poniedziałek, 5 września 2016

40. Meine Träume sind gerade wie eine Seifenblase geplatzt

   Z głośników płynęła cicha, wręcz relaksująca muzyka, Isabell grzecznie spała w foteliku na tylnym siedzeniu, a Marco stukał palcami o kierownicę w rytm melodii. Obserwowałam jego, naszą córkę i to, co działo się wokół nas i jednocześnie rozmyślałam, jak przedstawić narzeczonemu swoje racje. Sezon Bundesligi dobiegł końca, więc żył już wyłącznie Mundialem oraz mającym się odbyć zaraz po mistrzostwach ślubem i chyba to stanowiło przyczynę wyłączenia się jego mózgu. Był coraz gorszy z logiki, a z matematyką od samego początku szło mu gorzej, niż kiepsko. Ciągle mi to udowadniał.
   -To się nie uda, Reus. - podkreśliłam po raz kolejny, nadal usiłując przekonać go do zmiany planów. Westchnął, teatralnie przewracając oczami. -Powiedz, jak ty to sobie wyobrażasz, co? Przecież cała sala...
   -Mała, dwieście osób. Czy dwieście osób to dużo?
   -Dwieście osób uzbiera się, kiedy zliczymy wszystkich znajomych, których chcesz zaprosić. A rodzina? A Marcel i Robin, chłopaki z klubu, z reprezentacji, przyjaciele z Gladbach...
   -Hej, teraz to ty popłynęłaś. - wtrącił ze śmiechem, po czym pogładził moje udo. Zacisnęłam usta w oczekiwaniu na jego beznadziejne wytłumaczenie. -Wszyscy ludzie, których chciałbym zobaczyć na naszym weselu, zostali już wliczeni w tą liczbę, nikogo więcej nie potrzebuję. Chyba, że ty masz jeszcze jakieś życzenia?
   -Nie, o ile nie zapomniałeś o kilku ważnych dla mnie, dla nas osobach. - przeniosłam na niego wzrok, przygryzając figlarnie wargę. Doskonale wiedział, o kim mówię. -Kochanie, teraz to nasi wspólni przyjaciele. Myślałam, że wyzbyłeś się już wszystkich uprzedzeń...
   -Bo tak jest, ale zadałem sobie dużo trudu, żeby to się udało. - podkreślił, broniąc swojej pozycji. -Robin był i zostanie moim przyszywanym bratem, ale to, jak Kaja kiedyś potraktowała ciebie... Czasami mam po prostu wrażenie, że nie zna jej tak dobrze, jak powinien. Boję się, że go skrzywdzi.
   -Czy przypadkiem nie rozmawialiśmy już o tym? - spytałam unosząc brew, na co blondyn westchnął zrezygnowany. -Kiedy się tutaj pojawiła... Minął prawie rok i nikomu nie zrobiła krzywdy. Tamtego dnia wystarczyło mi jedno spojrzenie w oczy i zdałam sobie sprawę, że wszystko przemyślała i że naprawdę żałuje.
   -A ty jej wybaczyłaś, jak gdyby nigdy nic.
   -Każdy zasługuje na drugą szansę, prawda? Wszyscy nieustannie popełniamy błędy, ja, ty, Carolin... A mimo to znów spróbowaliśmy, mamy dziecko i wracamy właśnie z oględzin sali na nasze wesele. Ciebie chyba za bardzo interesuje życie otaczających cię ludzi, Marco. - zasugerowałam złośliwie. Parsknął obrażony, ściągając dłoń z mojego uda i przeniósł większość ośrodków skupienia na prowadzenie auta.
   -Skończmy ten temat, bo nie doprowadzi nas do niczego pozytywnego. - burknął, od niechcenia zerkając w lusterko. -Przecież wziąłem ich pod uwagę, to chyba wystarczy.
   -A Maria i Mario?
   -Na litość Boską, Lena... - jęknął zrozpaczony, opierając głowę o swój fotel. -Skarbie, zgodzę się na wszystko, przysięgam, ale nie mówmy już o tym.
   -Oni uratowali twój mózg i nasz związek...
   -Wiem i już im za to dziękowałem. Cała czwórka jest zaproszona. Czy to cię satysfakcjonuje?
   -Są takie momenty, w których cię nie rozumiem. - oświadczyłam, krzyżując ręce na piersi. Obrzucił mnie zaskoczonym spojrzeniem, domagając się kontynuacji. -Przecież wszystko sobie wyjaśniliście, zarówno z Robinem, jak i z Mario, a zachowujesz się, jakby stanowili dla ciebie większe zagrożenie, niż Bayern dla Borussii. Nie twierdzę, że zażegnaliście wszystkie konflikty, ale wierzyłam, że się polubiliście, że wszystko wróciło do normy... Więc o co chodzi?
   -To, co się wtedy wydarzyło między mną a Cassasem i tobą a Kają przypomina mi o wszystkich tych wydarzeniach z przeszłości, o których chciałbym jak najszybciej zapomnieć. - odpowiedział, na co automatycznie zamilkłam. Wjechał na miejsce parkingowe w naszym apartamentowcu i zgasił silnik. -Obiecałaś, że mi w tym pomożesz. Zrezygnowałaś?
   Odwrócił się i wysiadł z samochodu, odbierając mi tym samym możliwość wyjaśnienia sytuacji. Być może zabrnęłam trochę za daleko, być może pomyślał, że celowo się go czepiam, że moim zamiarem było ugodzenie w jego uczucia... Wierzyłam, że potrafi już obrócić wszystkie te sytuacje w żart, jednak najwyraźniej nadal tkwiły w nim zbyt głęboko. W każdej chwili byłam gotowa mu pomóc, lecz odkąd nasze wspólne życie się ustabilizowało, nigdy nie poruszył tego tematu, przez co doszłam do wniosku, że świetnie poradził sobie sam. A teraz, na kilka tygodni przed Mistrzostwami Świata i ślubem, uświadamia mi, że pewne sprawy wciąż go męczą... Czy naprawdę powinnam czuć się winna?
   -Zostajesz tutaj? - do moich uszu wpadło jego suche pytanie, wyrywające mnie z małego światka moich zagubionych myśli. Przeniosłam na niego wzrok - przywdział naturalny wyraz twarzy, jednak zacisnął usta, a w lewej ręce trzymał już nosidełko z naszą córką. Czekał na moją reakcję. Nie wiedząc, jak należałoby postąpić, posłusznie wysunęłam się z wnętrza jego auta i poprawiłam spadającą z ramienia torebkę.
   Drogę do windy przebyliśmy w milczeniu, jednak gdy czekaliśmy na jej przyjazd, ujął moją dłoń, po czym pocałował mnie w skroń. Wstrzymałam oddech, kiedy dotarło do mnie, że jednak się na mnie nie gniewa i po raz kolejne potrafi zapomnieć o drobnej krzywdzie, którą nieświadomie mu wyrządziłam. On mnie na serio zna. I przede wszystkim - kocha.
   -Przepraszam. - szepnęłam, podczas podróży na piętro naszego mieszkania. -To chyba źle zabrzmiało.
   -Pogadajmy wreszcie o czymś innym. - rzucił w tym cwanym uśmieszkiem, który ostatnio widywałam u niego zbyt często. -Może Mundial i obiad na mieście z przyszłym mistrzem świata? Co ty na to?
   Pewność siebie, sposób, w jaki o tym opowiadał i zabawne uniesienie brwi sprawiły, że nie miałam serca odrzucić tej propozycji. Stał przede mną facet, który spełniał właśnie swoje marzenia. I nawet nie myślałam o tym, żeby mu to udaremniać.


~~~


   -Uważaj na siebie, proszę. – powtarzałam z niepokojem. Woody jedynie wzdychał ciężko do słuchawki swojego smartfona, w ogóle nie przejmując się tym, co do niego mówię. Właściwie nie przyjmował do wiadomości moich zapobiegawczych obaw.
   -Mała, odnoszę wrażenie, że stresujesz się bardziej, niż ja. – zakpił rozbawiony, jakby faktycznie już nic nie miało prawa stanąć mu na drodze do Brazylii. –To tylko Armenia. Wygramy ten mecz, może nawet uda mi się strzelić jakiegoś gola, jutro razem z reprezentacją polecę do Brazylii i po serii zwycięstw tryumfujemy w całym turnieju, a później zostaniesz moją żoną. Czy któraś z tych opcji jest dla ciebie niezrozumiała?
   -Szanuję i podziwiam twoją pewność siebie, Marco. Tylko tyle chciałam ci powiedzieć. – ucięłam nie chcąc toczyć z nim wojny, którą i tak przegram. Był nieugięty i zdeterminowany, co oznacza, że nawet ja nie znajdę sił, bo go wyhamować. -Będę trzymać za was kciuki, nic innego mi nie pozostało.
   -Już za tobą tęsknię. – w jego głosie wyłapałam tą szczerą nutkę żalu. –Za Isabell też. Żałuję, że nie zdecydowałaś się na lot, ale próbuję się z tym pogodzić, nie mam innego wyjścia. Mam nadzieję, że zadowolę się towarzystwem Andre i Mario. W sumie dawno się nie widzieliśmy…
   -Jestem przekonana, że dasz sobie radę. Z drugiej strony, to będzie bardzo długi miesiąc na drugim końcu świata…
   -Nie myśl o tym. Idąc tym tokiem, stracę sporo czasu z życia mojej córki, ale głęboko wierzę, że mi to wybaczy. – roześmiał się ciepło. Kiedy przez ten fantastyczny dźwięk nagle przebiło się wywołane przez kogoś jego imię, z niezadowoleniem przeklął pod nosem. –Lena, muszę spadać. Trener organizuje jeszcze odprawę przedmeczową i chce nam przekazać jakieś uwagi techniczne. Przejmuje się tym wszystkim, jakbyśmy grali z Polską. – po raz kolejny parsknął śmiechem, w odpowiedzi na moje oburzone sarknięcie.
   -Nie spodziewałam się po tobie tak lekceważącego podejścia do rywala, Reus.
   -Nigdy nikogo i niczego nie lekceważę.
   -A moje obawy o ciebie?
   -Nie mają uzasadnienia. – skwitował bez cienia zawahania. –Wszystko będzie dobrze. Zadzwonię po meczu, dobrze? Kocham cię, pamiętaj o tym.
   Po zaledwie dwóch sekundach w słuchawce rozbrzmiewał już sygnał zakończonego połączenia. Wtedy żadne z nas nie wiedziało, że na to pomeczowe poczekamy dłużej, niż przypuszczaliśmy.


~~~


   Napięcie rosło z każdą minutą tego meczu. Marco nie strzelił jak dotąd bramki, ale błyszczał na boisku i wszyscy, którzy oglądali to spotkanie, doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Był aktywny, był wszędzie, koledzy z drużyny wszystkie piłki kierowali właśnie do niego, jednak samemu Reusowi brakowało jedynie wykończenia. Strzelona bramka wydawała się być wyłącznie kwestią czasu, bo się nie poddawał i sumiennie na nią pracował. Nie grali o nic, poza psychicznym poczuciem, że są dobrze przygotowani do Mundialu, ale i tak dawali z siebie wszystko. A sfrustrowanym Armeńczykom chyba coraz bardziej to przeszkadzało.
   -Cholera jasna! - rzuciłam zaciskając pięści po kolejnym, nieprzepisowym ataku rywala na mojego narzeczonego. Siedząca obok mnie Melanie przyjrzała mi się z zaskoczeniem. -No co, nie widziałaś tego? To tylko mecz towarzyski, a oni zaczynają faulować na pograniczu kartki!
   -Lena, spokojnie. - powiedziała z uśmiechem, zdecydowanie łagodząc ton tej wymiany zdań. Wzięłam głęboki wdech, po czym powoli wypuściłam powietrze z ust: Marco właśnie wstał z murawy po podyktowaniu przez sędziego rzutu wolnego, do którego osobiście podszedł. -On wie, co robi, wie, jak o siebie zadbać. Jogi wymaga od nich poświęcenia w każdym meczu, więc wykonują swoją pracę z dwustu procentowym zaangażowaniem. Niepotrzebnie panikujesz.
   -To wygląda coraz gorzej, obie to widzimy. - zaoponowałam, próbując się wyciszyć. Sytuacja na boisku teoretycznie wracała do normy: atak za atak, za chwilę przerwa, więc żadna z reprezentacji nie chciała stracić "bramki do szatni". Jednak po tym, czego doświadczyłam w ciągu pierwszej połowy tego widowiska, z ostrożnością podchodziłam do tego, co jeszcze nas czeka. 
   -Obudzisz Isabell, a tego chyba nie chcesz. - kontynuowała siostra piłkarza, spoglądając na drzemiącą w nosidełku dziewczynkę. Ostatnio często z nami podróżowała i chyba tam było jej najwygodniej. -Po prostu wrzuć na luz. To nie pierwszy jego ciężki mecz...
   Nie zdążyła dokończyć tego zdania, gdyż Marco znów padł ofiarą brutalnego ataku jednego z Armeńczyków. Upadł, zwijając się niemal wpół, z twarzą wciśniętą w boiskową trawę uderzał o nią otwartą dłonią, prosząc w ten sposób o pomoc. Minęła chwila, nim sędzia zareagował, przerywając grę, po czym leżącego na murawie Niemca otoczyła zdecydowana większość grających zawodników. Andre i Mario, ludzie, z którymi chciał spędzić najwięcej czasu w Brazylii, dopadli do niego jako pierwsi. Brunet podniósł rękę, dając wyraźny znak służbom medycznym. Mijały sekundy, minuty, a on wciąż się nie podnosił, kamery telewizyjne nie były w stanie dotrzeć do pożądanego obrazu. Gdy na ekranie telewizora pojawił się przygotowany do zmiany Lukas Podolski dotarła do mnie powaga sytuacji. Byłam jej całkowicie świadoma, choć nadal nie chciałam w to wierzyć.
   -To się nie dzieje. - powiedziałam sama do siebie, choć Mel na sto procent słyszała, że sprawdza się właśnie najgorszy z możliwych scenariuszy. -Błagam, powiedz, że to się nie dzieje!
   -Jeszcze nic nie wiemy... - zasugerowała nieśmiało, gładząc moje ramię. -Nie krzycz, proszę, to nie pomoże.
   Wszystko, co następowało dalej, śledziłyśmy w milczeniu. Długa przerwa, lekarze na boisku, leżący Reus i pomagający mu stanąć na nogi przyjaciele. A właściwie na jedną, bo o stąpaniu na tej drugiej, owiniętej na razie w zwykły bandaż, nie było mowy. Wspierając się na ramionach medyków, przy aplauzie kibiców i odprowadzony wyraźnie zaniepokojonym wzrokiem selekcjonera, ze spuszczoną maksymalnie w dół głową udał się do szatni. On już to wiedział. Ale najgorsze, że to mój narzeczony, który od kilku miesięcy nie żył niczym innym poza tymi mistrzostwami. Stanowiły bardzo ważną część jego kariery zawodowej. A teraz, w ułamku sekundy, stanęły pod wielkim znakiem zapytania.
   -Lena... - Melanie delikatnie i niepewnie dźgnęła mnie łokciem. -Wszystko w...
   -Muszę zadzwonić. - ucięłam krótko i zerwałam się na poszukiwania telefonu. Skończył właśnie mecz, obiecał mi, że wtedy porozmawiamy... -Natychmiast.
   -Nie odbierze... Poczekaj godzinę, może dwie...
   -Nie mów mi, co mam robić! - wrzasnęłam, przestając kontrolować nerwy. Kobieta otworzyła szeroko oczy, dając mi do zrozumienia, że przesadziłam. -Nie powinnam teraz tutaj być! Może nie jest tak źle, może nie wszystko jeszcze stracone...
   Płacz niespodziewanie wyrwanej ze snu Isabell nie sprawił, że powróciło trzeźwe myślenie, wręcz przeciwnie - doprowadził do spontanicznej decyzji, niezbyt mądrej, ale jedynej, która stanowiła dla mnie słuszne rozwiązanie. Ostrożnie wzięłam ją na ręce, wyrzucając sobie wybuch złości i tuląc do piersi, szeptałam jej na ucho uspokajającym, matczynym tonem.
   -Nic się nie stało, Malutka... - powiedziałam, całując jej drobne czółko. -Mama zabiera cię na wycieczkę...
   -Lena, oszalałaś! - syknęła Mel, lecz nie miałam siły i czasu, by jej udowadniać, że nic nie zdziała. Załatwiłam to jednym spojrzeniem. -Mogę z nią zostać, ale nie próbuj... Jest późno...
   -Więc przypilnuj ją, proszę, dopóki nie spakuję najpotrzebniejszych rzeczy. - weszłam jej w zdanie, nie pozostawiając złudzeń, po czym uśmiechnęłam się do Isabell, gładząc jej policzek. -Jedziemy do taty.


~~~


   Logiczne działanie Mario, co ma miejsce naprawdę rzadko, pozwoliło mi przetrwać noc w Mainz. Podczas mojej podróży na południe zarezerwował, a raczej oddał mi swój pokój w hotelu, w którym nocowała reprezentacja, polecił, bym wpisała adres w GPS, a gdy dotrę na miejsce, pokieruje mnie do szpitala, w którym Reus ma przechodzić wstępne badania. I tak oto siedzieliśmy w środku nocy na jego łóżku rozmyślając, co dalej. Rozumieliśmy, że o tej porze nie wpuszczą nas na oddział, więc zostaliśmy poniekąd zmuszeni poczekać przynajmniej do rana. Isabell oczywiście spała, więc mogłam pozwolić sobie na chwilę odpoczynku.
   -Lena... - zaczął Mario, zerkając na dziewczynkę w celu uniknięcia mojego wzroku. -Zdajesz sobie sprawę, że Woody raczej wypada z kadry na Mundial, prawda?
   Nie odpowiedziałam. Dotarło to do mnie w momencie, w którym okazało się, że nie może opuścić boiska o własnych siłach. Powoli oswajałam się z tą myślą, lecz nie wiedziałam jeszcze, jak on to przyjmie. I czy w ogóle przyjmie.
   -Nie jestem pewna, czy on ma tą świadomość.
   Ta dziwna wymiana zdań przerywana długimi chwilami milczenia stawała się nieznośna dla nas obojga, więc zdecydowaliśmy się jej nie kontynuować. Odczuwaliśmy już postępujące zmęczenie, u piłkarza spowodowane rozegranym meczem, u mnie natomiast pokonaną nagle, daleką trasą za kierownicą auta. Najlepszą opcją wydawało się pójście spać, ale odpłynięcie w sen przy takiej dawce emocji, w dodatku negatywnych, na pewno będzie graniczyło z cudem. Mimo wszystko, musieliśmy spróbować. Mario jutro wylatuje do Brazylii, a ja... Prawdopodobnie zabiorę Marco w drogę powrotną do domu.
   -Całe szczęście, że nie jest już tak podobna do Reusa, jak po narodzinach. - rzucił Mario dla zmiany tematu, kołysząc Isabell w nosidełku. Być może spodziewał się entuzjastycznej reakcji z mojej strony, ale nie potrafiłam wykrzesać z siebie nic, poza słabym uśmiechem, co nie umknęło jego uwadze. Westchnął zrezygnowany i objął mnie ramieniem. -Lena, będzie dobrze, zobaczysz. To mogło przytrafić się każdemu i tylko ogromny pech sprawił, że padło akurat na niego. Był zbyt dobry w tym meczu... Ale wróci jeszcze silniejszy i odbuduje formę, wierzę w to. To tak jakby mój brat, nigdy się nie poddaje.
   Teraz się uśmiechnęłam. Bo gdzieś głęboko we mnie błysnęło światełko nadziei, że ten głupiutki brunet się nie myli.
   Rano ocknęłam się wraz z jego budzikiem. Obiecał mi, że razem odwiedzimy Marco jeszcze zanim reprezentacja uda się na lotnisko, więc nie tracąc czasu, przewinęłam i nakarmiłam Isabell, po czym od razu pojechaliśmy do szpitala. Przypuszczałam, że to spotkanie nie będzie należało do łatwych, ale byłam na nie przygotowana. Znałam go, wiedziałam, czego teraz potrzebuje i nie zamierzałam odpuścić. On postąpiłby dokładnie tak samo.
   Lekarz jedynie potwierdził hipotezy o wykluczeniu z kadry, o którym w niemieckiej ekipie mówiło się od wczoraj i zapewnił też, że informacja ta została już przekazana mojemu narzeczonemu. Nie dowiedziałam się jednak, jakie wrażenie to na nim wywarło, dostałam za to wiadomość, że trener znalazł już jego następcę. Kątem oka spojrzałam na Mario - przepraszająco wzruszył ramionami, dając mi tym samym do zrozumienia, że szybkie działanie było konieczne. Reprezentacja nie może posiadać luk, co było dla mnie sprawą oczywistą. Marco został zgłoszony do zawodów, więc jego miejsce musiał zająć ktoś inny. I miałam nadzieję, że ten ktoś sprosta zadaniu, jakie przypadło mu w udziale.
   -Idziesz pierwsza. - rzucił brunet, przyglądając mi się z uwagą, kiedy lekarz opuścił nasze towarzystwo przed drzwiami jednej z sal. -Zostanę z Isabell na korytarzu, dobrze?
   Kiwnęłam głową, oddając mu moją córkę pod opiekę, po czym wzięłam głęboki wdech i naparłam na klamkę.
   Reus siedział na szpitalnym łóżku, bokiem do wejścia, odwracając głowę maksymalnie w kierunku okna. Słyszał, że ktoś pojawił się w pomieszczeniu, lecz nawet nie zainteresował się, kto. Jego lewą stopę, aż po samą łydkę, otulał gips w zielonym kolorze. Kolorze nadziei. Już wtedy serce pękało mi na milion kawałków, ale musiałam wykonać pierwszy krok, to ja pierwsza muszę się odezwać. Świadoma, że powinnam uważać na każde wypowiadane słowo, zebrałam myśli, by nie popełnić najmniejszego błędu, bo każdy mógł być dla niego szalenie bolesny.
   -Więzadła w kostce, prawda? - spytałam cicho, nie spuszczając z niego wzroku. Zastygł na chwilę w bezruchu, po czym powoli odwrócił głowę. Jego przekrwione oczy wyrażały wszystko, co chciał mi przekazać. -Marco, ja...
   -Co ty tu robisz? - spytał z niedowierzaniem, marszcząc czoło. Nieznacznie zmienił pozycję, co odebrałam jako zaproszenie do podejścia bliżej. -Kiedy przyjechałaś?
   -W nocy.
   -Słucham? - wycedził świdrując mnie spojrzeniem, co totalnie zbiło mnie z tropu. -Oszalałaś?! Narażałaś się, przecież coś mogło ci się stać, mogłaś zasnąć za kierownicą, mogłaś...
   -Ale się nie stało. W przeciwieństwie do ciebie.
   Zacisnął usta, zepchnięty ze zwycięskiego podium. Właśnie na to liczyłam, więc niekończącymi się fochami nie wytrąci mnie z równowagi. Jeśli rozkaże mi, żebym wyszła - wyjdę. Ale nie zostawię go z tym strasznym poczuciem, że w nikim nie znajdzie teraz wsparcia.
   -Nie mam nic na swoją obronę. - szepnął rozgoryczony. -Nie umiem ci tego wytłumaczyć, Mała. Co chcesz usłyszeć? Że wygrałaś? Że zabiła mnie moja pewność siebie? Że zlekceważyłem twoje uwagi? Moje marzenia właśnie prysnęły jak bańka mydlana, więc nie żałuj sobie, twoje docinki będą przynajmniej mniej bolały.
   -A może chcę tylko, żebyś miał świadomość, że jestem dumna z tego, co wczoraj pokazałeś? Że dałeś z siebie wszystko, pomimo, iż przypłaciłeś to cierpieniem? Że dla mnie już teraz jesteś mistrzem świata i że nadal zamierzam za ciebie wyjść? Czy to, że cię kocham, też straciło dla ciebie znaczenie? Życie nie kończy się na jednym Mundialu, Marco...
   -Od dawna na niczym tak bardzo mi nie zależało. - warknął, za wszelką cenę próbując ukryć wzbierającą w nim falę rozczarowania i bólu. -Na niczym, poza tobą. Czy nie mogę lecieć do Brazylii tylko dlatego, że mam ciebie? Czy to jakaś kara albo nieświadomie dokonałem jakiegoś wyboru?
   -Myślę, że gdy ochłoniesz i na spokojnie przemyślisz całą tą sytuację, wyciągniesz inne wnioski. Powinnam cię teraz zostawić samego? - zapytałam z tajemniczym uśmieszkiem. -Przyjechali ze mną ludzie, którzy chcieliby cię jeszcze zobaczyć.
   -Götze może sobie darować. Zadzwonię do niego później, żeby mnie rozgrzeszył.
   -Nie ma dużo czasu, chce się tylko pożegnać. Poza tym, nie tylko on na ciebie czeka. - puściłam do niego oczko, gdyż nie wiedział, co mi chodzi po głowie. -To jak?
   -Pięć minut, nie więcej. - zgodził się łaskawie. -A później mogę wracać do domu.
   Skomentowałam to wymownym milczeniem, po czym podeszłam do drzwi, by dać sygnał Mario, że jego przyszywany brat wydał pozwolenie na odwiedziny. Blondas nie miał pojęcia, że drugim gościem okaże się jego własna córka. Spowodowane tym faktem jego wzruszenie bardzo mnie jednak zaskoczyło. Być może opadł już z sił, czuł się całkowicie bezradny, a ona na nowo dodawała mu energii i sprawiała, iż docierało do niego, że musi walczyć, że jeśli nie teraz, to następnym razem, że na pewno się uda. Mario, zrozumiawszy, iż dla Reusa przestał liczyć się otaczający go świat, uściskał go po przyjacielsku i obiecał wywalczyć mistrzostwo dla Niemiec, ale przede wszystkim dla niego, po czym pożegnał się z nami i popędził do hotelu spakować resztę rzeczy. Marco natomiast wziął Isabell na ręce i z ogromnym uczuciem pocałował ją w czoło.
   -Był już u mnie Jogi i koleś, który zrobił mi to. - skinął głową na swoją kontuzjowaną nogę. -Ale o niej ani o tobie nawet nie pomyślałem. Naprawdę przyjechałaś tu z nią tylko po to, żeby zabrać mnie do domu?
   Wzruszyłam ramionami, nie odbierając mu satysfakcji z tego spotkania. W zasadzie tak właśnie było. Gdyby nie zerwane więzadła w jego kostce, siedziałby już w samolocie do Brazylii i zobaczylibyśmy się dopiero na kilka dni przed ślubem. Teraz przynajmniej spędzi trochę czasu w swoim rodzinnym mieście, z najbliższymi, nad przygotowaniami do wesela i skupi się na rehabilitacji. Wprawdzie nie wynagrodzi mu to wydarzeń, które mógłby przeżyć na drugiej półkuli, ale w takich sytuacjach nawet najmniejsze pozytywy potrafią cieszyć, kiedy się je doceni.
   -Wyjedźmy stąd na kilka dni, błagam. - powiedział nagle, wpatrując się bez przerwy w tulące się do niego maleństwo. -Ty, ja i ona. Podróż przedślubna. Nie wytrzymam w Niemczech ze świadomością, że powinienem być gdzie indziej. Grecja?
   Podróż przedślubna. Jeśli ten eksperyment poprawi mu humor, może być nawet Syberia.


***



TĘSKNIŁAM!!!
Kilka spraw organizacyjnych i pędzę dalej w świat:
1. Rozdział jest nudny i może zawierać literówki, za co z góry przepraszam (pisany w laptopie, a takie, które powstają bezpośrednio w wersji elektronicznej, nigdy nie są dobre w moim wykonaniu).
2. Nie napisałabym go, gdyby nie Wy: naprawdę nie miałam pojęcia, że ktoś jeszcze tutaj zagląda, tym bardziej, ze w ogóle nie odpowiadałam na Wasze komentarze, ale nie chciałam znów pisać, że wszystko się opóźni, dlatego postanowiłam chwilowo wziąć się w garść i coś stworzyć, coś dennego, ale jednak coś :)
3. Harmonogram na najbliższy czas przedstawia się następująco: w pracy zostaję do 10 września. 12 wracam na studia, a od 14 do 16 zdaję egzaminy poprawkowe (nie pytajcie, co przeżyłam w czerwcu). Mam jednak plan, by epilog tego opowiadania pojawił się jeszcze przed moim wyjazdem do domu, a obiecany bonus nieco później (tak, żeby zamknąć to opowiadanie już na dobre). W związku z tym historia Irminy i Marco wróci dopiero w drugiej połowie września. Ale wróci.
4. Jestem szczęśliwym człowiekiem xD Czuję, że dużo się przez te wakacje zmieniło, poznałam mnóstwo fantastycznych ludzi z całej Polski, popsułam telefon (co było tylko kwestią czasu) i słuchawki, nauczyłam się dzięki temu żyć bez snapchata (nie... to niemożliwe, gdybym się tego nauczyła, moim pierwszym planowanym wydatkiem nie byłby nowy smartfon xD) i polubiłam te dni, kiedy jestem tak strasznie zajęta, a czas leci tak szybko... Nie wiem, po co Wam o tym mówię :p Jeśli ktoś dobrnął do tego momentu, to chyba po prostu chciałam, żebyście wiedzieli, dlaczego ostatnio znacznie ograniczyłam internety.
5. DZIĘKUJĘ <3 Za to, że czekałyście i za to, że (mam nadzieję) jeszcze będziecie czekać. Przysięgam, że zrobię wszystko, żeby Was nie zawieść i jak tylko znajdę troszkę więcej wolnego czasu nadrobię wszystko to, z czym jestem do tyłu.
KOCHAM, DO ZOBACZENIA

czwartek, 12 maja 2016

39. Alles kommt mit der Zeit

   Otworzyłam oczy, lecz automatycznie nabrałam ochoty, by je zamknąć. Dzisiejszej nocy Isabell była okropnie uciążliwa i nerwowa, a jej nieustający płacz dawał mi się we znaki. Obecnie zbierałam owocne żniwa - znów musiałam do niej wstać, tym razem szalenie niewyspana i półprzytomna ze zmęczenia. Na szczęście instynkt macierzyński czuwał i ciągle podpowiadał mi, że nie mogę jej zostawić. Po prostu nie mogę.
   Nie miałam pojęcia, co się z nią dzieje. Nie gorączkowała, przewijałam ją regularnie, a i tak nadal coś nie pasowało. Jak nie płakała, to łkała, w najlepszym przypadku cicho kwiliła, ale za nic w świecie nie chciała zasnąć. Nie traciłam cierpliwości, a jedynie kolejne pomysły, jak jej pomóc, bo każdy następny wydawał się coraz mniej skuteczny. Odnosiłam wrażenie, być może błędne, że cierpi przez moją niemoc i gdy tylko o tym myślałam, łzy same napływały mi do oczu. Żałowałam, że nie posiadam większego doświadczenia, bezradność mnie przytłaczała, ulgi nie przynosiły nawet te chwile, w których Isabell się wyciszała, gdyż wiedziałam, że sytuacja będzie się powtarzać. Nie byłam pewna, jak długo jeszcze to zniosę, ale musiałam. Inne wyjście nie istniało.
   Kiedy spędzałam kolejne minuty nad jej łóżeczkiem, walcząc ze sklejającymi się powiekami, do sypialni, Bóg jeden wie, skąd, wszedł Marco. Rzucił tylko dwa spojrzenia: na nią i na mnie. Sympatyczny, pełen ciepła uśmiech zniknął z jego twarzy, zastąpiony wszechogarniającą troską. Znowu chciał zbawić świat i poprawić sytuację, ale tak się zwyczajnie nie da. Zgodnie z tym, co powiedziała Yvonne, ten trudny okres można i trzeba jedynie przeżyć. Jedynie.
   -Kochanie, wszystko w porządku? - spytał zaniepokojony, ostrożnie kładąc dłonie na moich ramionach. -Dobrze się czujesz?
   -Tak, tylko... Nie mogę spać i...
   -Czyli nie. - podsumował siadając obok. Przyglądał mi się z uwagą, ale nie odwróciłam głowy. -O co chodzi?
   -Też chciałabym wiedzieć, Marco. - jęknęłam podpierając czoło rękoma. -Tak było przez całą noc... Sprawdziłam już wszystko, zaczyna brakować mi pomysłów... I siły.
   -Okej, więc ja spróbuję. - rzucił pewnie i nim zdążyłam w jakikolwiek sposób zareagować, pochylił się, po czym wziął Małą na ręce, wyciągając ją z łóżeczka. Ocknęła się, wytrącona z prowizorycznego snu i skierowała na niego całą swoją uwagę. Znów się uśmiechnął i mogłabym wręcz przysiąc, że ona zrobiła to samo. Wierciła się popiskując cicho, a Reus po prostu czekał. Wyglądało to tak, jakby testowała jego cierpliwość i opanowanie, bo poprzez kopanie nóżką w jego przedramię i delikatne szarpanie za koszulkę usiłowała chyba wyprowadzić go z równowagi. Jakby szukała dowodów na to, iż naprawdę ma przed sobą Marco Reusa, jej ojca i prawnego opiekuna. Zrezygnowana i jednocześnie usatysfakcjonowana, zastygła na moment w bezruchu, a później wtuliła się w jego klatkę piersiową. Taktyka doskonale mi znana od samego początku...
   Pięć minut. I nie ma tematu o problemach z zasypianiem.
   -Powinnam się zorientować. - mruknęłam, gdy wyraźnie zadowolony z siebie Reus okrywał ją kołderką. -Tatuś wrócił z meczu. Musisz mnie tego nauczyć.
   -To trudne, bo nie jesteś mną. - roześmialiśmy się oboje, jednak on zachował czujność i kucnął przede mną, nie pozwalając mi uniknąć jego spojrzenia. Splótł nasze palce, wciąż mnie obserwując. -Na pewno nic ci nie jest? Nie obraź się, ale nie pamiętam, kiedy ostatnio...
   -Wiem, dzięki. - wtrąciłam sarkastycznie, uśmiechając się lekko pod nosem. -Wykończyła mnie... Bałam się, myślałam, że może coś ją boli...
   -Mogłaś dzwonić. - powiedział łagodnie. -Jeśli nie do mnie, to do Yvonne albo do mojej mamy. One ci pomogą, Lena. Nie wstydź się tego, że nie wszystko jeszcze ogarniasz, ja też nie jestem cudotwórcą i lekarzem. To wszystko przyjdzie z czasem... Nie myśl, że Isabell tęskni tylko za mną. Gdyby z tobą nie miała kontaktu przez prawie trzy doby, prawdopodobnie marudziłaby tak samo. A prawda jest taka, że ciebie potrzebuje teraz bardziej, niż mnie.
   -Ja to rozumiem, po prostu...
   -Za bardzo się o nią troszczysz. - znów wszedł mi w słowo, więc cmoknęłam z dezaprobatą, ale kompletnie to zbył. -Nie bądź nadopiekuńcza, ona sobie poradzi. Możesz mówić, że odbieram to z męskiego punktu widzenia, ale sama przyznałaś, że dzisiejsza noc cię wyczerpała. Ja wiem, że chciałaś dobrze, wierzę w to, ale nie było mnie w domu i nie mogłaś nic na to poradzić. Co chciałaś zrobić? Ona jest trochę jak ty, kiedy się o mnie martwisz: z tą różnicą, że ty drżysz o moje zdrowie i o to, czy wrócę w jednym kawałku, a ją obchodzi tylko to, że mnie nie ma. I tylko dlatego nie daje ci żyć.
   -Może masz trochę racji...
   -Mam też 3-letniego siostrzeńca, który stosował podobną taktykę. Co w rodzinie, to nie zginie. - podsumował, stając na równe nogi, po czym wyciągnął do mnie rękę. -Więc teraz przestajesz się przejmować i... Przygotuję ci kąpiel, okej? Odprężysz się. Albo lepiej nie, bo zaśniesz i się utopisz... Popołudniu. A teraz idź się połóż, a ja zostanę z Małą, może być?
   -Może. - pokręciłam z niedowierzaniem głową, na co przyciągnął mnie do siebie i pocałował w czoło.
   -Kocham cię. I dziękuję, że jesteście. Obie.


~~~


   Miał rację, chociaż to nie powinno już uchodzić za jakiekolwiek zaskoczenie. Półtorej godziny w wannie, tylko dla siebie, naprawdę dobrze na mnie wpłynęło. Niczego ode mnie nie chciał, nie przeszkadzał mi, choć gdzieś w podświadomości krążyła ta myśl, że pewnie chętnie by to zrobił... Ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, że nie jestem jeszcze na to gotowa. Od porodu minęło zbyt mało czasu i nawet nie przeszło mi przez głowę, by wracać do tego tematu.
   Po wyjściu z łazienki bez żadnego pośpiechu powędrowałam do sypialni, przebrałam się w coś ekstremalnie wygodnego i zdecydowałam, że sprawdzę, na jakim etapie dnia zatrzymał się Reus. Isabell spała, lekko zaciskając piąstkę, zatem błyskawicznie dotarło do mnie, iż blondas maczał w tym palce. Faktycznie, stawała się do niego podobna i te charakterystyczne cechy wspólne z biegiem dni uwydatniały się coraz bardziej. Wprawdzie nie wiedzieliśmy jeszcze, jaka będzie, kim zechce zostać i jaką drogą pójść, lecz niekiedy łapałam się na tym, że intensywnie się nad tym zastanawiam. I nie mówiłam o tym Marco, bo szczerze wątpiłam, że się ze mną zgodzi.
   Zastałam go w salonie na kanapie, w pozycji półleżącej oglądającego mecz. A raczej powtórkę spotkania z Bayernem sprzed kilku kolejek. Zaabsorbowany wydarzeniami na boisku, nie zauważył mojej obecności, czym zbytnio się nie przejęłam, gdyż chwilę później prześliznęłam się pod jego ręką, zajmując miejsce tuż obok. Przyciągnął mnie do siebie, obejmując ramieniem, więc ułożyłam głowę na jego torsie, a jedną stopę wsunęłam między kolana.
   -Długo będę pamiętał ten dzień. - oświadczył znienacka, wplatając dłoń w moje włosy, gdy na ekranie cała drużyna robiła "kołyskę". -To nie zdarza się co sezon. Może nawet już nigdy się nie powtórzy.
   -Będzie o to ciężko. - potwierdziłam z uśmiechem. -Ale nigdy nie mów nigdy. Być może zmienią się barwy, koledzy z klubu i przeciwnik, ale uczucia pozostaną te same.
   -I zmieni się prawdopodobnie stawka zakładu. - dodał, na co uniosłam wzrok, zerkając na niego ze zdziwieniem. Westchnął z głupkowatym uśmieszkiem na ustach. -Założyliśmy się z Lewym, który z nas strzeli tą bramkę... Przegrałem. W innym wypadku nie wziąłbym sobie na plecy takiego ciężaru.
   -Nie zrobił tego specjalnie?
   -Jasne, że tak, wydało się w szatni. - przyznał rozbawiony. -Cóż, może kiedyś nadarzy się okazja do rewanżu.
   Nie skomentowałam tego, bo oboje doskonale wiedzieliśmy, że mój brat i jego małżonka nie planują na razie potomstwa, skupiając się na swoich karierach. Ich decyzja, ale też ich strata... Z drugiej strony, oczami wyobraźni widziałam już proszącego mnie o radę Bobka... I naprawdę nie mogłam się doczekać, aż to ja zostanę ciocią. Można by powiedzieć, że nasza rodzina będzie wtedy kompletna.
   -Napisała do mnie Kaja. - rzuciłam dla zmiany tematu. Woody automatycznie zmarszczył czoło.
   -Po co?
   -Chciałaby wpaść do nas z Robinem, żeby zobaczyć Małą. Obiecałeś, że...
   -Pamiętam. - burknął strzelając kolejnego, niezobowiązującego focha. Z trudem utrzymywałam powagę, by go nie urazić. -Kiedy?
   -Noo... Zależy, kiedy ty znajdziesz czas. - mruknęłam nieśmiało i natychmiast spotkałam się z jego paraliżującym wzrokiem. Wiedziałam, o co chodzi, ale postanowiłam dalej grać. -No co? Oni chcą przyjechać do nas, nie tylko do mnie czy Isabell. To chyba logiczne, nie?
   -Jakoś nie mam ochoty przy tym być. - sarknął podnosząc się do pozycji siedzącej. Nie mając wyjścia, poszłam w jego ślady. -I szczerze mówiąc, myślałem, że mi tego oszczędzisz.
   -Szczerze mówiąc, uznałam, że jako głowa rodziny nie będziesz mógł się doczekać tego spotkania. - rzuciłam, zadziornie poruszając brwiami. Niemal od razu połknął haczyk, przywdziewając na twarz coś w rodzaju dumnego uśmieszku. -Kiedy byłam w ciąży, odtrąciłeś mnie od Kai, żeby mnie nie dotknęła, tylko dlatego, że związała się z Robinem, a teraz mógłbyś już zostawić z nimi naszą córkę? Dobrze, w takim razie zadzwonię i przekażę im, że nie musimy dopasowywać się do ciebie i mogą wpaść, kiedy zechcą.
   Unikając wyraźnie zaskoczonego spojrzenia mojego narzeczonego, wyplątałam się z jego objęć i zamierzałam wstać, by iść po telefon. Nie było mi to jednak dane, gdyż Reus błyskawicznie przeanalizował naszą wymianę zdań i nie pozwolił mi na to. Pociągnął mnie za rękę, więc wylądowałam na jego kolanach, a on sam poprawił się na kanapie i zakleszczył dłoń na moim biodrze, gdybym przypadkiem chciała uciec. Wpatrywaliśmy się w siebie, dopóki nie skapitulował. Przesunął ustami po moim policzku, składając na nim delikatne pocałunki.
   -Przepraszam. - wymamrotał skruszony, zdając sobie sprawę ze swojej porażki. -Tym razem ty masz rację. W zasadzie już od jakiegoś czasu zastanawiam się nad tym, że musiałbym z nim pogadać... Przyjaźnimy się przecież tyle lat... Mam kontakt z Marcelem i nie zanosi się na to, żeby mieli ze sobą zerwać.
   -Jesteś prawdziwym wsparciem. - stwierdziłam zgryźliwie, dźgając go w żebra. Jęknął przeciągle, zanosząc się słabym śmiechem. -On ją kocha, ona jego też. I jak widzisz, zupełnie nie przeszkadza im fakt, że tobie się to nie podoba. Kiedy Fornell mnie nie lubił...
   -Wiem, wiem, powtarzasz to bez przerwy. - wtrącił, kreśląc wymyślne wzory na wysokości mojego uda. -Nie wyobrażam sobie, że mógłbym cię kiedykolwiek stracić. I być może oni czują to samo... Zadzwonię i porozmawiam z nim. Ale później, okej?
   -Dlaczego później?
   -Bo teraz jestem z tobą i dla niego nie mam czasu. - odparował ku mojemu zdziwieniu. Patrzyłam na niego, kiedy opuszkami palców odgarniał opadające na twarz kosmyki moich włosów, a potem nagle mnie pocałował. I to nie był jeden z tych normalnych, codziennych pocałunków, potrafiłam je już odróżniać. To był ten, który zawsze coś oznaczał, zawsze do czegoś prowadził. Przestraszyłam się, bo nie miałam pojęcia, czy robi to w konkretnym celu czy dlatego, że po prostu chce. Prześwietlanie jego myśli sprawiało mi w tym momencie problemy, być może celowo mi ich nie udostępniał. Jego dłonie błądziły już pod moją koszulką, ciasno oplatając talię. I to była chyba ta chwila, gdzie musiałam powiedzieć "dość". W każdej następnej mogłoby być za późno.
   -Marco...
   -Spokojnie, rozumiem. - szepnął wprost w moje usta, nadal pozostając niebezpiecznie blisko. Zapewne słyszał mój spłycony, przyspieszony oddech. -Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy. Poczekam. Chcę tylko, żebyś wiedziała, że nadal potrzebuję cię tak samo, jak kiedyś.
   Patrzyliśmy na siebie, szukając w tym wszystkim drugiego dna. On nie znalazł, ja owszem. Dał mi wyraźny sygnał, że powinnam się pospieszyć i choć nie wypowiedział tego głośno, przekaz był dość jasny. Z drugiej jednak strony, upewniłam się, że nic mi nie grozi, bo Woody nie posunie się do niczego, czego sobie nie życzę. Już od jakiegoś czasu miał do mnie mnóstwo cierpliwości, przez co coraz częściej zastanawiałam się, skąd ją czerpie. Jego wargi wciąż znajdowały się w niewielkiej odległości od moich, więc wykorzystałam to i ponownie delikatnie je musnęłam. Wyczułam, że znów się uśmiecha. I w sumie to by było na tyle, bo gdy na nowo zatracaliśmy się w sobie, z sypialni dobiegł nas cichy, dziecięcy płacz. Oderwałam się od Reusa, na kilka sekund opierając czoło o jego ramię.
   -Moja kolej, prawda? - spytałam, zamykając oczy. Skinął twierdząco głową, wspierając podbródek na moich włosach.
   -Twoja. I powiedz jej przy okazji, że w życiu są takie momenty, w których rodzicom po prostu się nie przeszkadza.
   Gdy się podniosłam, na jego twarzy tkwił żartobliwy banan, a kiedy uderzyłam go w klatkę piersiową, zwyczajnie się roześmiał. Miał trochę racji. Ale Isabell miała też jeszcze trochę czasu, żeby to wszystko ogarnąć.


~~~


   Ćwiczyłam właśnie podzielność uwagi. Jednym okiem zerkałam na leżącą na kocyku Isabell, która tylko jakimś cudem nie spała, pewnie oczekując powrotu Marco z treningu, a drugim już od dobrych trzydziestu minut łypałam na wypełniającą się moim pismem kartkę papieru. Musiałam coś wypróbować, coś, czego niedługo będę potrzebowała, a czego jeszcze się nie nauczyłam i na razie średnio mi to wychodziło. To niby tylko cztery literki, ale strasznie kłopotliwe w pisaniu, a jak jeszcze łączy się je z jedenastoma kolejnymi... W zasadzie tych jedenastu nie będę używać tak często, jak tych czterech, ale w nielicznych przypadkach na pewno się przydadzą... Sama utrudniałam sobie życie, ale chyba po prostu taka już byłam.
   Mały brzdąc obok mnie usilnie próbował zmienić pozycję, kołysząc się na wszystkie możliwe strony świata, więc chcąc dać jej więcej bezpieczeństwa, wstałam od stołu i wzięłam ją na ręce. I właśnie w tym momencie do mieszkania wszedł Reus. Spanikowałam, gdyż wolałam, żeby nie odkrył moich artystycznych dzieł, które aktualnie pozostawały bez opieki, bo trzymałam dziecko na rękach. Mogłam jedynie łudzić się, że nie zwróci na nie uwagi i istniała na to duża szansa, bo po zajęciach w klubie pierwsze kroki zazwyczaj kieruje do lodówki. Niestety, nie tym razem. Zauważywszy, że jestem z Isabell, rzucił torbę treningową w korytarzu i automatycznie przeszedł do salonu. Banan na jego twarzy wskazywał, że ma dziś dobry humor. I oby tak zostało.
   -Hej. - podszedł do mnie, witając się zwyczajnym buziakiem w usta, po czym zerknął na już wpatrującą się w niego Isabell. -Ooo, nasza księżniczka nie śpi? Niemożliwe!
   Wyciągnął ręce, żeby ją ode mnie przejąć, więc podałam mu ją bez wahania i zyskałam trochę czasu, żeby uprzątnąć blat, jednak chyba zbyt mocno się spieszyłam, bo Woody dostrzegł, że zbieram zapisane kartki papieru i jak na złość musiał się nimi zainteresować. Zbliżył się i zerknął mi przez ramię, ale natychmiast przycisnęłam swego rodzaju notatki do klatki piersiowej.
   -Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy. - fuknęłam niby żartobliwie, ale chyba się nie nabrał. -Nie mam już prawa do prywatności?
   -Szykujesz już pozew rozwodowy? - spytał, zadziornie unosząc brew, na co przewróciłam jedynie oczami. -Skoro nie, to pokaż, co to. Obiecuję, że nie będę się śmiać, a przynajmniej spróbuję.
   Kiedy Isabell głośno pisnęła, przy okazji ziewając demonstracyjnie, zrozumiałam, że Reus totalnie przeciągnął ją na swoją stronę i zostałam w tym domu zdana już tylko na siebie i swoje umiejętności negocjacji. Teraz jednak postawili mnie pod ścianą i nie miałam już nic do powiedzenia. Westchnęłam teatralnie i z ciężkim sercem podałam mu zapiski, które trenowałam w zasadzie już od kilku dni, ale do tej pory udawało mi się je ukryć. Zlustrował je zaciekawiony i uśmiechnął się szeroko. Spodobało się. Swego rodzaju sukces osiągnięty.
   -Wygląda fajnie. - skomentował oddając mi kartki z powrotem. -Ale... Chcesz nosić dwa nazwiska? Myślałem, że wybierzesz tylko moje...
   -Długo o tym myślałam, naprawdę. I uznałam, że jedno po prostu mi nie pasuje... Chciałabym przyjąć twoje i jednocześnie zostać przy swoim. W gruncie rzeczy i tak zapewne nie będę go używać zbyt często... - przygryzłam wargę zauważywszy, że się zamyślił. Isabell powoli zasypiała, nie przejmując się zbytnio naszą wymianą zdań. -Gniewasz się?
   -Nie. - spojrzał na mnie z delikatnym uśmiechem. Odetchnęłam z ulgą. -Po prostu inaczej to sobie wyobrażałem, ale nie chcę kwestionować twoich wyborów. Jeśli sądzisz, że tak będzie dobrze, to okej.
   -Jednak się gniewasz. - stwierdziłam krzyżując ręce na piersi. -Poznaję to po twoim głosie, Marco. Nie miej mi tego za złe... Przecież nazwisko chyba nie jest najważniejsze, prawda?
   -Pewnie, że nie. Dlatego zadowolę się tym, że mimo wszystko będziesz miała moje. A skoro panieńskiego i tak nie zamierzasz używać, no to w czym problem? - wzruszył beztrosko ramionami. -Ale jednego ci nie zazdroszczę: tego okropnie długiego podpisu w papierach urzędowych. Powodzenia.
   Puścił do mnie oczko, po czym przeniósł uwagę na spokojnie oddychającą w jego ramionach dziewczynkę. Nie było mi dane zbyt długo cieszyć się jej obecnością wśród żywych, bo właśnie zasnęła. I niech ktoś próbuje mi wpierać, że między nią a Reusem nie istnieje żaden spisek - nie uwierzę. Bo jeszcze nigdy nie spotkałam się z taką synchronizacją organizmu ojca z dzieckiem.


***


Dawno nie było tak, że cień szansy stał się rzeczywistością i rozdział jednak się pojawił... Najwyraźniej wszystko jest możliwe :)

Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, że to już przedostatni rozdział... I ten moment musiał kiedyś nadejść. Nie wydarzy się już nic spektakularnego, jak widać powyżej, więc mogę już teraz przyznać, że nie starczyło mi czasu na wprowadzenie jednego powrotu i przyznam Wam, kto to miał być. Na krótką chwilę, pewnie kilka rozdziałów, chciałam przywrócić do opowiadania... Semira :) Wyczytałam kiedyś, że w rzeczywistości ma rodzinę w Niemczech i pomyślałam, że przypadkowe spotkanie z ciężarną Leną mogłoby być nawet ciekawe... Ale sporo miejsca zabrało zamieszanie związane z Reusem w Barcelonie, więc zdecydowałam się już nie wplatać tego wątku. Oczywiście będzie epilog i obiecany bonus, więc pojawią się jeszcze trzy, może cztery posty :)

Tymczasem w Borussii kolejny szok i niedowierzanie... I nie byłabym sobą, gdybym tego nie skomentowała. Hummels. Tak, w zasadzie nie będę sobą, bo nie mam słów, żeby się do tego odnieść. Człowiek, który krytykuje decyzję Götzego, który jest kapitanem, po 8 latach gry w Dortmundzie nagle stwierdza, że chce do domu... Mam tylko nadzieję, że do trzech razy sztuka. No i przestałam już wierzyć w piłkarskie przywiązanie do klubu, nie wierzę nawet w zapewnienia Reusa, który uparcie zarzeka się, że on w Borussii to może nawet skończyć karierę, że kasa nie gra dla niego roli, bla bla... Jeśli faktycznie tak będzie - zwrócę honor. Obecnie nie wierzę w słabe próby złagodzenia sytuacji przed nadchodzącym transferem.

To tyle. Końcówkę maja mam nieco napiętą, ale mam nadzieję, że uda mi się coś napisać i opublikować :)
Komentujcie! ❤

poniedziałek, 2 maja 2016

38. Die Kraft der Liebe

   -Lena, nie zapomnij założyć jej czapeczki. Na dworze wcale nie jest tak ciepło, jak myślisz, bo zerwał się silny wiatr.
   -I dobrze zapnij kurteczkę, do samego końca! Przecież nie chcecie już na samym początku przysporzyć sobie problemów.
   -Reus dał mi wczoraj klucze do mieszkania, więc czekamy na was. Błagam, pospieszcie się, jestem głodny!
   -Gdybyś potrzebowała...
   -Wszystko zrozumiałam, dotarło! - wtrąciłam przerywając tą zanoszącą się na nieskończenie długą litanię od moich rodziców oraz Anny i Bobka. -Nie jestem pewna, ale chyba nie zginiemy i dojedziemy spokojnie do domu. Tak czy inaczej, dzięki za troskę.
   -Siostra, serio, przyjedźcie jak najszybciej! - jęknął z powagą Robert. -Anka nie dała mi obiadu, bo powiedziała, że zjemy dopiero u was... Cierpię już na niedobór magnezu, wapnia i tych wszystkich innych pierwiastków, ogólnie słabną mi kości i czuję, że zaraz zemdleję... Pomożesz?
   -Jasne, mam nawet dla ciebie propozycję: idź się lecz. - rzuciłam, po czym usłyszałam w słuchawce jego śmiech. Wraz z Isabell czekałyśmy właśnie na Reusa, który od kilkunastu minut załatwiał nam wypis ze szpitala, abyśmy mogły w końcu wrócić do siebie i zacząć normalnie funkcjonować. Nie ukrywałam, iż pobyt tutaj trochę już mnie męczył, a w domowym zaciszu będę miała szansę odpocząć. Jeśli oczywiście córeczka mi na to pozwoli. -W sobotę musisz być w formie, żeby strzelać Bayernowi bramki.
   -Reus strzeli. - stwierdził, a ja wyobraziłam sobie, jak swobodnie wzrusza przy tym ramionami. -Jestem o tym więcej niż przekonany, więc mogę nawet okazać się zbędny.
   -Nie wykręcaj się. Wszyscy na ciebie liczą i Ania bardzo dobrze wie, co robi, odstawiając ci jedzenie. Jeszcze jej za to podziękujesz.
   -Na pewno. - burknął oburzony, że nie stanęłam po jego stronie. -Własna siostra też przeciwko mnie... Nie raz zapytasz, czy zostanę z Isabell, wtedy zobaczymy, kto będzie kozak!
   -Dobrze, braciszku, zobaczymy. - powiedziałam łapiąc oddech, by powstrzymać śmiech. -Założę się, że i tak nie odmówisz.
   -A zamierzasz uczyć ją polskiego? Przecież nie będziemy z nią rozmawiać tylko po niemiecku... Zmuś Woody'ego, żeby nauczył się naszego języka!
   -Pogadamy o tym później, okej? Muszę już kończyć. - dodałam dostrzegłszy nadchodzącego z plikiem dokumentów pomocnika. Gdy wszedł do sali, automatycznie zmarszczył czoło, domyślając się, że rozmawiam z Lewym. -Wytrzymaj jeszcze jakieś pół godziny, a później się najesz, obiecuję.
   -Okej! To czekamy! Pa.
   Gdy zakończyłam połączenie, mój narzeczony wciąż wpatrywał się we mnie zaciekawiony. Nie wiedział oczywiście, o co się rozchodzi, lecz nie zamierzał odpuścić i poznać szczegóły naszej rozmowy. Przewróciłam wyłącznie oczami, kątem oka zerkając na grzecznie śpiącą w nosidełku Isabell.
   -Robert umiera. - westchnęłam teatralnie, napotykając jego niespokojny wzrok, przez co z trudem powstrzymałam śmiech. -Z głodu. Ania go nie nakarmiła i biedak żyje tylko na śniadaniu, a jak znam nasze mamy, w kuchni na pewno już przepięknie pachnie... Nie zazdroszczę mu.
   -Ja też, ale go rozumiem. I wcale się nie dziwię, że już długo nie pociągnie. Jeden posiłek od samego rana... Horror.
   -Reus... - popatrzyłam na niego litościwie, na co uśmiechnął się szeroko. -Czy to znaczy, że ty też jesteś głodny? Błagam, powiedz, że...
   -Kochanie, mam za sobą parę godzin treningu. - wyjaśnił, podchodząc bliżej, po czym na moment położył przyniesione papiery na stoliku i usiadł obok mnie. -Klopp daje nam wycisk, bo za chwilę mecz w Monachium... I jednocześnie stara się zrozumieć, że właśnie zostałem ojcem, bo proponował mi nawet kilka dni wolnego. No, a co tam u mojej kruszynki?
   Pochylił się nad drzemającym niemowlęciem, a następnie poprawił jej czapeczkę i ucałował drobne czółko. Przyglądałam mu się z uwagą, lecz albo udawał, że tego nie dostrzega albo faktycznie jego córka zaabsorbowała go do tego stopnia, że nie zwrócił uwagi na to, co mówi. Na jego nieszczęście ja usłyszałam. I nie zabolało mnie to ani trochę, lecz następnym razem będzie musiał ostrożniej dobrać słowa. W zasadzie będzie musiał je dobierać już do końca życia.
   -Twojej? - zaakcentowałam ze sztucznym wzburzeniem, zakładając ręce na piersi. Podniósł głowę, łącząc tym samym nasze spojrzenia, po czym jak gdyby nigdy nic, wzruszył ramionami.
   -Czepiasz się szczegółów. - mruknął, znów całkowicie skupiając się na jego małym odzwierciedleniu. -To chyba nic takiego, prawda?
   -Nie no, pewnie, że nie. - zgarnęłam z szafki dokumenty i wstałam, by założyć kurtkę. Nie zrobiłam jednak nawet kroku, bo złapał mnie za rękę i błyskawicznie odwrócił w swoją stronę. W jego oczach dostrzegałam mieszankę rozbawienia oraz niepewności, lecz nie potrafiłam rozstrzygnąć, które dominowało. Jedno było pewne: zaraz znów udowodni mi, że moja głupota nie zna granic.
   -Lena, ona nic nigdy między nami nie zmieni. - oświadczył z powagą, splatając nasze palce. -Może jedynie to, że już zawsze będzie mi o tobie przypominała. Ona daje mi wyraźny dowód, że powinienem kochać cię jeszcze bardziej i tak jest - nawet, kiedy nie widzisz. Jeżeli potrzebujesz ode mnie czegoś więcej, powiedz mi o tym.
   -Marco, ja...
   -Nie chcę być jak Semir. Nie chcę powielać jego błędów, do niczego cię nie zmuszam, nie naciskam, próbuję cię nie ograniczać. Mów, czego ode mnie oczekujesz, żeby nie utrudniać mi zadania.
   -Możemy już wracać do domu? - rzuciłam sucho, odsuwając się od niego, by następnie iść w końcu po płaszczyk. Obserwował mnie zastanawiając się, gdzie popełnił błąd. Doceniałam każde jego słowo, aczkolwiek wspominanie Bośniaka nie należało do najcudowniejszych pomysłów tego dnia. Co zamierzał mi przez to udowodnić? -Bardzo cię o to proszę. Mam już dość, zjedzmy ten obiad, a później położę się na jakiś krótki czas, dobrze?
   Nie skomentował tego. Pokiwał jedynie głową, po czym wziął nosidełko z Isabell i przepuścił mnie w drzwiach sali. Jego milczenie skłoniło mnie do rozmyślania nad tym, czy nie potraktowałam go zbyt ostro, ale nie doszukałam się żadnych wad. Wyrzuciłam z siebie to, co leżało mi na sercu. I miałam nadzieję, że Marco odebrał to w odpowiedni sposób.


~~~


<Marco>
   Dotarcie do domu okazało się trudniejsze, niż to sobie wymyśliłem. Przed szpitalem zaskoczyli nas paparazzi - ktoś musiał mnie wsypać, zauważywszy na parkingu moje auto. Nie pytali o nic, po prostu robili zdjęcia i całe szczęście, bo widziałem doskonale tańczące w oczach Leny iskierki wściekłości. I podzielałem jej uczucia. Dziecko to strefa życia prywatnego, którą chcesz szczególnie chronić przed mediami, przynajmniej dopóki nie osiągnie pewnego wieku. W mojej profesji to trudne, lecz jak najbardziej wykonalne, dlatego szybko przemknęliśmy w kierunku samochodu, starając się nie zwracać na nich uwagi. Okładki gazet i tak mamy już zarezerwowane bez większego wysiłku.
   W mieszkaniu pojawił się kolejny problem - z moją narzeczoną. Nasza córeczka całkowicie skradła serca obu rodzin, które poświęcały jej mnóstwo czasu także podczas obiadu, z czego Lena niekoniecznie wydawała się być zadowolona. Z kilometra dało się zauważyć, że coś nie gra, a że ostatnio sporo czytałem o kobietach w końcowej fazie ciąży, a także o ich zachowaniach tuż po porodzie, snułem już swoje przypuszczenia. I uznałem, że to najwyższa pora, by zasięgnąć porady eksperta. Odszukałem wzrokiem Yvonne, która wraz z Anną siedziała na kanapie, mówiąc do Isabell, aby ponownie zasnęła. Zatrzymałem się na moment, nie wiedząc, czy wypada im przeszkodzić. Wyglądały naprawdę uroczo, ale... No właśnie, jeszcze nie raz z nią zostaną. A kobieta mojego życia cierpi i ja nie mam pojęcia, jak jej pomóc.
   -Yvonne, znalazłabyś chwilę? - zapytałem opierając dłonie o sofę. Obie spojrzały na mnie zaciekawione. -Musimy porozmawiać. To pilne.
   Anka nie odezwała się ani słowem, wyciągnęła za to ręce, dając nam do zrozumienia, że zaopiekuje się Isabell, nie pozostawiając jednocześnie wyboru mojej siostrze. Ułożyła dziewczynkę w ramionach karateczki, po czym wyszła za mną na balkon i przymknęła drzwi. Zajęła miejsce w fotelu ogrodowym, oczekując mojego ruchu.
   -Coś złego dzieje się z Leną. - zacząłem prosto z mostu, opierając się o barierkę. -Naskoczyła na mnie w szpitalu, a teraz praktycznie w ogóle się nie odzywa. Wiem, że jest wyczerpana, niewyspana, ale nigdy taka nie była.
   -Marco, widziałeś, jak wygląda poród. - powiedziała, stając w obronie Polki. -Byłeś przy tym. Ona nie zregeneruje się w pięć minut, powinieneś dać jej kilka dni, może tydzień. Następne miesiące będą dla was trudne dopóki Mała nie nauczy się przesypiać całej nocy. Musisz to przeżyć, nie ma drogi na skróty.
   -A nie pomyślałaś... To znaczy... Ja ją znam, może niedługo, ale znam, bo spędzamy razem większość wolnego czasu. I ja nie wierzę w przypadki, Yv. Może ona wpadła... Albo wpada w depresję. Po prostu. Tak się zdarza, prawda?
   -No... Tak. I to też jest jakieś rozwiązanie. - stwierdziła zamyślona. -Ale sądzisz, że jej to dotyczy?
   -Ja się spóźniłem, ona się stresowała, bała się... Nie do końca ogarniam, skąd to się bierze, ale...
   -Nie szukaj dziury w całym, braciszku. To, że teraz jest zła czy uszczypliwa, nie musi oznaczać najgorszego. Przez nocne wstawanie do Isabell też będzie marudzić i płakać, ale to właśnie twoja rola polega na tym, by udowodnić jej, że jesteś i że może na tobie polegać. To ty będziesz musiał od czasu do czasu powiedzieć: "połóż się, odpocznij, teraz ja się nią zajmę, przewinę, nakarmię, uśpię, wyjdę na spacer. Rola ojca nie kończy się tylko na tym tytule.
   -I to wystarczy? - zmarszczyłem brwi wpatrując się w siostrę. Zmrużyła oczy, podrażnione przez słabe promienie wiosennego słońca. -Nie chcę mieć na nią złego wpływu...
   -Powinno, jeśli to nic poważnego. Jeżeli natomiast zauważysz, że faktycznie nie radzi sobie psychicznie, delikatnie zaproponuj jej wsparcie psychologa. Ale czuję, że to nie będzie konieczne. - uśmiechnęła się pokrzepiająco. -To silna dziewczyna, przebywałam z nią ostatnio, obserwowałam ją. Zachowywała zimną krew i nie dała po sobie poznać, że się denerwuje, nawet kiedy wyjechałeś do Kolonii. Więc nie martw się o nią przesadnie, bo to też dobrze nie wróży. Przezwycięży trudności, sama, a ty nawet nie zorientujesz się, kiedy. Masz szczęście, wiesz?
   -Wiem. - mruknąłem, szczerząc się pod nosem. -Wiem od dawna, więc dlaczego mi o tym mówisz?
   -Żebyś pamiętał jedną rzecz. - wstała i zbliżyła się do mnie, po czym położyła dłoń na moim ramieniu. -Że tylko ty masz taką narzeczoną i matkę twojego dziecka, a później może kolejnych dzieci i żonę. I nawet, jeśli strzela fochy lub na ciebie krzyczy i prowokuje kłótnię, i tak cię kocha. Doceniaj to. Bo może tego nie czujesz, ale ja to widzę.
   Gapiliśmy się na siebie niemal jak w przedszkolu. Prawdopodobnie się nie myliła. Może Lena faktycznie oczekuje ode mnie jedynie większej uwagi, częstszych zapewnień o miłości i zwykłych, prostych gestów, które sprawiają, że każdy dzień staje się lepszy. I mojej obecności, której teraz potrzebuje najbardziej.
   -Myślisz, że powinienem odpuścić mecz z Bayernem i zostać z nimi w domu? - spytałem lustrując jej twarz. -Klopp obiecał, że jakoś to zniesie i zrozumie.
   -Porozmawiaj z nią wieczorem. - wzruszyła swobodnie ramionami. -W ten sposób dostaniesz najlepszą odpowiedź.
   -Ale...
   -Marco, ja to nie Lena. - wtrąciła unosząc brwi. -Nie bój się tej rozmowy, ona ci ufa i nie zje cię, jeśli poruszysz ten temat. No, i nie będziesz sobie wyrzucał, jeśli jednak zdecydujesz się zagrać.
   -Dzięki siostra. - podsumowałem, z wdzięcznością klepiąc ją po plecach. -Zawsze powiesz coś mądrego w odpowiednim momencie.
   -Ktoś musi za ciebie myśleć. - pokazała mi język, na co przewróciłem wyłącznie oczami. -Nie przejmuj się zbytnio. A teraz nie powinieneś już wracać do Isabell? Podejrzewam, że za tobą tęskni.
   -Przyjdę za pięć minut, okej? - wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia, zanim wyszła. -Ale gdyby coś się działo, to krzycz.
   Pokiwała głową i zniknęła we wnętrzu mieszkania, a ja odwróciłem się tyłem do wejścia i opuściłem wzrok. Nie dostałem jednak najmniejszych szans, by pobyć ze sobą sam na sam, ponieważ po kilkudziesięciu sekundach drzwi ponownie się otworzyły i ktoś wyszedł na zewnątrz. Zamknąłem oczy, w napięciu oczekując pierwszych wyrazów.
   -Nawet nie myśl o tym, żeby nie jechać. - padło z jej ust. Nieco zdezorientowany, zerknąłem na nią przez ramię. Opierała się o ścianę, wpatrując się we mnie z powagą. Bolało, bo ponownie ogarnęło mnie to przeczucie, że coś schrzaniłem. -Może Yvonne zamknęła drzwi, ale zapomniała o uchylonym oknie, a w zasadzie o tym, że siedzę tuż przy nim.
   -Dużo słyszałaś? - stanąłem na wprost niej, gdy się zbliżyła. Prychnęła, przywdziewając na twarz szyderczy uśmiech.
   -Wszystko. Yv ma bardzo donośny głos i to najwyraźniej też wyleciało jej z głowy. Wybraliście trochę pechowe miejsce.
   -Przepraszam, musiałem się komuś wygadać. Martwię się o ciebie i chcę, żeby wszystko było w porządku. - odpowiedziałem szczerze. I wtedy zrobiła coś, czego na obecną chwilę się nie spodziewałem: uśmiechnęła się w swoim naturalnym stylu, a następnie objęła mnie w pasie i schowała twarz w mojej klatce piersiowej. Usiłowałem odnaleźć się w sytuacji, gładząc jej włosy, ponieważ przez długi czas milczała, głęboko zaciągając się powietrzem. Zmienność nastrojów to chyba też stan depresyjny. Pozostawało mi jedynie wierzyć, że się mylę.
   -To ja cię przepraszam, Marco. - szepnęła trwając w bezruchu. Zrozumiałem, że przemyślała to, co zaszło. -Postąpiłam jak mała, nieposłuszna dziewczynka i zdaję sobie z tego sprawę. Nie wpadłam w żadną depresję, czuję się całkiem okej, nic mi nie jest, ale podtrzymuję to wymęczenie i ochotę na spokojny sen w swoim łóżku. Nie zwariowałam, przysięgam.
   -Więc o co ci chodzi? - zapytałem bez pretensji w głosie, najłagodniej, jak potrafiłem. Westchnęła głośno, wypuszczając powietrze z płuc.
   -To głupie... - jęknęła, wciąż opierając czoło o mój tors. -Ale robiłam i mówiłam już o wiele bardziej beznadziejne rzeczy, więc... Jedna więcej chyba nie sprawi, że znudzą ci się moje pomysły... I że przestaniesz się śmiać.
   -No, zobaczymy. - bąknąłem unosząc kąciki ust. -Obiecuję, że się powstrzymam, a przynajmniej spróbuję, dawaj.
   -Bo... Wtedy w szpitalu, jak powiedziałeś do Isabell, że... I tutaj, w mieszkaniu, wszyscy powtarzali, że jest do ciebie podobna i... Ja wiem, że... Ech... Po prostu byłam zazdrosna o własne dziecko. - wyrzuciła z siebie, więc zlustrowałem ją zszokowany, ale wciąż unikała mojego wzroku. -A teraz już rozumiem, że nie powinnam. Nie mam pojęcia, co we mnie wstąpiło, przecież to tylko malutka, bezbronna istotka, zupełnie nieświadoma tego, jak bardzo namieszała...
   -Lena... Serio? Wybacz, nie chciałem! - dźgnęła mnie w żebro, kiedy wybuchnąłem niepohamowanym śmiechem. -Przez całe popołudnie chodziłaś obrażona na mnie tylko dlatego, że nasi bliscy porównywali Isabell do mnie? Myszko, przecież to ani twoja ani moja ani tym bardziej jej wina! Nie zmuszaj mnie do tego, żebym ją przez tobą chronił.
   -Bardzo śmieszne. - fuknęła odsuwając się nieznacznie. -Trochę mi odbiło, a ty się nabijasz. Dałeś mi słowo, że ona nic między nami nie zmieni.
   -A zmieniła?
   -No... Właściwie nie. - tym razem to ona się roześmiała, sama nie dowierzając w to, co powiedziała. -Może odrobinę. Ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Wiele rzeczy dookoła się zmieniło...
   -Możliwe. - przyznałem ujmując jej podbródek, by wreszcie na mnie spojrzała. -Ale to, co do ciebie czuję, zawsze pozostanie takie samo, a jeśli nie, to na pewno nie osłabnie. Nie wiem, kiedy przestaniesz w to wątpić, ale mam nadzieję, że dożyję tego dnia.
   Zawstydziła się, bo na jej policzkach pojawiły się wyraźne rumieńce, które zresztą idealnie do niej pasowały. Nie mogąc się powstrzymać, musnąłem lekko jej wargi, po raz kolejny przyciągając ją bliżej siebie. Po kilku godzinach w stresie wszystko się wyjaśniło i wróciło na właściwe tory. Może nie trwało to wieczność, lecz okropnie mi ciążyło.
   -Powinniśmy chyba wejść do środka. - stwierdziła, dotykając mojego policzka, co potwierdziłem skinieniem głowy. -Twoi rodzice chcą już jechać, wypada ich pożegnać... A twoja córka nie będzie spała w nieskończoność.
   -Nasza. - poprawiłem ją uszczypliwie, a ona pokręciła jedynie nosem i odwróciła się do drzwi. Ciągle trzymałem jednak jej dłoń, przez co popatrzyła na mnie pytająco. -Kocham cię. Nawet wtedy, kiedy udajesz wariatkę i największą wiedźmę na świecie.
   -Ja też cię kocham, Woody. I będę cię kochać także wtedy, gdy okaże się, że nasze dziecko odziedziczyło po tobie rude włosy.
   Bez komentarza. Podsumować to można tylko jednym zdaniem: Lena Lewandowska rzeczywiście potrzebuje paru dni, by odzyskać formę i osobowość, którą zauroczyła mnie już prawie dwa lata temu.


~~~


<Lena>
   Dwa dni wystarczyły, by doprowadzić się do w miarę dostatecznego stanu używalności. Prowizorycznie wypoczęłam, odespałam trud porodu, odsunęłam na bok wszystkie absurdy, którymi zasypywałam Reusa i zaczęłam funkcjonować z dzieckiem w domu. Na więcej na razie nie mogłam sobie pozwolić, ponieważ Isabell budziła się co dwie godziny, domagając się posiłku, po czym znów odpływała i na tych dwóch czynnościach opierała się jej niemowlęca egzystencja. Nie czułam się jakoś tragicznie przemęczona, martwiłam się za to o narzeczonego, którego zapewne dręczyły te nocne pobudki, jednak stanowczo odmówił, by któreś z nas przeniosło się do gościnnej sypialni, mało tego, sam niejednokrotnie wstawał i przynosił mi ją do łóżka, a potem usypiał. Nie narzekał, nie protestował, nie usłyszałam od niego ani jednego "nie", unikał też wszelkiego rodzaju fochów i obraz majestatu. Ojciec idealny w końcu miał swoją córeczkę tatusia.
   W tą wyczekiwaną przez wszystkich sympatyków Borussii sobotę, a raczej w piątkowy wieczór, niemal siłą wyrzuciłam go z domu, by stawił się w klubie i razem z drużyną udał na mecz do Monachium. Spieraliśmy się o to, czy ma zostać, czy lecieć i wspierać kolegów na Allianz Arena. Widziałam, że waha się z podjęciem właściwej decyzji, lecz jednocześnie zdawałam sobie sprawę, iż każda uszczęśliwi go tak samo, więc nakazałam, by się spakował i jechał na stadion, dopóki jeszcze zdąży. W żadnym wypadku nie chciałam się go pozbyć. Zależało mu, by utrzeć nosa Mario, by wygrać, strzelić bramkę i razem z Lewym wykonać kołyskę, o której trajkotają już od kilku dni. Klopp na niego liczył, wszyscy kibice trzymali kciuki za zwycięstwo. Zatrzymanie go w domu byłoby moim dużym grzechem.
   Aktualnie przebywałam z trzema paniami - siostrami Marco i Anią, która bardzo chciała zobaczyć siostrzenicę swego męża oraz jednym panem - synem Yvonne, który również stopniowo nabywał obsesji na punkcie swojej kuzynki. Pozostałe partnerki zawodników wybrały się do Bawarii, by z trybun dopingować swoje połówki. Czekaliśmy właśnie na gwizdek rozpoczynający drugą połowę, Isabell spała, a BVB póki co prowadziła 1:0 po golu Henrikha Mkhitaryana. Robert i Marco bez przerwy posyłali sobie głupkowate uśmiechy, co szybko stało się naprawdę zabawne i wyglądało tak, jakby sami opracowywali plan pogrążenia przeciwnika. Już od pierwszych sekund drugiej części meczu konstruowali swoje akcje, wpadali w pole karne Bayernu, napędzali kontry, zmuszali do błędów. I to się opłaciło. W 49. minucie Lewy posłał Reusowi piękną, prostopadłą piłkę między obrońców w czerwonych trykotach, a gdy ten ją przyjął, nie było już opcji, by zmarnował tą okazję. Po prostu uderzył i futbolówka wpadła do siatki. A właśnie na to czekała cała jedenastka żółto-czarnych i parę tysięcy kibiców na trybunie, pod którą akurat znajdowali się piłkarze. Bobek podbiegł do świętującego blondyna i wskoczył mu na plecy, a później razem oczekiwali, aż cały zespół zbierze się razem, w jednym miejscu. I nie pamiętam, kiedy ostatnio jakakolwiek cieszynka przyniosła tej dwójce tyle radości. Kiedy ostatnio czerpali tyle satysfakcji ze wspólnej gry. Kiedy ostatnio byli tak dumni ze swoich występów, a w oczach Reusa wręcz błyszczało szczęście. Dziś byli jednością, tryumfowali jako team, jako wspólnota, a kilka miesięcy temu skakali sobie do gardeł, gdy Marco oświadczył, że odchodzi do Barcelony. Los potrafi być szalenie przewrotny. A jeden wielki, mały człowiek posiada taką siłę, iż jest w stanie moralnie ustawić duet dorosłych facetów. Siłę miłości.


***


Nie wiem, co mam Wam powiedzieć... Po prostu I'm back :) A przynajmniej taką mam nadzieję :) Nie chcę składać żadnych obietnic, ale nie przewiduję już tak długich przerw... To znaczy przewiduję, ale o tym później. Na razie jeszcze o tym nie myślę :)

Zapraszam też zeszłotygodniowy (nieco nieudany, ale jednak) rozdział na drugim blogu [klik]

Buziaki ❤