewność, że jego miłość do niej jeszcze się nie wypaliła. Nie mogła.
   Zamierzała zaskoczyć go, gdy wsiadał do auta, lecz kiedy odmówił złożenia podpisu na klubowej koszulce z własnym nazwiskiem, dotarło do niej, że jego dobry nastrój ulotnił się wraz z wyjazdem Leny. To nic, poczeka. Domyślała się, że Marco od dnia dzisiejszego będzie potrzebował ciągłego zajęcia, by nie roztrząsać nieobecności pseudosłodkiej emigrantki. I założyła sobie, iż stanie na głowie, by efektownie mu w tym pomóc.



***


Nowy rozdział na dobry początek tygodnia :)
Następny najszybciej za tydzień.
Miłej lektury ❤