czwartek, 12 maja 2016

39. Alles kommt mit der Zeit

   Otworzyłam oczy, lecz automatycznie nabrałam ochoty, by je zamknąć. Dzisiejszej nocy Isabell była okropnie uciążliwa i nerwowa, a jej nieustający płacz dawał mi się we znaki. Obecnie zbierałam owocne żniwa - znów musiałam do niej wstać, tym razem szalenie niewyspana i półprzytomna ze zmęczenia. Na szczęście instynkt macierzyński czuwał i ciągle podpowiadał mi, że nie mogę jej zostawić. Po prostu nie mogę.
   Nie miałam pojęcia, co się z nią dzieje. Nie gorączkowała, przewijałam ją regularnie, a i tak nadal coś nie pasowało. Jak nie płakała, to łkała, w najlepszym przypadku cicho kwiliła, ale za nic w świecie nie chciała zasnąć. Nie traciłam cierpliwości, a jedynie kolejne pomysły, jak jej pomóc, bo każdy następny wydawał się coraz mniej skuteczny. Odnosiłam wrażenie, być może błędne, że cierpi przez moją niemoc i gdy tylko o tym myślałam, łzy same napływały mi do oczu. Żałowałam, że nie posiadam większego doświadczenia, bezradność mnie przytłaczała, ulgi nie przynosiły nawet te chwile, w których Isabell się wyciszała, gdyż wiedziałam, że sytuacja będzie się powtarzać. Nie byłam pewna, jak długo jeszcze to zniosę, ale musiałam. Inne wyjście nie istniało.
   Kiedy spędzałam kolejne minuty nad jej łóżeczkiem, walcząc ze sklejającymi się powiekami, do sypialni, Bóg jeden wie, skąd, wszedł Marco. Rzucił tylko dwa spojrzenia: na nią i na mnie. Sympatyczny, pełen ciepła uśmiech zniknął z jego twarzy, zastąpiony wszechogarniającą troską. Znowu chciał zbawić świat i poprawić sytuację, ale tak się zwyczajnie nie da. Zgodnie z tym, co powiedziała Yvonne, ten trudny okres można i trzeba jedynie przeżyć. Jedynie.
   -Kochanie, wszystko w porządku? - spytał zaniepokojony, ostrożnie kładąc dłonie na moich ramionach. -Dobrze się czujesz?
   -Tak, tylko... Nie mogę spać i...
   -Czyli nie. - podsumował siadając obok. Przyglądał mi się z uwagą, ale nie odwróciłam głowy. -O co chodzi?
   -Też chciałabym wiedzieć, Marco. - jęknęłam podpierając czoło rękoma. -Tak było przez całą noc... Sprawdziłam już wszystko, zaczyna brakować mi pomysłów... I siły.
   -Okej, więc ja spróbuję. - rzucił pewnie i nim zdążyłam w jakikolwiek sposób zareagować, pochylił się, po czym wziął Małą na ręce, wyciągając ją z łóżeczka. Ocknęła się, wytrącona z prowizorycznego snu i skierowała na niego całą swoją uwagę. Znów się uśmiechnął i mogłabym wręcz przysiąc, że ona zrobiła to samo. Wierciła się popiskując cicho, a Reus po prostu czekał. Wyglądało to tak, jakby testowała jego cierpliwość i opanowanie, bo poprzez kopanie nóżką w jego przedramię i delikatne szarpanie za koszulkę usiłowała chyba wyprowadzić go z równowagi. Jakby szukała dowodów na to, iż naprawdę ma przed sobą Marco Reusa, jej ojca i prawnego opiekuna. Zrezygnowana i jednocześnie usatysfakcjonowana, zastygła na moment w bezruchu, a później wtuliła się w jego klatkę piersiową. Taktyka doskonale mi znana od samego początku...
   Pięć minut. I nie ma tematu o problemach z zasypianiem.
   -Powinnam się zorientować. - mruknęłam, gdy wyraźnie zadowolony z siebie Reus okrywał ją kołderką. -Tatuś wrócił z meczu. Musisz mnie tego nauczyć.
   -To trudne, bo nie jesteś mną. - roześmialiśmy się oboje, jednak on zachował czujność i kucnął przede mną, nie pozwalając mi uniknąć jego spojrzenia. Splótł nasze palce, wciąż mnie obserwując. -Na pewno nic ci nie jest? Nie obraź się, ale nie pamiętam, kiedy ostatnio...
   -Wiem, dzięki. - wtrąciłam sarkastycznie, uśmiechając się lekko pod nosem. -Wykończyła mnie... Bałam się, myślałam, że może coś ją boli...
   -Mogłaś dzwonić. - powiedział łagodnie. -Jeśli nie do mnie, to do Yvonne albo do mojej mamy. One ci pomogą, Lena. Nie wstydź się tego, że nie wszystko jeszcze ogarniasz, ja też nie jestem cudotwórcą i lekarzem. To wszystko przyjdzie z czasem... Nie myśl, że Isabell tęskni tylko za mną. Gdyby z tobą nie miała kontaktu przez prawie trzy doby, prawdopodobnie marudziłaby tak samo. A prawda jest taka, że ciebie potrzebuje teraz bardziej, niż mnie.
   -Ja to rozumiem, po prostu...
   -Za bardzo się o nią troszczysz. - znów wszedł mi w słowo, więc cmoknęłam z dezaprobatą, ale kompletnie to zbył. -Nie bądź nadopiekuńcza, ona sobie poradzi. Możesz mówić, że odbieram to z męskiego punktu widzenia, ale sama przyznałaś, że dzisiejsza noc cię wyczerpała. Ja wiem, że chciałaś dobrze, wierzę w to, ale nie było mnie w domu i nie mogłaś nic na to poradzić. Co chciałaś zrobić? Ona jest trochę jak ty, kiedy się o mnie martwisz: z tą różnicą, że ty drżysz o moje zdrowie i o to, czy wrócę w jednym kawałku, a ją obchodzi tylko to, że mnie nie ma. I tylko dlatego nie daje ci żyć.
   -Może masz trochę racji...
   -Mam też 3-letniego siostrzeńca, który stosował podobną taktykę. Co w rodzinie, to nie zginie. - podsumował, stając na równe nogi, po czym wyciągnął do mnie rękę. -Więc teraz przestajesz się przejmować i... Przygotuję ci kąpiel, okej? Odprężysz się. Albo lepiej nie, bo zaśniesz i się utopisz... Popołudniu. A teraz idź się połóż, a ja zostanę z Małą, może być?
   -Może. - pokręciłam z niedowierzaniem głową, na co przyciągnął mnie do siebie i pocałował w czoło.
   -Kocham cię. I dziękuję, że jesteście. Obie.


~~~


   Miał rację, chociaż to nie powinno już uchodzić za jakiekolwiek zaskoczenie. Półtorej godziny w wannie, tylko dla siebie, naprawdę dobrze na mnie wpłynęło. Niczego ode mnie nie chciał, nie przeszkadzał mi, choć gdzieś w podświadomości krążyła ta myśl, że pewnie chętnie by to zrobił... Ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, że nie jestem jeszcze na to gotowa. Od porodu minęło zbyt mało czasu i nawet nie przeszło mi przez głowę, by wracać do tego tematu.
   Po wyjściu z łazienki bez żadnego pośpiechu powędrowałam do sypialni, przebrałam się w coś ekstremalnie wygodnego i zdecydowałam, że sprawdzę, na jakim etapie dnia zatrzymał się Reus. Isabell spała, lekko zaciskając piąstkę, zatem błyskawicznie dotarło do mnie, iż blondas maczał w tym palce. Faktycznie, stawała się do niego podobna i te charakterystyczne cechy wspólne z biegiem dni uwydatniały się coraz bardziej. Wprawdzie nie wiedzieliśmy jeszcze, jaka będzie, kim zechce zostać i jaką drogą pójść, lecz niekiedy łapałam się na tym, że intensywnie się nad tym zastanawiam. I nie mówiłam o tym Marco, bo szczerze wątpiłam, że się ze mną zgodzi.
   Zastałam go w salonie na kanapie, w pozycji półleżącej oglądającego mecz. A raczej powtórkę spotkania z Bayernem sprzed kilku kolejek. Zaabsorbowany wydarzeniami na boisku, nie zauważył mojej obecności, czym zbytnio się nie przejęłam, gdyż chwilę później prześliznęłam się pod jego ręką, zajmując miejsce tuż obok. Przyciągnął mnie do siebie, obejmując ramieniem, więc ułożyłam głowę na jego torsie, a jedną stopę wsunęłam między kolana.
   -Długo będę pamiętał ten dzień. - oświadczył znienacka, wplatając dłoń w moje włosy, gdy na ekranie cała drużyna robiła "kołyskę". -To nie zdarza się co sezon. Może nawet już nigdy się nie powtórzy.
   -Będzie o to ciężko. - potwierdziłam z uśmiechem. -Ale nigdy nie mów nigdy. Być może zmienią się barwy, koledzy z klubu i przeciwnik, ale uczucia pozostaną te same.
   -I zmieni się prawdopodobnie stawka zakładu. - dodał, na co uniosłam wzrok, zerkając na niego ze zdziwieniem. Westchnął z głupkowatym uśmieszkiem na ustach. -Założyliśmy się z Lewym, który z nas strzeli tą bramkę... Przegrałem. W innym wypadku nie wziąłbym sobie na plecy takiego ciężaru.
   -Nie zrobił tego specjalnie?
   -Jasne, że tak, wydało się w szatni. - przyznał rozbawiony. -Cóż, może kiedyś nadarzy się okazja do rewanżu.
   Nie skomentowałam tego, bo oboje doskonale wiedzieliśmy, że mój brat i jego małżonka nie planują na razie potomstwa, skupiając się na swoich karierach. Ich decyzja, ale też ich strata... Z drugiej strony, oczami wyobraźni widziałam już proszącego mnie o radę Bobka... I naprawdę nie mogłam się doczekać, aż to ja zostanę ciocią. Można by powiedzieć, że nasza rodzina będzie wtedy kompletna.
   -Napisała do mnie Kaja. - rzuciłam dla zmiany tematu. Woody automatycznie zmarszczył czoło.
   -Po co?
   -Chciałaby wpaść do nas z Robinem, żeby zobaczyć Małą. Obiecałeś, że...
   -Pamiętam. - burknął strzelając kolejnego, niezobowiązującego focha. Z trudem utrzymywałam powagę, by go nie urazić. -Kiedy?
   -Noo... Zależy, kiedy ty znajdziesz czas. - mruknęłam nieśmiało i natychmiast spotkałam się z jego paraliżującym wzrokiem. Wiedziałam, o co chodzi, ale postanowiłam dalej grać. -No co? Oni chcą przyjechać do nas, nie tylko do mnie czy Isabell. To chyba logiczne, nie?
   -Jakoś nie mam ochoty przy tym być. - sarknął podnosząc się do pozycji siedzącej. Nie mając wyjścia, poszłam w jego ślady. -I szczerze mówiąc, myślałem, że mi tego oszczędzisz.
   -Szczerze mówiąc, uznałam, że jako głowa rodziny nie będziesz mógł się doczekać tego spotkania. - rzuciłam, zadziornie poruszając brwiami. Niemal od razu połknął haczyk, przywdziewając na twarz coś w rodzaju dumnego uśmieszku. -Kiedy byłam w ciąży, odtrąciłeś mnie od Kai, żeby mnie nie dotknęła, tylko dlatego, że związała się z Robinem, a teraz mógłbyś już zostawić z nimi naszą córkę? Dobrze, w takim razie zadzwonię i przekażę im, że nie musimy dopasowywać się do ciebie i mogą wpaść, kiedy zechcą.
   Unikając wyraźnie zaskoczonego spojrzenia mojego narzeczonego, wyplątałam się z jego objęć i zamierzałam wstać, by iść po telefon. Nie było mi to jednak dane, gdyż Reus błyskawicznie przeanalizował naszą wymianę zdań i nie pozwolił mi na to. Pociągnął mnie za rękę, więc wylądowałam na jego kolanach, a on sam poprawił się na kanapie i zakleszczył dłoń na moim biodrze, gdybym przypadkiem chciała uciec. Wpatrywaliśmy się w siebie, dopóki nie skapitulował. Przesunął ustami po moim policzku, składając na nim delikatne pocałunki.
   -Przepraszam. - wymamrotał skruszony, zdając sobie sprawę ze swojej porażki. -Tym razem ty masz rację. W zasadzie już od jakiegoś czasu zastanawiam się nad tym, że musiałbym z nim pogadać... Przyjaźnimy się przecież tyle lat... Mam kontakt z Marcelem i nie zanosi się na to, żeby mieli ze sobą zerwać.
   -Jesteś prawdziwym wsparciem. - stwierdziłam zgryźliwie, dźgając go w żebra. Jęknął przeciągle, zanosząc się słabym śmiechem. -On ją kocha, ona jego też. I jak widzisz, zupełnie nie przeszkadza im fakt, że tobie się to nie podoba. Kiedy Fornell mnie nie lubił...
   -Wiem, wiem, powtarzasz to bez przerwy. - wtrącił, kreśląc wymyślne wzory na wysokości mojego uda. -Nie wyobrażam sobie, że mógłbym cię kiedykolwiek stracić. I być może oni czują to samo... Zadzwonię i porozmawiam z nim. Ale później, okej?
   -Dlaczego później?
   -Bo teraz jestem z tobą i dla niego nie mam czasu. - odparował ku mojemu zdziwieniu. Patrzyłam na niego, kiedy opuszkami palców odgarniał opadające na twarz kosmyki moich włosów, a potem nagle mnie pocałował. I to nie był jeden z tych normalnych, codziennych pocałunków, potrafiłam je już odróżniać. To był ten, który zawsze coś oznaczał, zawsze do czegoś prowadził. Przestraszyłam się, bo nie miałam pojęcia, czy robi to w konkretnym celu czy dlatego, że po prostu chce. Prześwietlanie jego myśli sprawiało mi w tym momencie problemy, być może celowo mi ich nie udostępniał. Jego dłonie błądziły już pod moją koszulką, ciasno oplatając talię. I to była chyba ta chwila, gdzie musiałam powiedzieć "dość". W każdej następnej mogłoby być za późno.
   -Marco...
   -Spokojnie, rozumiem. - szepnął wprost w moje usta, nadal pozostając niebezpiecznie blisko. Zapewne słyszał mój spłycony, przyspieszony oddech. -Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy. Poczekam. Chcę tylko, żebyś wiedziała, że nadal potrzebuję cię tak samo, jak kiedyś.
   Patrzyliśmy na siebie, szukając w tym wszystkim drugiego dna. On nie znalazł, ja owszem. Dał mi wyraźny sygnał, że powinnam się pospieszyć i choć nie wypowiedział tego głośno, przekaz był dość jasny. Z drugiej jednak strony, upewniłam się, że nic mi nie grozi, bo Woody nie posunie się do niczego, czego sobie nie życzę. Już od jakiegoś czasu miał do mnie mnóstwo cierpliwości, przez co coraz częściej zastanawiałam się, skąd ją czerpie. Jego wargi wciąż znajdowały się w niewielkiej odległości od moich, więc wykorzystałam to i ponownie delikatnie je musnęłam. Wyczułam, że znów się uśmiecha. I w sumie to by było na tyle, bo gdy na nowo zatracaliśmy się w sobie, z sypialni dobiegł nas cichy, dziecięcy płacz. Oderwałam się od Reusa, na kilka sekund opierając czoło o jego ramię.
   -Moja kolej, prawda? - spytałam, zamykając oczy. Skinął twierdząco głową, wspierając podbródek na moich włosach.
   -Twoja. I powiedz jej przy okazji, że w życiu są takie momenty, w których rodzicom po prostu się nie przeszkadza.
   Gdy się podniosłam, na jego twarzy tkwił żartobliwy banan, a kiedy uderzyłam go w klatkę piersiową, zwyczajnie się roześmiał. Miał trochę racji. Ale Isabell miała też jeszcze trochę czasu, żeby to wszystko ogarnąć.


~~~


   Ćwiczyłam właśnie podzielność uwagi. Jednym okiem zerkałam na leżącą na kocyku Isabell, która tylko jakimś cudem nie spała, pewnie oczekując powrotu Marco z treningu, a drugim już od dobrych trzydziestu minut łypałam na wypełniającą się moim pismem kartkę papieru. Musiałam coś wypróbować, coś, czego niedługo będę potrzebowała, a czego jeszcze się nie nauczyłam i na razie średnio mi to wychodziło. To niby tylko cztery literki, ale strasznie kłopotliwe w pisaniu, a jak jeszcze łączy się je z jedenastoma kolejnymi... W zasadzie tych jedenastu nie będę używać tak często, jak tych czterech, ale w nielicznych przypadkach na pewno się przydadzą... Sama utrudniałam sobie życie, ale chyba po prostu taka już byłam.
   Mały brzdąc obok mnie usilnie próbował zmienić pozycję, kołysząc się na wszystkie możliwe strony świata, więc chcąc dać jej więcej bezpieczeństwa, wstałam od stołu i wzięłam ją na ręce. I właśnie w tym momencie do mieszkania wszedł Reus. Spanikowałam, gdyż wolałam, żeby nie odkrył moich artystycznych dzieł, które aktualnie pozostawały bez opieki, bo trzymałam dziecko na rękach. Mogłam jedynie łudzić się, że nie zwróci na nie uwagi i istniała na to duża szansa, bo po zajęciach w klubie pierwsze kroki zazwyczaj kieruje do lodówki. Niestety, nie tym razem. Zauważywszy, że jestem z Isabell, rzucił torbę treningową w korytarzu i automatycznie przeszedł do salonu. Banan na jego twarzy wskazywał, że ma dziś dobry humor. I oby tak zostało.
   -Hej. - podszedł do mnie, witając się zwyczajnym buziakiem w usta, po czym zerknął na już wpatrującą się w niego Isabell. -Ooo, nasza księżniczka nie śpi? Niemożliwe!
   Wyciągnął ręce, żeby ją ode mnie przejąć, więc podałam mu ją bez wahania i zyskałam trochę czasu, żeby uprzątnąć blat, jednak chyba zbyt mocno się spieszyłam, bo Woody dostrzegł, że zbieram zapisane kartki papieru i jak na złość musiał się nimi zainteresować. Zbliżył się i zerknął mi przez ramię, ale natychmiast przycisnęłam swego rodzaju notatki do klatki piersiowej.
   -Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy. - fuknęłam niby żartobliwie, ale chyba się nie nabrał. -Nie mam już prawa do prywatności?
   -Szykujesz już pozew rozwodowy? - spytał, zadziornie unosząc brew, na co przewróciłam jedynie oczami. -Skoro nie, to pokaż, co to. Obiecuję, że nie będę się śmiać, a przynajmniej spróbuję.
   Kiedy Isabell głośno pisnęła, przy okazji ziewając demonstracyjnie, zrozumiałam, że Reus totalnie przeciągnął ją na swoją stronę i zostałam w tym domu zdana już tylko na siebie i swoje umiejętności negocjacji. Teraz jednak postawili mnie pod ścianą i nie miałam już nic do powiedzenia. Westchnęłam teatralnie i z ciężkim sercem podałam mu zapiski, które trenowałam w zasadzie już od kilku dni, ale do tej pory udawało mi się je ukryć. Zlustrował je zaciekawiony i uśmiechnął się szeroko. Spodobało się. Swego rodzaju sukces osiągnięty.
   -Wygląda fajnie. - skomentował oddając mi kartki z powrotem. -Ale... Chcesz nosić dwa nazwiska? Myślałem, że wybierzesz tylko moje...
   -Długo o tym myślałam, naprawdę. I uznałam, że jedno po prostu mi nie pasuje... Chciałabym przyjąć twoje i jednocześnie zostać przy swoim. W gruncie rzeczy i tak zapewne nie będę go używać zbyt często... - przygryzłam wargę zauważywszy, że się zamyślił. Isabell powoli zasypiała, nie przejmując się zbytnio naszą wymianą zdań. -Gniewasz się?
   -Nie. - spojrzał na mnie z delikatnym uśmiechem. Odetchnęłam z ulgą. -Po prostu inaczej to sobie wyobrażałem, ale nie chcę kwestionować twoich wyborów. Jeśli sądzisz, że tak będzie dobrze, to okej.
   -Jednak się gniewasz. - stwierdziłam krzyżując ręce na piersi. -Poznaję to po twoim głosie, Marco. Nie miej mi tego za złe... Przecież nazwisko chyba nie jest najważniejsze, prawda?
   -Pewnie, że nie. Dlatego zadowolę się tym, że mimo wszystko będziesz miała moje. A skoro panieńskiego i tak nie zamierzasz używać, no to w czym problem? - wzruszył beztrosko ramionami. -Ale jednego ci nie zazdroszczę: tego okropnie długiego podpisu w papierach urzędowych. Powodzenia.
   Puścił do mnie oczko, po czym przeniósł uwagę na spokojnie oddychającą w jego ramionach dziewczynkę. Nie było mi dane zbyt długo cieszyć się jej obecnością wśród żywych, bo właśnie zasnęła. I niech ktoś próbuje mi wpierać, że między nią a Reusem nie istnieje żaden spisek - nie uwierzę. Bo jeszcze nigdy nie spotkałam się z taką synchronizacją organizmu ojca z dzieckiem.


***


Dawno nie było tak, że cień szansy stał się rzeczywistością i rozdział jednak się pojawił... Najwyraźniej wszystko jest możliwe :)

Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, że to już przedostatni rozdział... I ten moment musiał kiedyś nadejść. Nie wydarzy się już nic spektakularnego, jak widać powyżej, więc mogę już teraz przyznać, że nie starczyło mi czasu na wprowadzenie jednego powrotu i przyznam Wam, kto to miał być. Na krótką chwilę, pewnie kilka rozdziałów, chciałam przywrócić do opowiadania... Semira :) Wyczytałam kiedyś, że w rzeczywistości ma rodzinę w Niemczech i pomyślałam, że przypadkowe spotkanie z ciężarną Leną mogłoby być nawet ciekawe... Ale sporo miejsca zabrało zamieszanie związane z Reusem w Barcelonie, więc zdecydowałam się już nie wplatać tego wątku. Oczywiście będzie epilog i obiecany bonus, więc pojawią się jeszcze trzy, może cztery posty :)

Tymczasem w Borussii kolejny szok i niedowierzanie... I nie byłabym sobą, gdybym tego nie skomentowała. Hummels. Tak, w zasadzie nie będę sobą, bo nie mam słów, żeby się do tego odnieść. Człowiek, który krytykuje decyzję Götzego, który jest kapitanem, po 8 latach gry w Dortmundzie nagle stwierdza, że chce do domu... Mam tylko nadzieję, że do trzech razy sztuka. No i przestałam już wierzyć w piłkarskie przywiązanie do klubu, nie wierzę nawet w zapewnienia Reusa, który uparcie zarzeka się, że on w Borussii to może nawet skończyć karierę, że kasa nie gra dla niego roli, bla bla... Jeśli faktycznie tak będzie - zwrócę honor. Obecnie nie wierzę w słabe próby złagodzenia sytuacji przed nadchodzącym transferem.

To tyle. Końcówkę maja mam nieco napiętą, ale mam nadzieję, że uda mi się coś napisać i opublikować :)
Komentujcie! ❤

poniedziałek, 2 maja 2016

38. Die Kraft der Liebe

   -Lena, nie zapomnij założyć jej czapeczki. Na dworze wcale nie jest tak ciepło, jak myślisz, bo zerwał się silny wiatr.
   -I dobrze zapnij kurteczkę, do samego końca! Przecież nie chcecie już na samym początku przysporzyć sobie problemów.
   -Reus dał mi wczoraj klucze do mieszkania, więc czekamy na was. Błagam, pospieszcie się, jestem głodny!
   -Gdybyś potrzebowała...
   -Wszystko zrozumiałam, dotarło! - wtrąciłam przerywając tą zanoszącą się na nieskończenie długą litanię od moich rodziców oraz Anny i Bobka. -Nie jestem pewna, ale chyba nie zginiemy i dojedziemy spokojnie do domu. Tak czy inaczej, dzięki za troskę.
   -Siostra, serio, przyjedźcie jak najszybciej! - jęknął z powagą Robert. -Anka nie dała mi obiadu, bo powiedziała, że zjemy dopiero u was... Cierpię już na niedobór magnezu, wapnia i tych wszystkich innych pierwiastków, ogólnie słabną mi kości i czuję, że zaraz zemdleję... Pomożesz?
   -Jasne, mam nawet dla ciebie propozycję: idź się lecz. - rzuciłam, po czym usłyszałam w słuchawce jego śmiech. Wraz z Isabell czekałyśmy właśnie na Reusa, który od kilkunastu minut załatwiał nam wypis ze szpitala, abyśmy mogły w końcu wrócić do siebie i zacząć normalnie funkcjonować. Nie ukrywałam, iż pobyt tutaj trochę już mnie męczył, a w domowym zaciszu będę miała szansę odpocząć. Jeśli oczywiście córeczka mi na to pozwoli. -W sobotę musisz być w formie, żeby strzelać Bayernowi bramki.
   -Reus strzeli. - stwierdził, a ja wyobraziłam sobie, jak swobodnie wzrusza przy tym ramionami. -Jestem o tym więcej niż przekonany, więc mogę nawet okazać się zbędny.
   -Nie wykręcaj się. Wszyscy na ciebie liczą i Ania bardzo dobrze wie, co robi, odstawiając ci jedzenie. Jeszcze jej za to podziękujesz.
   -Na pewno. - burknął oburzony, że nie stanęłam po jego stronie. -Własna siostra też przeciwko mnie... Nie raz zapytasz, czy zostanę z Isabell, wtedy zobaczymy, kto będzie kozak!
   -Dobrze, braciszku, zobaczymy. - powiedziałam łapiąc oddech, by powstrzymać śmiech. -Założę się, że i tak nie odmówisz.
   -A zamierzasz uczyć ją polskiego? Przecież nie będziemy z nią rozmawiać tylko po niemiecku... Zmuś Woody'ego, żeby nauczył się naszego języka!
   -Pogadamy o tym później, okej? Muszę już kończyć. - dodałam dostrzegłszy nadchodzącego z plikiem dokumentów pomocnika. Gdy wszedł do sali, automatycznie zmarszczył czoło, domyślając się, że rozmawiam z Lewym. -Wytrzymaj jeszcze jakieś pół godziny, a później się najesz, obiecuję.
   -Okej! To czekamy! Pa.
   Gdy zakończyłam połączenie, mój narzeczony wciąż wpatrywał się we mnie zaciekawiony. Nie wiedział oczywiście, o co się rozchodzi, lecz nie zamierzał odpuścić i poznać szczegóły naszej rozmowy. Przewróciłam wyłącznie oczami, kątem oka zerkając na grzecznie śpiącą w nosidełku Isabell.
   -Robert umiera. - westchnęłam teatralnie, napotykając jego niespokojny wzrok, przez co z trudem powstrzymałam śmiech. -Z głodu. Ania go nie nakarmiła i biedak żyje tylko na śniadaniu, a jak znam nasze mamy, w kuchni na pewno już przepięknie pachnie... Nie zazdroszczę mu.
   -Ja też, ale go rozumiem. I wcale się nie dziwię, że już długo nie pociągnie. Jeden posiłek od samego rana... Horror.
   -Reus... - popatrzyłam na niego litościwie, na co uśmiechnął się szeroko. -Czy to znaczy, że ty też jesteś głodny? Błagam, powiedz, że...
   -Kochanie, mam za sobą parę godzin treningu. - wyjaśnił, podchodząc bliżej, po czym na moment położył przyniesione papiery na stoliku i usiadł obok mnie. -Klopp daje nam wycisk, bo za chwilę mecz w Monachium... I jednocześnie stara się zrozumieć, że właśnie zostałem ojcem, bo proponował mi nawet kilka dni wolnego. No, a co tam u mojej kruszynki?
   Pochylił się nad drzemającym niemowlęciem, a następnie poprawił jej czapeczkę i ucałował drobne czółko. Przyglądałam mu się z uwagą, lecz albo udawał, że tego nie dostrzega albo faktycznie jego córka zaabsorbowała go do tego stopnia, że nie zwrócił uwagi na to, co mówi. Na jego nieszczęście ja usłyszałam. I nie zabolało mnie to ani trochę, lecz następnym razem będzie musiał ostrożniej dobrać słowa. W zasadzie będzie musiał je dobierać już do końca życia.
   -Twojej? - zaakcentowałam ze sztucznym wzburzeniem, zakładając ręce na piersi. Podniósł głowę, łącząc tym samym nasze spojrzenia, po czym jak gdyby nigdy nic, wzruszył ramionami.
   -Czepiasz się szczegółów. - mruknął, znów całkowicie skupiając się na jego małym odzwierciedleniu. -To chyba nic takiego, prawda?
   -Nie no, pewnie, że nie. - zgarnęłam z szafki dokumenty i wstałam, by założyć kurtkę. Nie zrobiłam jednak nawet kroku, bo złapał mnie za rękę i błyskawicznie odwrócił w swoją stronę. W jego oczach dostrzegałam mieszankę rozbawienia oraz niepewności, lecz nie potrafiłam rozstrzygnąć, które dominowało. Jedno było pewne: zaraz znów udowodni mi, że moja głupota nie zna granic.
   -Lena, ona nic nigdy między nami nie zmieni. - oświadczył z powagą, splatając nasze palce. -Może jedynie to, że już zawsze będzie mi o tobie przypominała. Ona daje mi wyraźny dowód, że powinienem kochać cię jeszcze bardziej i tak jest - nawet, kiedy nie widzisz. Jeżeli potrzebujesz ode mnie czegoś więcej, powiedz mi o tym.
   -Marco, ja...
   -Nie chcę być jak Semir. Nie chcę powielać jego błędów, do niczego cię nie zmuszam, nie naciskam, próbuję cię nie ograniczać. Mów, czego ode mnie oczekujesz, żeby nie utrudniać mi zadania.
   -Możemy już wracać do domu? - rzuciłam sucho, odsuwając się od niego, by następnie iść w końcu po płaszczyk. Obserwował mnie zastanawiając się, gdzie popełnił błąd. Doceniałam każde jego słowo, aczkolwiek wspominanie Bośniaka nie należało do najcudowniejszych pomysłów tego dnia. Co zamierzał mi przez to udowodnić? -Bardzo cię o to proszę. Mam już dość, zjedzmy ten obiad, a później położę się na jakiś krótki czas, dobrze?
   Nie skomentował tego. Pokiwał jedynie głową, po czym wziął nosidełko z Isabell i przepuścił mnie w drzwiach sali. Jego milczenie skłoniło mnie do rozmyślania nad tym, czy nie potraktowałam go zbyt ostro, ale nie doszukałam się żadnych wad. Wyrzuciłam z siebie to, co leżało mi na sercu. I miałam nadzieję, że Marco odebrał to w odpowiedni sposób.


~~~


<Marco>
   Dotarcie do domu okazało się trudniejsze, niż to sobie wymyśliłem. Przed szpitalem zaskoczyli nas paparazzi - ktoś musiał mnie wsypać, zauważywszy na parkingu moje auto. Nie pytali o nic, po prostu robili zdjęcia i całe szczęście, bo widziałem doskonale tańczące w oczach Leny iskierki wściekłości. I podzielałem jej uczucia. Dziecko to strefa życia prywatnego, którą chcesz szczególnie chronić przed mediami, przynajmniej dopóki nie osiągnie pewnego wieku. W mojej profesji to trudne, lecz jak najbardziej wykonalne, dlatego szybko przemknęliśmy w kierunku samochodu, starając się nie zwracać na nich uwagi. Okładki gazet i tak mamy już zarezerwowane bez większego wysiłku.
   W mieszkaniu pojawił się kolejny problem - z moją narzeczoną. Nasza córeczka całkowicie skradła serca obu rodzin, które poświęcały jej mnóstwo czasu także podczas obiadu, z czego Lena niekoniecznie wydawała się być zadowolona. Z kilometra dało się zauważyć, że coś nie gra, a że ostatnio sporo czytałem o kobietach w końcowej fazie ciąży, a także o ich zachowaniach tuż po porodzie, snułem już swoje przypuszczenia. I uznałem, że to najwyższa pora, by zasięgnąć porady eksperta. Odszukałem wzrokiem Yvonne, która wraz z Anną siedziała na kanapie, mówiąc do Isabell, aby ponownie zasnęła. Zatrzymałem się na moment, nie wiedząc, czy wypada im przeszkodzić. Wyglądały naprawdę uroczo, ale... No właśnie, jeszcze nie raz z nią zostaną. A kobieta mojego życia cierpi i ja nie mam pojęcia, jak jej pomóc.
   -Yvonne, znalazłabyś chwilę? - zapytałem opierając dłonie o sofę. Obie spojrzały na mnie zaciekawione. -Musimy porozmawiać. To pilne.
   Anka nie odezwała się ani słowem, wyciągnęła za to ręce, dając nam do zrozumienia, że zaopiekuje się Isabell, nie pozostawiając jednocześnie wyboru mojej siostrze. Ułożyła dziewczynkę w ramionach karateczki, po czym wyszła za mną na balkon i przymknęła drzwi. Zajęła miejsce w fotelu ogrodowym, oczekując mojego ruchu.
   -Coś złego dzieje się z Leną. - zacząłem prosto z mostu, opierając się o barierkę. -Naskoczyła na mnie w szpitalu, a teraz praktycznie w ogóle się nie odzywa. Wiem, że jest wyczerpana, niewyspana, ale nigdy taka nie była.
   -Marco, widziałeś, jak wygląda poród. - powiedziała, stając w obronie Polki. -Byłeś przy tym. Ona nie zregeneruje się w pięć minut, powinieneś dać jej kilka dni, może tydzień. Następne miesiące będą dla was trudne dopóki Mała nie nauczy się przesypiać całej nocy. Musisz to przeżyć, nie ma drogi na skróty.
   -A nie pomyślałaś... To znaczy... Ja ją znam, może niedługo, ale znam, bo spędzamy razem większość wolnego czasu. I ja nie wierzę w przypadki, Yv. Może ona wpadła... Albo wpada w depresję. Po prostu. Tak się zdarza, prawda?
   -No... Tak. I to też jest jakieś rozwiązanie. - stwierdziła zamyślona. -Ale sądzisz, że jej to dotyczy?
   -Ja się spóźniłem, ona się stresowała, bała się... Nie do końca ogarniam, skąd to się bierze, ale...
   -Nie szukaj dziury w całym, braciszku. To, że teraz jest zła czy uszczypliwa, nie musi oznaczać najgorszego. Przez nocne wstawanie do Isabell też będzie marudzić i płakać, ale to właśnie twoja rola polega na tym, by udowodnić jej, że jesteś i że może na tobie polegać. To ty będziesz musiał od czasu do czasu powiedzieć: "połóż się, odpocznij, teraz ja się nią zajmę, przewinę, nakarmię, uśpię, wyjdę na spacer. Rola ojca nie kończy się tylko na tym tytule.
   -I to wystarczy? - zmarszczyłem brwi wpatrując się w siostrę. Zmrużyła oczy, podrażnione przez słabe promienie wiosennego słońca. -Nie chcę mieć na nią złego wpływu...
   -Powinno, jeśli to nic poważnego. Jeżeli natomiast zauważysz, że faktycznie nie radzi sobie psychicznie, delikatnie zaproponuj jej wsparcie psychologa. Ale czuję, że to nie będzie konieczne. - uśmiechnęła się pokrzepiająco. -To silna dziewczyna, przebywałam z nią ostatnio, obserwowałam ją. Zachowywała zimną krew i nie dała po sobie poznać, że się denerwuje, nawet kiedy wyjechałeś do Kolonii. Więc nie martw się o nią przesadnie, bo to też dobrze nie wróży. Przezwycięży trudności, sama, a ty nawet nie zorientujesz się, kiedy. Masz szczęście, wiesz?
   -Wiem. - mruknąłem, szczerząc się pod nosem. -Wiem od dawna, więc dlaczego mi o tym mówisz?
   -Żebyś pamiętał jedną rzecz. - wstała i zbliżyła się do mnie, po czym położyła dłoń na moim ramieniu. -Że tylko ty masz taką narzeczoną i matkę twojego dziecka, a później może kolejnych dzieci i żonę. I nawet, jeśli strzela fochy lub na ciebie krzyczy i prowokuje kłótnię, i tak cię kocha. Doceniaj to. Bo może tego nie czujesz, ale ja to widzę.
   Gapiliśmy się na siebie niemal jak w przedszkolu. Prawdopodobnie się nie myliła. Może Lena faktycznie oczekuje ode mnie jedynie większej uwagi, częstszych zapewnień o miłości i zwykłych, prostych gestów, które sprawiają, że każdy dzień staje się lepszy. I mojej obecności, której teraz potrzebuje najbardziej.
   -Myślisz, że powinienem odpuścić mecz z Bayernem i zostać z nimi w domu? - spytałem lustrując jej twarz. -Klopp obiecał, że jakoś to zniesie i zrozumie.
   -Porozmawiaj z nią wieczorem. - wzruszyła swobodnie ramionami. -W ten sposób dostaniesz najlepszą odpowiedź.
   -Ale...
   -Marco, ja to nie Lena. - wtrąciła unosząc brwi. -Nie bój się tej rozmowy, ona ci ufa i nie zje cię, jeśli poruszysz ten temat. No, i nie będziesz sobie wyrzucał, jeśli jednak zdecydujesz się zagrać.
   -Dzięki siostra. - podsumowałem, z wdzięcznością klepiąc ją po plecach. -Zawsze powiesz coś mądrego w odpowiednim momencie.
   -Ktoś musi za ciebie myśleć. - pokazała mi język, na co przewróciłem wyłącznie oczami. -Nie przejmuj się zbytnio. A teraz nie powinieneś już wracać do Isabell? Podejrzewam, że za tobą tęskni.
   -Przyjdę za pięć minut, okej? - wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia, zanim wyszła. -Ale gdyby coś się działo, to krzycz.
   Pokiwała głową i zniknęła we wnętrzu mieszkania, a ja odwróciłem się tyłem do wejścia i opuściłem wzrok. Nie dostałem jednak najmniejszych szans, by pobyć ze sobą sam na sam, ponieważ po kilkudziesięciu sekundach drzwi ponownie się otworzyły i ktoś wyszedł na zewnątrz. Zamknąłem oczy, w napięciu oczekując pierwszych wyrazów.
   -Nawet nie myśl o tym, żeby nie jechać. - padło z jej ust. Nieco zdezorientowany, zerknąłem na nią przez ramię. Opierała się o ścianę, wpatrując się we mnie z powagą. Bolało, bo ponownie ogarnęło mnie to przeczucie, że coś schrzaniłem. -Może Yvonne zamknęła drzwi, ale zapomniała o uchylonym oknie, a w zasadzie o tym, że siedzę tuż przy nim.
   -Dużo słyszałaś? - stanąłem na wprost niej, gdy się zbliżyła. Prychnęła, przywdziewając na twarz szyderczy uśmiech.
   -Wszystko. Yv ma bardzo donośny głos i to najwyraźniej też wyleciało jej z głowy. Wybraliście trochę pechowe miejsce.
   -Przepraszam, musiałem się komuś wygadać. Martwię się o ciebie i chcę, żeby wszystko było w porządku. - odpowiedziałem szczerze. I wtedy zrobiła coś, czego na obecną chwilę się nie spodziewałem: uśmiechnęła się w swoim naturalnym stylu, a następnie objęła mnie w pasie i schowała twarz w mojej klatce piersiowej. Usiłowałem odnaleźć się w sytuacji, gładząc jej włosy, ponieważ przez długi czas milczała, głęboko zaciągając się powietrzem. Zmienność nastrojów to chyba też stan depresyjny. Pozostawało mi jedynie wierzyć, że się mylę.
   -To ja cię przepraszam, Marco. - szepnęła trwając w bezruchu. Zrozumiałem, że przemyślała to, co zaszło. -Postąpiłam jak mała, nieposłuszna dziewczynka i zdaję sobie z tego sprawę. Nie wpadłam w żadną depresję, czuję się całkiem okej, nic mi nie jest, ale podtrzymuję to wymęczenie i ochotę na spokojny sen w swoim łóżku. Nie zwariowałam, przysięgam.
   -Więc o co ci chodzi? - zapytałem bez pretensji w głosie, najłagodniej, jak potrafiłem. Westchnęła głośno, wypuszczając powietrze z płuc.
   -To głupie... - jęknęła, wciąż opierając czoło o mój tors. -Ale robiłam i mówiłam już o wiele bardziej beznadziejne rzeczy, więc... Jedna więcej chyba nie sprawi, że znudzą ci się moje pomysły... I że przestaniesz się śmiać.
   -No, zobaczymy. - bąknąłem unosząc kąciki ust. -Obiecuję, że się powstrzymam, a przynajmniej spróbuję, dawaj.
   -Bo... Wtedy w szpitalu, jak powiedziałeś do Isabell, że... I tutaj, w mieszkaniu, wszyscy powtarzali, że jest do ciebie podobna i... Ja wiem, że... Ech... Po prostu byłam zazdrosna o własne dziecko. - wyrzuciła z siebie, więc zlustrowałem ją zszokowany, ale wciąż unikała mojego wzroku. -A teraz już rozumiem, że nie powinnam. Nie mam pojęcia, co we mnie wstąpiło, przecież to tylko malutka, bezbronna istotka, zupełnie nieświadoma tego, jak bardzo namieszała...
   -Lena... Serio? Wybacz, nie chciałem! - dźgnęła mnie w żebro, kiedy wybuchnąłem niepohamowanym śmiechem. -Przez całe popołudnie chodziłaś obrażona na mnie tylko dlatego, że nasi bliscy porównywali Isabell do mnie? Myszko, przecież to ani twoja ani moja ani tym bardziej jej wina! Nie zmuszaj mnie do tego, żebym ją przez tobą chronił.
   -Bardzo śmieszne. - fuknęła odsuwając się nieznacznie. -Trochę mi odbiło, a ty się nabijasz. Dałeś mi słowo, że ona nic między nami nie zmieni.
   -A zmieniła?
   -No... Właściwie nie. - tym razem to ona się roześmiała, sama nie dowierzając w to, co powiedziała. -Może odrobinę. Ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Wiele rzeczy dookoła się zmieniło...
   -Możliwe. - przyznałem ujmując jej podbródek, by wreszcie na mnie spojrzała. -Ale to, co do ciebie czuję, zawsze pozostanie takie samo, a jeśli nie, to na pewno nie osłabnie. Nie wiem, kiedy przestaniesz w to wątpić, ale mam nadzieję, że dożyję tego dnia.
   Zawstydziła się, bo na jej policzkach pojawiły się wyraźne rumieńce, które zresztą idealnie do niej pasowały. Nie mogąc się powstrzymać, musnąłem lekko jej wargi, po raz kolejny przyciągając ją bliżej siebie. Po kilku godzinach w stresie wszystko się wyjaśniło i wróciło na właściwe tory. Może nie trwało to wieczność, lecz okropnie mi ciążyło.
   -Powinniśmy chyba wejść do środka. - stwierdziła, dotykając mojego policzka, co potwierdziłem skinieniem głowy. -Twoi rodzice chcą już jechać, wypada ich pożegnać... A twoja córka nie będzie spała w nieskończoność.
   -Nasza. - poprawiłem ją uszczypliwie, a ona pokręciła jedynie nosem i odwróciła się do drzwi. Ciągle trzymałem jednak jej dłoń, przez co popatrzyła na mnie pytająco. -Kocham cię. Nawet wtedy, kiedy udajesz wariatkę i największą wiedźmę na świecie.
   -Ja też cię kocham, Woody. I będę cię kochać także wtedy, gdy okaże się, że nasze dziecko odziedziczyło po tobie rude włosy.
   Bez komentarza. Podsumować to można tylko jednym zdaniem: Lena Lewandowska rzeczywiście potrzebuje paru dni, by odzyskać formę i osobowość, którą zauroczyła mnie już prawie dwa lata temu.


~~~


<Lena>
   Dwa dni wystarczyły, by doprowadzić się do w miarę dostatecznego stanu używalności. Prowizorycznie wypoczęłam, odespałam trud porodu, odsunęłam na bok wszystkie absurdy, którymi zasypywałam Reusa i zaczęłam funkcjonować z dzieckiem w domu. Na więcej na razie nie mogłam sobie pozwolić, ponieważ Isabell budziła się co dwie godziny, domagając się posiłku, po czym znów odpływała i na tych dwóch czynnościach opierała się jej niemowlęca egzystencja. Nie czułam się jakoś tragicznie przemęczona, martwiłam się za to o narzeczonego, którego zapewne dręczyły te nocne pobudki, jednak stanowczo odmówił, by któreś z nas przeniosło się do gościnnej sypialni, mało tego, sam niejednokrotnie wstawał i przynosił mi ją do łóżka, a potem usypiał. Nie narzekał, nie protestował, nie usłyszałam od niego ani jednego "nie", unikał też wszelkiego rodzaju fochów i obraz majestatu. Ojciec idealny w końcu miał swoją córeczkę tatusia.
   W tą wyczekiwaną przez wszystkich sympatyków Borussii sobotę, a raczej w piątkowy wieczór, niemal siłą wyrzuciłam go z domu, by stawił się w klubie i razem z drużyną udał na mecz do Monachium. Spieraliśmy się o to, czy ma zostać, czy lecieć i wspierać kolegów na Allianz Arena. Widziałam, że waha się z podjęciem właściwej decyzji, lecz jednocześnie zdawałam sobie sprawę, iż każda uszczęśliwi go tak samo, więc nakazałam, by się spakował i jechał na stadion, dopóki jeszcze zdąży. W żadnym wypadku nie chciałam się go pozbyć. Zależało mu, by utrzeć nosa Mario, by wygrać, strzelić bramkę i razem z Lewym wykonać kołyskę, o której trajkotają już od kilku dni. Klopp na niego liczył, wszyscy kibice trzymali kciuki za zwycięstwo. Zatrzymanie go w domu byłoby moim dużym grzechem.
   Aktualnie przebywałam z trzema paniami - siostrami Marco i Anią, która bardzo chciała zobaczyć siostrzenicę swego męża oraz jednym panem - synem Yvonne, który również stopniowo nabywał obsesji na punkcie swojej kuzynki. Pozostałe partnerki zawodników wybrały się do Bawarii, by z trybun dopingować swoje połówki. Czekaliśmy właśnie na gwizdek rozpoczynający drugą połowę, Isabell spała, a BVB póki co prowadziła 1:0 po golu Henrikha Mkhitaryana. Robert i Marco bez przerwy posyłali sobie głupkowate uśmiechy, co szybko stało się naprawdę zabawne i wyglądało tak, jakby sami opracowywali plan pogrążenia przeciwnika. Już od pierwszych sekund drugiej części meczu konstruowali swoje akcje, wpadali w pole karne Bayernu, napędzali kontry, zmuszali do błędów. I to się opłaciło. W 49. minucie Lewy posłał Reusowi piękną, prostopadłą piłkę między obrońców w czerwonych trykotach, a gdy ten ją przyjął, nie było już opcji, by zmarnował tą okazję. Po prostu uderzył i futbolówka wpadła do siatki. A właśnie na to czekała cała jedenastka żółto-czarnych i parę tysięcy kibiców na trybunie, pod którą akurat znajdowali się piłkarze. Bobek podbiegł do świętującego blondyna i wskoczył mu na plecy, a później razem oczekiwali, aż cały zespół zbierze się razem, w jednym miejscu. I nie pamiętam, kiedy ostatnio jakakolwiek cieszynka przyniosła tej dwójce tyle radości. Kiedy ostatnio czerpali tyle satysfakcji ze wspólnej gry. Kiedy ostatnio byli tak dumni ze swoich występów, a w oczach Reusa wręcz błyszczało szczęście. Dziś byli jednością, tryumfowali jako team, jako wspólnota, a kilka miesięcy temu skakali sobie do gardeł, gdy Marco oświadczył, że odchodzi do Barcelony. Los potrafi być szalenie przewrotny. A jeden wielki, mały człowiek posiada taką siłę, iż jest w stanie moralnie ustawić duet dorosłych facetów. Siłę miłości.


***


Nie wiem, co mam Wam powiedzieć... Po prostu I'm back :) A przynajmniej taką mam nadzieję :) Nie chcę składać żadnych obietnic, ale nie przewiduję już tak długich przerw... To znaczy przewiduję, ale o tym później. Na razie jeszcze o tym nie myślę :)

Zapraszam też zeszłotygodniowy (nieco nieudany, ale jednak) rozdział na drugim blogu [klik]

Buziaki ❤

wtorek, 15 marca 2016

37. Seit Langem bist du ein fester Teil meines Alltags

   Do sali wpadły ostatnie promienie zachodzącego słońca, więc zebrałam wszystkie siły i powoli otworzyłam oczy. Nie czułam się szalenie wypoczęta, ale na pewno o wiele lepiej, niż przed zaśnięciem. Nie wiem, na jak długo odpłynęłam i co się w tym czasie wydarzyło, lecz z pewnością się dowiem. To piękny i jednocześnie trudny dzień dla mnie oraz moich najbliższych, jednak nic nie zmieni faktu, iż zapamiętamy go do końca życia.
   Złapałam się za głowę, gdy już tak naprawdę dotarło do mnie, co się stało. Zauważyłam, że stałam się o kilka kilogramów lżejsza, zatem nie nosiłam już pod sercem małej Isabell. Moje ciało znów się zmieniło, a wraz z kiepskim samopoczuciem i bolesnymi skurczami zakończył się pewien etap w moim życiu. Przybyło obowiązków, rodzina się powiększyła i rzeczywistość będzie teraz wyglądała zupełnie inaczej. Wraz z tym faktem kolejne łzy szczęścia popłynęły po moich policzkach, idealnie komponując się z delikatnym uśmiechem. Dostałam to, czego chciałam. I nikt nigdy mi tego nie zabierze.
   -Lena... - usłyszałam nieco zaniepokojony głos Marco i dopiero teraz dostrzegłam go przy oknie nieopodal. Podszedł bliżej, po czym ujął moją dłoń, tak, jak kilka godzin temu. -Wszystko okej? Skarbie, dlaczego płaczesz?
   -Nie martw się. - powiedziałam ze spokojem, a on usiadł na krześle. -Ja po prostu... Ciągle próbuję w to uwierzyć... To nie była łatwa droga, tak długo na nią czekaliśmy... Jeszcze rano jej nie było, a obecnie...
   -A obecnie już jest. - dokończył uśmiechając się szeroko. I ten banan na jego twarzy wynagradzał mi każdą chwilę cierpienia związaną z ciążą. Bo on też dużo przeszedł, z wielu rzeczy zrezygnował, żeby móc ze mną być, kiedy go potrzebowałam. Bolały go moje fochy, bezpodstawne uwagi, pretensje i wyrzuty, które nie znajdowały usprawiedliwienia w tym, iż on także miał swoje za uszami. Moja męczarnia była jego męczarnią. A teraz jego radość była moją radością. -Jest i będzie na zawsze. I będzie nas cieszył każdy, nawet najmniejszy postęp w jej rozwoju: pierwsze słowo, pierwszy krok, a później przedszkole, szkoła, faceci i tak dalej...
   -Nie rozpędzaj się. - mruknęłam uderzając w wewnętrzną część jego dłoni. -Na to przyjdzie jeszcze czas. Widziałeś ją już?
   -Tak samo długo, jak ty. Pielęgniarka powiedziała mi tylko, że przyniosą ją tobie do nakarmienia, jak zrobią wszystkie badania. - puścił nagle moją rękę i spojrzał na wyświetlacz swojego iPhone'a. Przewrócił oczami, a następnie zaczął wystukiwać treść wiadomości. -Przepraszam cię, ale mój telefon dosłownie ugina się pod ciężarem połączeń i sms-ów, po prostu czekam, aż padnie bateria.
   -Marco! - skarciłam go jednym spojrzeniem, lecz nie bardzo rozumiał, dlaczego. -To twoi, nasi przyjaciele czy znajomi, oni też się cieszą, gratulują. Otacza nas tylu wspaniałych ludzi, a ty i tak marudzisz!
   -Gdybyś musiała odpisywać, też byś marudziła. - pokazał mi język, nadal ambitnie gapiąc się w ekran. -Jeśli już o tym mowa, to masz pozdrowienia od Mario i Ann... Obiecują, że nas odwiedzą. Dalej, Auba z żoną i synkiem... Dodał, że zaklepuje sobie Isabell jako wybrankę serca Curtysa, ta, jasne, niech zapomni. - prychnął oburzony, że Gabończyk w ogóle śmiał to zasugerować. Ech, córeczka tatusia... -Klopp już liczy na moją bramkę w następnym meczu, żeby zrobić kołyskę... Marcel i Giulia życzą dużo zdrowia, Kaja i Robin przesyłają buziaki... Masz też ciepłe słowo od mojego agenta, który wierzy, że wybaczysz mu moje spóźnienie.
   -To przez niego? - uniosłam brwi przyglądając mu się podejrzliwie. -Więc czego od ciebie chciał, że tak długo wam zeszło?
   Marco westchnął wygładzając rękawy bluzy, dzięki czemu już wiedziałam, iż problem był dość poważny. Podejrzewałam, że właśnie dlatego nie poinformował mnie o nim zaraz po przyjeździe, aby oszczędzić mi nerwów, jednak jeżeli sądził, że puszczę mu to płazem, to naprawdę się mylił. Może nie stanowiło to aktualnie najistotniejszej sprawy, ale raczej uchodziło za coś, o czym powinnam mieć pojęcie. Niezależnie od tego, czy ta wiadomość mnie zmartwi, zaszokuje lub ucieszy.
   -Widzę już, że chcesz dać mi reprymendę, więc w porządku. - bąknął spoglądając na mnie niepewnie. -Porozmawiamy o tym, ale za kilka dni, w domu, dobrze? Będziemy mieli jeszcze mnóstwo czasu.
   Pomimo, iż jego ton brzmiał pytająco, raczej nie pozostawiał mi wyboru, sam decydując o odstawieniu tego tematu na dalszy plan. I nie sprzeciwiałam się, wręcz odwrotnie, nawet przyznałam mu rację. Oboje żyliśmy narodzinami Isabell i w najbliższych godzinach liczy się tylko ona. Do szarej codzienności wrócimy niedługo.
   -W takim razie wytłumacz mi coś innego. - zaczęłam, nadal nie spuszczając z niego wzroku. Uśmiechnął się krzywo. -Obiecałeś mi!
   -No, dobra... Pamiętam. Mówisz o tym, co nagadałem ci przy porodzie? - upewnił się, a ja pokiwałam głową. -Cóż... To akurat proste. Czytałem, że rodzącej kobiecie cały czas trzeba o czymś nawijać. O czymś, co ją wesprze, podniesie na duchu... Albo o tym, co do niej czujesz, lecz na co dzień nie masz tyle odwagi, by jej to powtarzać. Skonsultowałem to ze szwagrem, on postąpił podobnie, więc nawet się nie zastanawiałem, czy to dobry pomysł. Sprawdził się, to mi wystarczyło.
   -Nigdy tego nie zapomnę, Marco. - powiedziałam, a on zerknął na mnie zaskoczony. -Nie przejmuj się, nie muszę tego słyszeć codziennie...
   -Nie o to chodzi. - wtrącił przeczesując włosy. -Autor tego artykułu napisał, że przyszłe mamy pod wpływem emocji i bólu bardzo szybko o tym zapominają... Cholera, kłamał.
   -A ty? - przygryzłam zaczepnie wargę, przesuwając po niej zębami. Reus jedynie przewrócił oczami.
   -Po co miałbym ściemniać? Nawet nie przeszło mi to przez myśl... Doszedłem zwyczajnie do wniosku, że naprawdę rzadko ci o tym wspominam, a teraz nadarza się idealna okazja...
   -Marco, spokojnie, rozumiem. - roześmiałam się, ponownie splatając nasze dłonie. -I szalenie to doceniam. Wiem, że mnie kochasz i nie potrzebuję na to dodatkowych dowodów. Bywało różnie, ale wszystko dobrze się skończyło... I to jest najważniejsze.
   Zastygł na chwilę, przetwarzając moje słowa, a następnie pochylił się, by mnie pocałować. Zdążył wyłącznie delikatnie musnąć moje usta, ponieważ moment później otworzyły się drzwi, a do sali weszła położna, trzymając na rękach malutką dziewczynkę. Oboje odwróciliśmy się w jej stronę, a ona z uśmiechem podeszła do łóżka i podała mi dziecko.
   -Nie śpi, ale jest już nieco zmęczona. - oświadczyła przyglądając jej się z uwagą. -Za godzinę zabierzemy ją na ostatnie badania, a tymczasem nie przeszkadzam i zostawiam ją z państwem. Jeszcze raz gratuluję.
   Gdy pielęgniarka wyszła, wymieniliśmy w Woody'm porozumiewawcze spojrzenia. Dostrzegałam w jego tęczówkach tą cholerną ekscytację i miłość, jaką obdarzył tą kruchą istotkę. Ewidentnie nie był dziś sobą, ponieważ nie krył emocji i nie potrafił się skupić, jakby przebywał w zupełnie innym świecie. W takim, do którego zabrał tylko mnie oraz naszą córkę. Chciałam się odezwać, ściągnąć go z powrotem na ziemię, ale Isabell podniosła rączkę dotykając mojej szyi, więc automatycznie przekierowałam na nią swoją uwagę. Miała jego oczy i właśnie lustrowała nimi moją twarz, jakby domagała się pierwszego posiłku od matki, więc nie kazałam jej długo czekać. Gdy zajęła się zaspokajaniem swoich podstawowych potrzeb, pozwoliłam sobie na to, by po prostu ją obserwować. Była idealna. Pod każdym względem. Była moją córką, a na jej drobnym nadgarstku zapięto opaskę z nazwiskiem Marco: tak, jak chciał. Miał swoją Isabell Maren Reus i nawet nie kłóciłam się z nim już o te dwie literki, które wymienił sobie w jej drugim imieniu. W zasadzie kompletnie umknął mi fakt, że milczy i że podniósł się z krzesła. Stał obecnie przy oknie, zwrócony do niego przodem, opierając się o parapet. Przypuszczałam, iż próbuje zebrać myśli i nie chciałam mu tego utrudniać, ale jego córeczka najwyraźniej na niego czekała, gdyż pomimo pełnego żołądka stawała się niecierpliwa. A on czekał na nią, więc musiało w końcu dojść do tego spotkania. 
   -Marco. - szepnęłam, na co malutka pisnęła cicho i dopiero to sprawiło, że się ocknął. Popatrzył na mnie pytająco. -Twoja kolej...
   Kilka minut zajęło mu zrozumienie, czego od niego chcę. Mogłabym przysiąc, że zbladł. Na pewno był zmęczony, po całym dniu to nie ulegało wątpliwości, jednak nie byłam do końca przekonana, czy nie stoi za tym coś jeszcze, bowiem gdy się zbliżył zauważyłam, że drżą mu dłonie. Nieco zdezorientowana podniosłam wzrok na jego twarz, a wtedy nasze spojrzenia się skrzyżowały. Nie musiałam zadawać pytań, bo domyślił się, co chodzi mi po głowie.
   -Nie chcę jej skrzywdzić. - przyznał cicho, obserwując jej najdrobniejsze ruchy. -Lena, ja po prostu nie wiem, czy potrafię...
   -Nie robisz tego po raz pierwszy. - przypomniałam mu, na co uśmiechnął się lekko. -Nico też był kiedyś taki malutki... Yvonne opowiadała mi, że kiedy do nich przyjeżdżałeś, nie odrywał się od ciebie nawet na sekundę, a gdy wychodziłeś, wszczynał wielki lament. Więc czym różni się od niego Isabell?
   -Tym, że jest moim dzieckiem. - stwierdził, na moment zamykając mi usta. Nadal słabo argumentował. -Nico mi ufał i mnie znał, bo spędzaliśmy razem mnóstwo czasu...
   -Marco, błagam, co ty wygadujesz. - zerknęłam na niego rozbawiona, nie mając pojęcia, czy się śmiać czy lepiej nie. -Przestań, bo wyślę cię na psychiatrię. Jeśli nie weźmiesz jej na ręce, będziesz ją miał na sumieniu, gdy zacznie płakać. A zacznie, jeżeli w dalszym ciągu będziesz się ociągał, bo czuje twoją obecność.
   Uniósł brwi, miażdżąc mnie jaskrawością swoich tęczówek. Świeciły się jak dwie latarnie pośród ciemnej nocy, gotowe do pomocy wszystkim zagubionym w mroku. Tyle wystarczyło, by uwierzył w swoje możliwości. Wyciągnął ręce, zatem podałam mu kwilącą dziewczynkę, która w mgnieniu oka znalazła się w jego ojcowskich ramionach. Ssała swój kciuk, intensywnie wpatrując się w blondyna, jakby doszukiwała się jakiegokolwiek podobieństwa między nimi. Po raz kolejny uniosła rączkę, więc pochylił się ku niej, a wtedy dotknęła paluszkami jego policzka, przesuwając je wzdłuż żuchwy. Odniosłam wrażenie, że Reus nie oddycha. Oczarowała go. Od pierwszych godzin życia robiła z nim, co tylko chciała, a dla mnie szybko stało się jasne, iż niczego jej nie odmówi. Dostanie wszystko, o co tylko poprosi, więc to ja będę musiała wcielić się w tą wredną, hamującą dobroć tatusia matkę, która od czasu do czasu powie "nie". Nie odpowiadało mi to, lecz rozpieszczone dziecko to jeszcze gorszy pomysł. I miałam nadzieję, że oboje zdajemy sobie z tego sprawę.
   -Żyjesz? - spytałam szeptem, kiedy ujął jej dłoń obserwując, jak powoli zamyka powieki. Nie minęło nawet pięć minut, a już spała, wtulona w jego klatkę piersiową. No pięknie.
   -Tak. Teraz tak. - odpowiedział, uśmiechnięty od ucha do ucha. Z opóźnieniem dostrzegłam spływające wzdłuż jego twarzy łzy, które oczywiście usiłował ukryć. -Przepraszam, coś mi wpadło do oka... Zaraz przejdzie.
   Zachichotałam kręcąc z niedowierzaniem głową. Marco ucałował ostrożnie czółko naszej córeczki, co szybko wykorzystałam na wykonanie im pierwszego wspólnego zdjęcia, którego wyczekiwałam już od kilku tygodni. Prawdopodobnie zarzuci mnie za to fochami, lecz ostatecznie na sto procent pokaże tą fotografię wszystkim kumplom lub nawet roześle sms-em. Jeszcze mi podziękuje za taką pamiątkę.
   -Zyskałam niezłą konkurencję. - wypaliłam z przekąsem, w trakcie gdy on systematycznie zapominał o Bożym świecie. -Rozkochała cię w sobie szybciej, niż ja i pewnie zabierze mi ciebie szybciej, niż którakolwiek z twoich fanek.
   -No i tu się mylisz. - zaoponował spoglądając na mnie. Ogrom miłości, którą mieściły w tym momencie jego oczy, wręcz przeszył moją skórę, wywołując ciarki. -Od dawna jesteś stałą częścią mojej codzienności, Lena. I nie wyobrażam sobie, abym w ogóle był w stanie o tobie zapomnieć, choćby na minutę. Kocham cię tak samo, jak na początku, ale z drugiej strony, mam nadzieję, że z każdym dniem będę cię kochał jeszcze mocniej. Ciebie oraz Isabell.
   Ułożył ją sobie na lewym ramieniu, po czym przysunął się, by mnie pocałować. Dobra, Reus, wygrałeś. Znów wygrałeś.


~~~


<Marco>
   Szedłem schodami w kierunku szatni. Uśmiechałem się sam do siebie, jakbym faktycznie przed chwilą opuścił oddział psychiatryczny. Dawno nie byłem tak szczęśliwy, ale obawiałem się też, że to już górna granica, której mogą sięgnąć endorfiny. Wprawdzie przede mną jeszcze ślub z Leną, lecz oboje zgodnie stwierdziliśmy, że to już nie to samo uczucie, co narodziny pierwszego dziecka, choć równie ważne i ekscytujące. Miałem tyle, o ile prosiłem, a nawet więcej, gdyż ciągle wracało do mnie przekonanie, że na nią nie zasłużyłem. Niełatwo uwolnić się od przeszłości, od błędów, które wytyka ci sumienie, lecz musisz walczyć. Jeśli masz dla kogo żyć, jeśli ten ktoś pomimo wszystko cię kocha, nie masz prawa odpuścić.
   Teoretycznie mój urlop jeszcze trwał, ale Lena wraz z Małą zostaną dziś wypisane do domu, więc żeby skrócić sobie czas oczekiwania, zdecydowałem się wziąć udział w treningu. Nikomu nie powiedziałem, że przyjdę, bo totalnie zapomniałem. Ostatnie dwa dni spędziłem głównie w szpitalu, z przerwą na sen, kiedy to Lena siłą zmusiła mnie, bym pojechał do mieszkania odpocząć oraz na odebranie jej rodziców z lotniska. Zmęczenie dawało się we znaki, lecz i tak czułem się szczęśliwy i tylko dzięki temu jakoś funkcjonowałem. W przeciwnym wypadku prawdopodobnie całą dobę gniłbym w łóżku, zasypywany telefonami i sms-ami zawierającymi pretensje, dlaczego się nie odzywam. Moja sytuacja układała się świetnie, zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym, więc cieszyłem się, że wyszedłem z dołka i obecnie znów mogę być na topie.
   Stanąłem przed drzwiami naszej stadionowej garderoby i wziąłem głęboki wdech. Nacisnąłem klamkę i wszedłem do środka, czym zwróciłem na siebie uwagę wszystkich zgromadzonych w pomieszczeniu. Dosłownie, wszystkich. Patrzyli na mnie ze zdziwieniem, z wiele mówiącym uśmieszkiem, ale dość długo nic nie mówili. Dopiero kiedy ruszyłem do swojej szafki i położyłem na ławeczce torbę treningową, Auba doskoczył do mnie, zakleszczając w swoim niedźwiedzim uścisku i podskakując niczym w szaleńczym tańcu godowym, wyrzucał z siebie bliżej nieokreśloną wiązankę gratulacji.
   -Pojawił się i nasz ojczulek! - wrzasnął mi do ucha, nie przerywając swojego występu. Gdyby Klopp go zauważył, Gabończyk sam zagwarantowałby sobie dwadzieścia karnych kółek wokół boiska. -Tak się cieszę, stary! Kiedy mogę wpaść odwiedzić przyszłą synową?
   -Po pierwsze, nie ojczulek, tylko tata, a już na pewno nie twój. - sprostowałem go złośliwie. -A po drugie, z tą "wybranką serca", to mocno ci się rozbujała wyobraźnia, bo mojej córce zdecydowanie wystarczy jej niezrównoważony umysłowo wujek.
   -Wypraszam sobie! - fuknął Robert, podchodząc do nas z wyjątkowo wojowniczym wyrazem twarzy. -Niezrównoważonego to ona ma ojca, dlatego każdego dnia będę się modlił, żeby przejęła charakter mamy.
   -Nie chciałbym was martwić, ale tak naprawdę nie ma odpowiedniej osoby, po której mogłaby przejąć w miarę znośny charakter. - mruknął żartobliwie Pierre, celowo odsuwając się ode mnie, by przypadkiem nie paść ofiarą którejś z moich pięści. -Ale jeśli znajdzie mądrego, inteligentnego i przystojnego męża, na przykład takiego, jak mój syn, będzie na dobrej drodze!
   Cała ta wymiana "uprzejmości" zakończyła się po kilkunastu minutach, kiedy to odebrałem gratulacje od wszystkich kolegów i przyszedł czas na właściwe przygotowanie się do treningu. Przebieraliśmy się w dość szybkim tempie, bo trener przecież nie lubi spóźnień, a gdyby jeszcze musiał zejść po nas do szatni, później, na boisku urządziłby nam istne piekło. Na szczęście udało nam się uniknąć tej sytuacji i kiedy wychodziliśmy na murawę, rozmawiał ze swoim asystentem, energicznie przy tym gestykulując. Obawialiśmy się nawet, że konieczne będzie przerwanie im tej sielanki, lecz zorientowali się w końcu, że nie są sami, stając do nas przodem. Jürgen położył nadgarstki na biodrach, przygotowując się do swojej codziennej przemowy.
   -Cześć, panowie. Nie mam wam dziś wiele do powiedzenia, ale za to mamy wiele do zrobienia, bo jak dobrze wiecie, w sobotę gramy z Bayernem... W sobotę gramy z Bayernem na Allianz Arena... W sobotę gramy z Bayernem na Allianz Arena przed ich publicznością i przeciwko Götze... Dlatego musimy utrzeć im nosa i wygrać, a przynajmniej się o to postarać. Prawdopodobnie będziemy radzić sobie bez Reusa, więc...
   -Nic o tym nie słyszałem. - powiedziałem wpatrując się w niego z uniesionymi brwiami. Wypatrzył mnie w tłumie, nie wierząc, że mnie widzi. -Nie przypominam sobie, żebym złapał jakąś kontuzję, infekcję, ból głowy albo wpadł w jakieś inne bagno. Mogę zagrać i chcę zagrać. Götze by mi tego nie wybaczył.
   -Chłopaki, rozgrzewka. Tradycyjnie i bez obijania się, raz raz! - rzucił do pozostałych, zamaszystym ruchem ręki wskazując im zieloną trawę. Gdy nieco się oddalili, po raz kolejny spojrzał na mnie z szerokim uśmiechem. -Gratulacje, Woody. Jak się czują twoje dziewczyny? Wszystko w porządku?
   -Tak, dzięki. Dziś po treningu wreszcie zabieram je do domu.
   -Wiesz, że nie musisz tutaj być. - uniósł brwi, krzyżując ramiona na piersi. -Nie cofam ci wolnego, bo doskonale rozumiem, że może wolisz wrócić do domu i spędzić ten czas z rodziną...
   -Lena wie, że zależy mi na tym meczu. - wtrąciłem wzruszając ramionami. Zdziwiony Klopp otworzył szeroko oczy, przetwarzając to, co właśnie usłyszał. -Jasne, tęsknię za swoją córką, pomimo iż nie widziałem jej dopiero kilka godzin... Ale muszę się nauczyć tego, że nie zawsze przy niej będę. W bardzo krótkim czasie zmieniło się mnóstwo rzeczy, dopiero próbuję to wszystko ogarnąć... Nie chcę nawalić, dlatego wolę mieć wszystko pod kontrolą.
   -I tak świetnie sobie radzisz, Marco. - oświadczył klepiąc mnie po przyjacielsku w plecy. Zmarszczyłem czoło nie wiedząc, do czego brnie. -Widać, że jesteś szczęśliwy i chcesz z nami pracować, choć na pewno ciężko ci się skupić. Podziwiam cię. Jak ty to robisz?
   -Nie wiem... To przychodzi jakoś tak... Samo... Wszystkie wydarzenia, które mnie ostatnio spotykają, są szalenie pozytywne. Niedługo się ożenię, pojadę na Mundial... Trener siedziałby w kącie i płakał w takiej sytuacji? Mam wiele do zaoferowania i pokazania. No, a ty napisałeś mi w sms-ie, że czekasz, aż strzelę bramkę... - przypomniałem szturchając go w bok. -Więc w sobotę zamierzam poszukać dogodnej okazji.
   -Miło słyszeć to z twoich ust. - przyznał zadowolony. -I fajnie, że możemy na ciebie liczyć. Jeśli sobie życzysz, to oczywiście włączę cię do osiemnastki meczowej na spotkanie z Bayernem. I nie obraziłbym się, gdybyś strzelił im nie jednego, ale trzy gole, Auba z Lewym dołożą jeszcze kilka i będzie idealnie.
   -Nie rozpędzajmy się. - mruknąłem z przekąsem, omiatając wzrokiem murawę. Bobek i Pierre właśnie patrzyli w naszą stronę, szepcząc między sobą. -Jako cel stawiamy wygraną, a jak nam pójdzie, zobaczymy. Kwestia mistrzostwa już się rozstrzygnęła, co nie oznacza, że...
   -Trenerze! - krzyknął Polak, wymachując rękoma w geście oburzenia. -Reus nie trenował już cztery dni i ma zacząć bez rozgrzewki?! Zmienianie dzieciom pieluch nie wchodzi w grę! Jak nam się połamie przed klasykiem, to dopiero będzie porażka!
   Wymieniliśmy z Jürgenem litościwe spojrzenia, na co Lewandowski dźgnął Aubameyanga w żebro i po chwili obaj śmiali się z sobie tylko znanego powodu. Pokręciłem bezradnie głową, zdając sobie jednak sprawę, iż się nie myli. Jakikolwiek uraz w tej fazie sezonu, na dodatek przed turniejem w Brazylii, wyklucza mnie z udziału w tych mistrzostwach. Nie mogłem sobie na to pozwolić. Nie teraz, kiedy tak wysoko zawiesiłem sobie poprzeczkę.
   -On ma rację. Dołączę do nich i przy okazji przywalę im piłką w te puste łby. - sarknąłem, na co Klopp wybuchnął głośnym śmiechem. Chciałem się oddalić, ale uniemożliwił mi to, kładąc dłoń na moim ramieniu.
   -Dobrze mieć cię z powrotem. - przyznał, puszczając oczko w moim kierunku. -Mam nadzieję, że w Monachium pokażesz Europie, na co cię stać.


***


Cześć Kochane,
na samym początku przepraszam Was za ten rozdział, a szczególnie za jego drugą część, bo totalnie mi nie wyszła, dlatego, że pisałam ją na szybko, chcąc, żeby coś się jednak pojawiło. Z drugiej strony powiem Wam szczerze (może mnie zlinczujecie, ale naprawdę SZCZERZE :p): męczy mnie już to opowiadanie i cieszę się, że powoli brnie do końca. Nie miałabym już na nie innego pomysłu niż ten, który zrodził się w mojej głowie daaawno temu, poza tym, dużo serca wkładam obecnie w opowiadanie o Irminie. Z pewnych względów jest dla mnie wyjątkowe i mam nadzieję, że Wam też się spodobało.

To ostatni rozdział na tym blogu przed świętami, następny pojawi się pewnie na przełomie marca i kwietnia. A korzystając z okazji, zapraszam Was na zeszłotygodniowy rozdział wspomnianego, drugiego opowiadania [klik], jeśli już czytałyście, to dajcie chociaż znać :p

Buziaki, do usłyszenia ♡