wtorek, 15 września 2015

18. Und was weiter?

   Mętlik. Istny mętlik w głowie. Spodziewałam się wszystkiego, ale nie tego, przecież do tej pory uchodziło nam na sucho... Co więc musiało się wydarzyć, że tym razem nie wyszło? Raczej nie zrobiłby tego specjalnie... Powiedziałby mi, gdyby miał taki plan.
   -Lena, znów się denerwujesz. - upominała mnie Anka, pilnując, abym na pewno do końca wypiła jej ziołowy napar. -Przestań, nie możesz. Nie będę cię reanimować, bo boję się, że mogłabym cię skrzywdzić.
   -Przepraszam. - wychrypiałam, odetchnąwszy głęboko. -Po prostu nie potrafię sobie wyobrazić, co dalej.
   -A co ma być? - spojrzała na mnie, jakbym wypowiedziała najdurniejsze zdanie świata. -Jesteś w szóstym tygodniu ciąży, za siedem i pół miesiąca zostaniecie rodzicami. Nie zmienisz tego.
   -Ale ja mam dopiero dwadzieścia jeden lat i studia do skończenia... Poza tym, milion razy prosiłam go, żeby się zabezpieczał, a on za każdym odmawiał... To musiało się kiedyś stać.
   -I on doskonale o tym wiedział. Pomyśl, może jego postępowanie było celowe? Może on chce mieć z tobą dzieci, ale nie ma pojęcia, jak z tobą o tym porozmawiać, co?
   -Po pierwsze, zawsze twierdził, że założenie rodziny ustala ze swoją dziewczyną. Po drugie, rok temu doszedł do wniosku, że jestem za młoda na ciążę i oboje mamy mnóstwo innych obowiązków. - wyliczałam skrupulatnie. -A po trzecie, rozstaliśmy się w pewnym sensie, więc nie jest w stanie mi pomóc. Ostateczny rezultat wynosi więc 3:0 na naszą niekorzyść. Nic dobrego z tego nie wyniknie.
   -Najpierw z nim pogadaj, a później wyciągaj wnioski, okej? - zmarszczyła czoło, wskazując na kubek, który trzymałam, gdyż zirytowała się, bo od dłuższej chwili nie upiłam ani łyka. -Poradzicie sobie. Kiedy Borussia wyjedzie na mecz, zostaniesz ze mną lub z jego rodziną, gdy mnie nie będzie. Wszystko się ułoży, zobaczysz.
   -Podziwiam twój optymizm. - mruknęłam z delikatnym uśmiechem. Poklepała mnie po ramieniu.
   -Myśl pozytywnie! - uśmiechnęła się serdecznie. -Zostaniesz mamą, Marco tatusiem, wasi rodzice dziadkami, a jego siostry i my z Lewym będziemy najcudowniejszym wujostwem na świecie. Nie mogę się doczekać!
   Marco tatusiem. Rodzice dziadkami. Wstrząsały mną niebezpieczne dreszcze, gdy te fakty przemykały przez moją głowę. Ja matką. Dzisiejsza młodzież głupieje.
   -Kochanie, muszę cię spytać jeszcze o dwie rzeczy. - dodała Anna, przypatrując mi się z uwagą. Znałam ją nie od wczoraj i widziałam, że szykuje kolejne torpedy. -Wytłumacz mi, bo nie umiem pojąć: jakim cudem przegapiłaś półtora miesiąca ciąży? Zrozumiałabym trzy, cztery tygodnie, ale sześć?
   -Nie wiem. - wzruszyłam bezradnie ramionami. -Ciągle pracowałam, nie pilnowałam miesiączki, sądziłam, że złe samopoczucie bierze się z przemęczenia.
   -Piłaś na naszym weselu...
   -Szampana na początek i kilka lampek wina. Nie czułam się na siłach, by nie wiadomo jak bardzo się upijać.
   -Niech ci będzie. - odpuściła, zapewne unikając niepotrzebnego spięcia. -Ale od teraz powinnaś bardziej na siebie uważać. I jeszcze jedno... Nie myśl, że ci nie ufam, ale... To tylko przezorność. Lena, ten Mario Casas nie ma nic wspólnego z twoim stanem, prawda? Nie bądź na mnie zła... Powiedz szczerze.
   -Ania, o czym ty mówisz? - otworzyłam szeroko oczy, wpatrując się w nią z ogromnym zaskoczeniem. -Nie rozśmieszaj mnie... To niedorzeczne. Poza planem nigdy się nie całowaliśmy... On kocha Marię, a ja kocham Marco, pomimo tego, że wróciła Carolin. Więc nie pytaj o to więcej, proszę.
   -W porządku, spokojnie. - złapała moją dłoń nie bacząc na to, jak zareaguję. -Zapomnijmy o tym, zajmiemy się czymś przyjemniejszym.
   -To znaczy?
   -No, jak to? Trzeba zadzwonić do Roberta i do twoich rodziców!


~~~


<Marco>
   Wracaliśmy właśnie samolotem do Dortmundu po wygranym spotkaniu z Eintrachtem. Można powiedzieć, że ten mecz wyszedł nam jako drużynie, lecz przede wszystkim nie byłem dumny z siebie. Zaliczyliśmy najlepszy start sezonu od kilkunastu lat, ale osobiście nie pokazałem się tak, jak pragnąłem - ze swej najlepszej strony. I doskonale wiedziałem, że na moją słabą dyspozycję wpływa nieobecność Leny. Nie odzywała się, a ja codziennie zachodziłem w głowę, jak się czuje i czy powinienem do niej napisać. Nie doczepią się do mnie, jeśli zespół utrzyma formę, więc sądziłem, że przynajmniej na jakiś czas zyskałem spokój. Minęły dopiero cztery kolejki, a my zdobyliśmy komplet punktów, więc jeśli wpadniemy na właściwe tory, ciężko będzie nas zatrzymać.
   W samolocie chciałem usiąść z Aubą, ale na moje nieszczęście wyprzedził go Lewy. Od kilku dni przygląda mi się z dziwnie podejrzanym uśmieszkiem, z którego także teraz nie zrezygnował. Rzuciłem mu krótkie spojrzenie i udawałem, że z ogromnym zainteresowaniem przeglądam internet, lecz nie odpuścił. Zaraz po wzbiciu się maszyny w powietrze odłożył trzymaną w rękach gazetę i odwrócił się w moim kierunku.
   -Możemy pogadać? - spytał świdrując moje ruchy z dokładnością co do sekundy. Dopiero ruszyliśmy, a ja już myślałem, że oszaleję.
   -Jasne. - mruknąłem nie odrywając wzroku od iPhone'a. Czułem jednak, ze zmusi mnie do tego prędzej czy później.
   -Marco, wydaje mi się, że od pewnego czasu mnie unikasz. - oświadczył, przez co na moment zastygłem jak kamień. -Nawet na boisku, a przecież nie powinniśmy mieszać spraw prywatnych i zawodowych. Nie wiem, co zaszło między tobą a Leną, nie wiem, dlaczego się wyprowadziła, nie wiem, czy o czymkolwiek powiedziała mojej żonie. Możliwe, że cię kryje, ale nie zmuszę jej do zwierzeń. Dała mi do zrozumienia, że to wasz problem.
   Miał rację - kryła mnie, inaczej nie siedziałby koło mnie, spokojnie czytając ploty w magazynach i popijając wodę mineralną. Zdziwiłem się, że nic mu nie powiedziała i jak w takim razie wybrnęła. Stawiała mnie w tak trudnej sytuacji, iż nie miałem już pojęcia, które zagranie można uznać za fair play - ukrywanie prawdy czy wyjawienie jej prosto w oczy.
   -Popełniłem błąd, a ona mi nie wybaczyła. - wyrzuciłem, z trudem dobierając słowa. Napastnik zmarszczył czoło. -Powiedziała, że chce ode mnie odpocząć, więc się zgodziłem. Nie mogę jej do niczego zmuszać.
   -Z czym wiąże się ten twój błąd? Lub z kim?
   -Boże, Lewy. - westchnąłem ciężko, odpowiadając tym samym na jego pytanie. -Tak, z moją byłą dziewczyną. Ale nie doszło do niczego poważnego, nie zdradziłbym jej i mam nadzieję, że mi ufasz, w przeciwieństwie do twojej siostry.
   -W porządku. - zapewnił, ku mojemu zszokowaniu klepiąc mnie po plecach. -Nie musisz mi więcej opowiadać. Powinieneś mieć jednak świadomość, że Lena będzie cię bardzo potrzebować.
   -Dlaczego?
   -Spotkajcie się i porozmawiaj z nią na poważnie. - uśmiechnął się, zbijając mnie z tropu. -Macie sobie wiele do wyjaśnienia.
   -Robert, coś jej się stało? - próbowałem coś od niego wyciągnąć. -Jest chora? Z tego powodu odeszła?
   -Nie. Nic jej nie grozi, a ona sama o niczym wcześniej nie wiedziała. Zadzwoń do niej, a wszystko ci wytłumaczy, zobaczysz.
   -Powiesz mi chociaż, jak się czuje?
   -Nie najgorzej. - nadal omijał bokiem najważniejsze tematy. -Ale z dnia na dzień powinno być coraz lepiej. Całej reszty dowiesz się tylko od niej.
   -Dzięki, stary. - bąknąłem nie patrząc na niego. Nie uspokoił mnie, ale też jakimś nadprzyrodzonym zjawiskiem nie wpadłem przez tą rozmowę w panikę. -Zawsze coś.


~~~


   Nie traciłem czasu i pomimo późnej, praktycznie już nocnej pory, wybrałem jej numer zaraz po powrocie do mieszkania. Czekałem, aż usłyszę wreszcie jej głos, aczkolwiek w słuchawce wciąż rozbrzmiewały tylko sygnały oczekiwania na połączenie. Próbowałem jeszcze kilka razy, ale za każdym kończyło się tak samo. Pewnie zasnęła i wyciszyła telefon, choć nigdy tego nie robiła. Może przypuszczała, że będę szukał z nią kontaktu?
   Nie chcąc jej dłużej męczyć, poddałem się i po szybkim prysznicu położyłem się do łóżka, choć i tak nie mogłem zasnąć. Przejmowałem się tym, co w samolocie wyznał mi Lewandowski i wierzyłem, że dzięki temu mój związek nie został jeszcze spisany na straty. Jeśli Lena faktycznie będzie mnie potrzebowała, wróci. A wtedy zapomnimy o tym wszystkim i zaczniemy od nowa.
   Ponownie telefonowałem od samego rana, ale również nie udało nam się pogadać. Sytuacja powtarzała się do wyjścia na trening, a następnie aż do późnego popołudnia. Nie reagowała nawet na moje sms-y z prośbą o odzew, więc zrozumiałem, że nic z tego nie wyjdzie. Gdy zadzwoniłem do Lewego, dowiedziałem się, iż Lena wraz z Anną pojechała do Kolonii, by zobaczyć się ze Sławkiem Peszką, jego żoną oraz córeczką, a smartfona zostawiła w domu i wróci prawdopodobnie jutro. Rozłączyłem się, nie potrafiąc tego pojąć. Byłem zły, ba, byłem wściekły, a nawet wkurwiony. Jej brat zapewniał mnie, że nie obędzie się bez mojej obecności, a tymczasem wyjeżdża, nie dbając o nasz kontakt? Nie mówiąc mi o tym? Nie liczyła się z faktem, że martwię się o jej zdrowie? Spoko. Mam wolny wieczór, zatem mogę go wykorzystać tak, jak mi się żywnie podoba. Siostry zapewne spędzają czas ze swoimi ukochanymi, do rodziców głupio jechać na koniec dnia, a Marcel oraz Robin pracują dziś w studio tatuażu. Nie pozostawili mi większego wyboru - niewiele myśląc, wykręciłem numer do Carolin.
   Niecałą godzinę później siedzieliśmy na kanapie w salonie, popijając whiskey. Nie lubiłem i nie mogłem pić, rzadko sobie na to pozwalałem, ale tym razem po prostu musiałem. Przelewałem wszystkie żale na moją ex, a ona uważnie mnie słuchała. Zaskoczyło mnie to, bo odniosłem wrażenie, iż naprawdę chce mi pomóc. Wiedziała, że bardzo przeżywam to, co się aktualnie dzieje, że powoduje to deficyt mojej aktywności na murawie i prowadzi do słabych występów. Nie krytykowała, szukała wyjścia z sytuacji, nie uciekała. A ja to doceniałem.
   -Marco, nie przejmuj się, przejdzie jej. - powtarzała bez przerwy. -Ona naprawdę cię kocha, a my nie zrobiliśmy nic aż tak strasznego, żebyście musieli się rozstać...
   -Właśnie, że zrobiliśmy, Caro. - zaprzeczyłem opróżniając swoją literatkę. -Doskonale zdajesz sobie sprawę, że dużo już nie brakowało.
   -Żałuję. - przyznała gładząc moje ramię. -I obwiniam się o to, co zaszło. Szkoda też, że nie dostałam bliższej szansy poznania twojej dziewczyny, może dzięki temu nasza relacja ułożyłaby się nieco inaczej...
   -Tak sądzisz? - zerknąłem na nią. Pokiwała głową.
   -Lena jest przekonana, że cię podrywałam, a ja nie miałam okazji wyjaśnić jej, że się myli. Przecież nie musi upatrywać we mnie najgorszego wroga.
   -Może i tak... - stwierdziłem, przesuwając palcami wzdłuż brody. -Ale teraz to już nie ma znaczenia. Ona wyjechała, a wy się nie dogadałyście.
   -Nie mów tak... - znów się do mnie przysunęła, kładąc dłoń na moim kolanie. -Nie wciśniesz mi kitu, że nic do niej nie czujesz... Prawda? Uczucie od razu nie mija, coś o tym wiem.
   -Nie rozumiem... Nadal kochasz swojego byłego? - zmarszczyłem brwi, na co blondynka podniosła wzrok i połączyła nasze spojrzenia.
   -Tego sama nie jestem pewna... Ale nie o niego mi chodziło.
   -Carolin... - dzisiaj na szczęście w porę zrozumiałem, co zamierzała, dzięki czemu odsunąłem ją od siebie. -Nie zaczynaj, proszę cię. Nie zejdziemy się ponownie, nawet jeśli Lena mnie zostawi, bo ja nie potrafię o niej tak po prostu zapomnieć. Zwracam ci też uwagę na fakt, że to ty podjęłaś decyzję o zakończeniu naszej relacji, więc nie wpędzaj mnie w poczucie winy.
   -Pozwól mi. - szepnęła obejmując mnie ramieniem. Kolejna, niechciana powtórka z rozrywki. -Zastanów się, czy taka dziewczyna jest ciebie warta. Siedzisz w domu i boisz się o nią, a ona ma to w dupie i bawi się gdzieś poza granicami miasta. Nigdy nie chciałeś, aby to tak wyglądało, no nie? Może teraz cię zdradza? Kiedy do niej dotrze, że popełniła błąd, będzie już za późno, a ja przemyślałam to dawno temu. Spróbujmy, ewentualnie nie wyjdzie.
   -Caro, za dużo wypiliśmy i... - przerwała, szybko siadając na moich udach i nim w jakikolwiek sposób zareagowałem, trwaliśmy w namiętnym i żarliwym pocałunku.


~~~


<Lena>
   Odblokowałam wyświetlacz telefonu i z przerażenia zatkałam dłonią usta. Jeszcze nigdy nie widziałam tylu nieodebranych połączeń i wiadomości. Postąpiłam jak kretynka, lecz naprawdę nie miałam pojęcia, że Marco tak pilnie będzie chciał mnie zobaczyć. Bo i po co? Jeśli Bobek popisał się swoim niewyparzonym językiem, przysięgam, że mu go utnę, aby więcej nie klepał nim za moimi plecami.
   Zeszłam na dół do kuchni i zastałam go nad śniadaniem przy kuchennym stole. Podniósł się, gdy tylko mnie dostrzegł, po czym uśmiechnął się szeroko.
   -Cześć, siska. - rzucił wesoło, podając mi ciepłą herbatę. -Dla ciebie. Nie przygotowałem ci śniadania, bo nie wiem, co obecnie jadasz. Jak się czujesz?
   -Bywało gorzej. - rzuciłam upijając łyk gorącego napoju, a później zrobiłam sobie najzwyklejsze kanapki. -Reus dzwonił do mnie z pięćdziesiąt razy, to twoja sprawka? I gdzie jest Ania?
   -Śpi, dlatego dziwię się, że ty już wstałaś, wróciłyście dopiero po północy. - zauważył unosząc brwi. -A z Reusem rozmawiałem wracając z Frankfurtu, prosiłem, żebyście się spotkali.
   -Nie mogłeś mu powiedzieć, że nie wzięłam komórki? - wyrzuciłam z pretensją w głosie. -Na pewno pomyślał, że go olałam... Muszę tam pojechać. O której trenujecie?
   -Mamy wolne. Klopp udaje dziś dobrego trenera. - zażartował.
   -Świetnie. O tej godzinie na pewno nie wyszedł z domu.
   -Lena, najpierw zjedz, a potem ze spokojem idź do łazienki. Mogę cię podrzucić, jeśli chcesz.
   -Dzięki, braciszku, jesteś kochany, ale dam sobie radę. - puściłam do niego oczko. -Odpoczywaj, spędź trochę czasu z małżonką, a ja niedługo wrócę.
   Pocałował mnie w policzek i zniknął, w tempie błyskawicy pokonując schody. Kilka godzin zajęło mi pogodzenie się z faktem, iż okropnie ucieszył się na wieść, że zostanie wujkiem. Podobnie rodzice - na początku mocno się przejęli, lecz obiecali mi wsparcie i pomoc na wszelkie możliwe sposoby. Dzięki nim wierzyłam, że naprawdę jesteśmy w stanie stworzyć szczęśliwą oraz zgraną rodzinę, której nowy, maleńki członek zyska wspaniałych opiekunów, a Marco i ja sprawdzimy się w roli rodziców. Okej, jestem młoda, lecz z najbliższymi u boku mogę przenosić góry. Teraz też tak będzie. Przynajmniej tak uważałam.
   Niedługo potem szłam już korytarzem budynku, w którym oficjalnie mieszkałam. Wiedziałam, że nie wolno mi się niepokoić, lecz w ogóle nie zdawałam sobie sprawy, co chce ode mnie Marco i czy nie zaskoczę go niespodziewaną wizytą. Musiałam mu powiedzieć, ale nie orientowałam się, czy oboje jesteśmy na to gotowi. Poważne sprawy wymagają poważnej rozmowy, ale ta może nas poróżnić. Anka kazała mi jednak myśleć pozytywnie i starałam się wypełniać jej polecenie ze wszystkich sił.
   Drzwi zastałam zamknięte na klucz i nie otwierały się nawet po kilkukrotnym pukaniu, postanowiłam więc wykorzystać swój komplet i po chwili znalazłam się w środku. W oczy natychmiast ukłuła mnie butelka po mocnym, alkoholowym trunku, stojąca na ławie w salonie. Zmarszczyłam czoło. Uważałam, że Woody jest odpowiedzialny i nie sięga po procenty w środku tygodnia, na parę dni przed meczem. Zyskałam pewność, że jest w mieszkaniu, wylegując się w łóżku z kacem. A zaraz dołączy do niego jeszcze moje kazanie.
   Zbliżyłam się do kilku stopni, niepewnie rozglądając się po pomieszczeniu i wtedy je dostrzegłam. Damskie półbuty. Złapałam rękoma za barierkę, przymknęłam powieki i wzięłam trzy głębsze wdechy. Jak głupia wmawiałam sobie, że Yvonne przyjechała z Nico i została na noc. Po chłopcu nie było jednak śladu, a w każdym pomieszczeniu panowała grobowa cisza. Zakręciło mi się w głowie, aczkolwiek musiałam być silna. Dla siebie i dla mojego dzieciątka.
   Pokonałam niewielkie schody i gdy postawiłam stopy na pewnym gruncie, z łazienki po lewej stronie wyszedł Reus. Podniósł głowę i przyjrzał mi się potężnie zaskoczony, zastawiając jednocześnie lekko uchylone wejście do sypialni, przez co nie zdążyłam zbadać, czy jest pusta. Wpatrywaliśmy się w siebie jeszcze kilkadziesiąt sekund, po czym mój chłopak przejął inicjatywę.
   -Lena... - szepnął podchodząc bliżej. Miał na sobie jedynie bokserki i krótkie szorty do kolan. -Mała, co tu robisz? Dlaczego nie zadzwoniłaś?
   -Z kim jesteś? - zignorowałam jego dociekliwość, gromiąc go wzrokiem. Uśmiechnął się nic nie rozumiejąc.
   -Sam. - odpowiedział zdziwiony. -A kogo się spodziewałaś?
   -Dziewczyny, której obuwie stoi w korytarzu.
   -Kochanie, naprawdę nie mam pojęcia, co sobie uroiłaś. - obserwował mnie z pytającym wyrazem twarzy. -Ale to nieważne, musimy porozmawiać.
   -Dokładnie, bo odnoszę wrażenie, że...
   -Marco? - pewien znany mi już kobiecy głos przerwał moją wypowiedź. Piłkarz odwrócił się i wtedy wszystko stało się jasne. -Jakiś problem?
   Lustrowaliśmy ją oboje, prawdopodobnie dlatego, że była owinięta jedynie śnieżnobiałą pościelą, która zazwyczaj leżała na łóżku Reusa. Boso, bez bielizny i makijażu. Uśmiechnęła się, ukazując mieszankę tryumfu i zgryźliwości, kiedy otworzyłam szeroko usta, zszokowana jej widokiem. Miała świadomość, że wygrała, a ja poczułam, jak ogarnia mnie bezradność. Nic już nie mogłam zrobić.
   -Carolin, możesz mi powiedzieć, jakim cudem się tutaj dostałaś?! - warknął pomocnik, zaciskając pięści. Gdy zauważył, że w ogóle na niego nie patrzy, przypomniał sobie o mojej obecności. Skierował na mnie swoją uwagę i zrobił krok w przód, ale ja natychmiast wykonałam dwa w tył. -Lena, ja tego nie ogarniam...
   -Ja też nie, Marco. - syknęłam. -I nie chcę cię znać.


***


No! Myślę, że ode mnie nie potrzeba komentarza - czekam na Wasze ;)

Proszę też o cierpliwość co do następnych rozdziałów - przeszłam dziś zabieg w okolicy oka i ciężko będzie mi pisać z opatrunkiem... Jak tylko dojdę do siebie, od razu wyprodukuję coś nowego.
Pozdrawiam ♡

środa, 9 września 2015

17. Ich will mich ausruhen

Just give me a reason,
Just a little bit’s enough,
Just a second, we’re not broken, just bent 
And we can learn to love again
It’s in the stars,
It’s been written in the scars on our hearts
We’re not broken, just bent 
And we can learn to love again


<Marco>
   -Lena. - powiedziałem w końcu, odrywając plecy od fotela. -Wiem, że mnie wczoraj poniosło i nie potrafię tego logicznie wytłumaczyć, ale odezwij się choć jednym słowem, proszę. Martwię się o ciebie.
   Znów nie poskutkowało. Wczoraj to ja milczałem jak grób, a dziś ona nie zamierza ze mną pogadać. Trzy godziny temu zjedliśmy śniadanie i spakowaliśmy walizki, od piętnastu minut lecimy samolotem do Dortmundu, a nie wymieniliśmy ze sobą nawet sylaby. Rozumiałem ją doskonale, ale to cholernie bolało. Tym bardziej, iż rano pochłonęła podwójną porcję sardynek, choć na bankietowej kolacji twierdziła, że ma już dość wszystkich morskich cudów na talerzu, do tego nadal wyglądała przerażająco blado. I za nic w świecie nie chciała podać mi przyczyny.
   -Co tak długo robiłaś w łazience? - dociekałem nie spuszczając z niej wzroku. Przewróciła oczami. -Dziś i wczoraj w nocy...
   -Na litość Boską, niech przestanie cię to w końcu obchodzić! - fuknęła odwracając się do okna. -To nie twoja sprawa.
   -I tu się mylisz, moja droga. - zaprotestowałem ściskając jej dłoń, by nie miała szans jej wyrwać. -Przecież widzę, że coś ci dolega. Zaszkodził ci jakiś posiłek?
   -W pierwszej kolejności szkodzisz mi ty. - odparowała, co mnie jednak nie wzruszyło. Powoli przyzwyczajałem się do częstych ataków. -Daj mi już spokój, chcę odpocząć, przespać się. Przez ciebie dręczyły mnie problemy ze snem.
   -Przepraszam. Zdaję sobie sprawę, że to niczego nie załatwia, ale nie mam pojęcia, co mogę zrobić, żebyś mi wybaczyła.
   -Odczep się. Albo nie... - zerknęła na mnie kątem oka, ponownie siadając przodem do fotela centralnie przed nią. -Z kim podpiszesz kontrakt? Wspominałeś o zmianie klubu.
   -Podobno dostałem ofertę od Barcelony, ale ją odrzuciłem. - wyjaśniłem ze spokojem. To jeden z najgorszych faktów, którymi rzuciłem jej w twarz. -Nie byłbym w stanie odejść teraz, maleńka. Nie potrafiłbym zostawić ciebie, Nico, mojej rodziny, Marcela i Robina... Może kiedyś, lecz nie w tym momencie.
   -Wykorzystasz to jako wymówkę do ucieczki z Carolin. - mruknęła złośliwie. Nie wierzyłem, że o tym pomyślała.
   -Zapomnij, tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. - uśmiechnąłem się, ostrożnie gładząc kciukiem wierzch jej dłoni. -Lena, kochałem cię, kocham i będę kochał, niezależnie od tego, co pieprzę przy braku kontroli nad własnym językiem. Gwarantuję ci, że to uczucie nie minie, nie ma takiej opcji.
   -A to z Caro...
   -Naprawdę nie uprawialiśmy wtedy seksu, przysięgam. - patrzyłem jej w oczy, by uświadomić sobie, że mnie słucha. -Masz podstawy, by mi nie ufać, ale nie kłamię. Może któregoś dnia się przekonasz.
   -Wybacz, Marco, ale tego ci nie odpuszczę. Przesadziłeś. - oświadczyła przenosząc uwagę na błękit nieba rozpościerający się za samolotowym okienkiem, na co westchnąłem ciężko i oparłem się o wezgłowie. No cóż, zasłużyłem. Ale muszę udowodnić jej, że akurat w tej konkretnej sytuacji jest w totalnym błędzie.


~~~


   -Wychodzisz? - zapytała pojawiając się w korytarzu. Przerwałem wiązanie butów, by na nią spojrzeć.
   -Tak. Na trening. Potrzebujesz czegoś?
   -Nie. Po prostu chciałam wiedzieć.
   -W zasadzie nie jestem pewien, czy powinienem zostawić cię samą. - powiedziałem prostując się. -Wyglądasz coraz gorzej. Po powrocie zabiorę cię do lekarza, okej?
   -Marco, nic mi nie będzie, nie umrę. - zaprotestowała tonem nieznoszącym sprzeciwu. -Dopadły mnie słabsze dni i tyle.
   -Lena, te twoje 'słabsze dni' ciągną się już któryś tydzień z rzędu. - wytknąłem, nie spuszczając z niej wzroku. -Nie poznaję cię. Powiedz mi, co się stało w tej Hiszpanii? Tylko się nie unoś, błagam.
   -Muszę się po prostu zregenerować. - wzruszyła ramionami, jakby sądziła, że mnie tym uspokoi. -Dopiero teraz widzę, jak bardzo wyniszczyłam swój organizm. Do tego twoja akcja z Carolin...
   -Nie dasz mi spokoju? - obruszyłem się. -Dlaczego wciąż mi to wypominasz?
   -Bo popełniłeś błąd i nie pozwolę, żebyś o nim zapomniał.
   -Wyrzuty sumienia to najlepsza przypominajka. Okej, nieważne, rób, jak uważasz. - machnąłem ze zrezygnowaniem ręką, po czym przerzuciłem torbę przez ramię. -Porozmawiamy, gdy wrócę, dobrze?
   -Jest coś, o czym chciałabym cię poinformować już teraz. - rzuciła opuszczając wzrok. Ja natomiast zbaraniałem, wpatrując się w nią jak w wyrocznię, która za chwilę przepowie przyszłość. Nie miałem pojęcia, czego się spodziewać, ale przez moją głowę przemykało tysiąc myśli. Od normalnych po najczarniejsze.
   -No...? Słucham.
   -Podjęłam decyzję i chcę odpocząć. - oświadczyła, ponownie łącząc nasze spojrzenia. Kamień spadł mi z serca. Trochę za szybko.
   -Żaden problem. - uniosłem brwi, rozkładając przy tym ramiona. -Przecież nie będę ci przeszkadzał.
   -Nie o to chodzi. - uśmiechnęła się słabo i pokręciła głową. -Wiem, że czas ci ucieka, więc prosto z mostu: planuję przeprowadzić się do Roberta.
   -Słucham? - otworzyłem szeroko oczy, próbując przyjąć to, co dotarło do moich uszu, lecz nie potrafiło znaleźć drogi do mózgu. Nie pojmowałem, czemu PONOWNIE chce to zrobić. Moje zachowanie było karygodne, co nie podlega dyskusji, ale czy naprawdę muszą dosięgać mnie takie konsekwencje? Przecież ją cholernie kochałem, z czego doskonale zdawała sobie sprawę, a sytuacja z Caro nie miała żadnego znaczenia. Dlaczego, do cholery, znów chce wbić mi nóż prosto w serce?
   -Nie umiem udawać, że jest w porządku, podczas gdy wszystko się posypało. - szepnęła ocierając płynące po policzkach łzy. -Nie akceptujesz filmowej roli, którą zagrałam, za moimi plecami omawiasz nowe kontrakty, a moją nieobecność zapychasz intymnymi relacjami i towarzystwem byłej dziewczyny. Uważasz, że w tych okolicznościach nasz związek nadal ma sens?
   -A dla ciebie nie ma? - spytałem, głęboko w duchu oczekując pozytywnej odpowiedzi. To, co do mnie czuła, na pewno nie wyparowało w ciągu jednej doby, to tak abstrakcyjne, że wręcz niemożliwe. Skłamie, jeśli powie, że mnie nie kocha. Chyba, że... Że znalazła innego.
   -Przemyślę to. - odparła przeczesując pojedyncze kosmyki włosów. -Nie zrywam z tobą, nie zdobyłabym się na taki krok, więc nie odbieraj tego w ten sposób. Sądzę, że potrzebujemy jedynie czasu.
   -Nie musisz się wyprowadzać, aby go dostać. - upierałem się, usiłując ją zatrzymać. Miałem jeszcze szansę, a przynajmniej w nią wierzyłem.
   -Daj mi choć jeden powód, a zostanę.
   -Kiedy oficjalnie zostaliśmy parą przed Bożym Narodzeniem, obiecałaś mi, że nigdy więcej mnie nie zostawisz. I że dotrzymujesz obietnic. - dodałem licząc, że wystarczy, by ją przekonać. Przygryzła wargę i zamknęła na moment oczy.
   -Ty też mi coś przysięgałeś, gdy się do ciebie przeniosłam. - po raz kolejny toczyliśmy walkę na spojrzenia. -Że nie zdradziłbyś swojej partnerki. I co? Remis?
   -Lena, nie zdradziłem cię! - wrzasnąłem, uderzając pięścią w stolik na klucze. Następny błąd: Polka odsunęła się przestraszona, z dłonią przy ustach. Nie kontrolowałem się, lecz próbowała wmówić mi coś, czego w moim mniemaniu nie zrobiłem. Całowanie to nie zdrada.
   -Poproś Bobka, aby przyjechał po mnie po treningu. - wymamrotała, siadając na oparciu kanapy. -Spakuję się w międzyczasie. I proszę, nie mów mu, o co poszło, nie chcę, żeby zrobił ci krzywdę. Sama to załatwię.
   Koniec dyskusji. Więcej nie zdziałam. Patrzyliśmy na siebie jeszcze przez parę sekund, a potem wyszedłem, trzaskając drzwiami. Nie potrafiłem się opanować, co mnie wcale nie zaskoczyło, bo kto przy zdrowych zmysłach pogodziłby się z odejściem najważniejszej kobiety na świecie?

   "Opierała się o boczną część kanapy, strzelając roztrzęsionym spojrzeniem centralnie w moje źrenice. Ja natomiast, robiąc jeszcze jeden krok w przód, potknąłbym się o jej walizkę, postawioną przy stoliku na klucze. Spakowaną walizkę. Scena niczym z horroru, brakowało jedynie krwi i trupów. Czułem jednak, jak ta wypełnia całe moje ciało, pragnąc wydostać się na zewnątrz, niczym po ugodzeniu nożem. All inclusive. Gdzie jest reżyser? [...]
   -[...] Potrzebuję czasu, odpoczynku, mocnej głowy i silnego rozumu. Błagam, uszanuj to. Nie żegnam się z Tobą, nie mówię, że widzimy się po raz ostatni. [...]
   Wspięła się na palce, by rozpieścić moje usta swoimi wargami, po czym ujęła rączkę walizki i wyszła. Po prostu wyszła."
   Kurwa mać. Chyba przeżyłem déjà vu.


~~~


<Lena>
   -Pokłóciliście się? Polecisz do Polski? Nagrzebał sobie?
   -Kochany braciszku, doceniam twą wszechogarniającą troskę, ale to sprawa między nami. - sarknęłam zaciskając usta w ironiczną, cienką linię. -Przyjmijmy, że doszło do małego nieporozumienia.
   -Serio, niczego się nie dowiem? Nawet odrobinki? - naciskał, doprowadzając mnie jednocześnie do szału. -Powiedz, przecież mogę zawrócić i obić mu pysk.
   -Właśnie dlatego będę trzymała nasz spór w tajemnicy przed tobą. - pokazałam mu język. -Przyjaźnicie się i tak ma zostać, na boisku i w szatni potrzebujecie dobrej atmosfery.
   -Jesteś moją siostrą i nie pozwolę, by działa ci się krzywda. - zerknął na mnie, po chwili przenosząc wzrok z powrotem na drogę. -Mogę ci pomóc, jesteśmy w Niemczech tylko we dwójkę i musimy się wspierać.
   -Robert, masz żonę, mieszkacie razem, macie swoje problemy, a ja jestem już dorosła. Nie wtrącaj się, bardzo cię proszę.
   -Kto cię wychował na taką upierdliwą dzidę? - jęknął, powstrzymując się od śmiechu, gdy spiorunowałam go wzrokiem bazyliszka.
   -Ci sami ludzie, którzy wydali cię na świat, a gdy się o tym dowiedziałam, moje życie legło w gruzach.
   -Ech, spadaj. - uderzył mnie w ramię, chichocząc pod nosem. -Może Ania wyciśnie z ciebie więcej.
   Pokiwałam głową z niedowierzaniem, a Lewy w końcu odpuścił i zajął się przykładnym prowadzeniem auta. Niedługo potem wjechał na teren swojej posesji, zgasił silnik, po czym wysiadł ze środka i wyjął z bagażnika moją walizkę. Zaoferował się, iż wniesie ją do domu, więc zabrałam jego klucze i skierowałam się do drzwi. Nie zdążyłam jednak włożyć ich do zamka, gdyż w progu powitała mnie zaskoczona moją obecnością Lewandowska, która natychmiast wciągnęła mnie do holu i mocno przytuliła.
   -Lena, skarbie! Co ty tu robisz?
   -Nie przeszkadzam wam?
   -Pewnie, że nie! Właśnie kończę gotować obiad, pyszny i zdrowy, zjesz z nami? - nie czekając na reakcję z mojej strony, zaprosiła mnie w głąb posiadłości. -Przyda ci się energetyczny posiłek, okropnie pobladłaś.
   -Bardzo prawdopodobne. - bąknęłam od niechcenia. -Ale to przez Reusa, nie z braku energii.
   -Boże, co się stało? - zlustrowała mnie z niepokojem, na co westchnęłam ciężko. Mam nadzieję, że to pytanie padło dziś po raz ostatni.
   Zbierałam się do wylania fali swej goryczy, gdy do salonu wparował Robert z bagażem. Anka wytrzeszczyła oczy, zapewne łącząc wątki. Najwyraźniej dla nas wszystkich moje miłosne perypetie stawały się wielką zagadką.
   -Hej, kochanie. - przywitał się z żoną, całując jej czoło. -Jak zdążyłaś zauważyć, moja cudowna siostrzyczka spędzi z nami jakiś czas. Nie wiem dokładnie, jaki, ale może tobie się uda.
   -No, szwagierko. - potarła o siebie dłonie, uśmiechając się zjadliwie. -Nie pójdziesz spać, dopóki nie zakończymy przesłuchania.
   Godzinę po spożyciu obiadu Bobek opuścił nas, tłumacząc się obowiązkiem udzielenia wywiadu dla jednej z niemieckich gazet. Wspomniał też, że po rozmowie wpadnie do Marco na 'męskie pogaduchy', zatem mamy nie spodziewać się go wcześniej, niż wieczorem. Nie powiedział tego tonem seryjnego mordercy, więc interwencja policji powinna być zbędna. Chyba, że Lewy wysadzi bombę w jego wieżowcu, wtedy dodatkowo narazi się jego sąsiadom.
   Anna zdążyła zorganizować mi przepytywankę odnośnie kłótni z Marco i nie kryła zdziwienia, kiedy przyznałam, że całował się z Carolin Böhs. Wprawdzie stanęła w obronie Niemca i uznała jego chwilę słabości, aczkolwiek odniosłam wrażenie, iż postawiona w identycznej sytuacji, postąpiłaby podobnie. Nie pamiętałam ostatniej dziewczyny brata, co nie było istotne, jego niedawno poślubiona żona po prostu nie umiała wcielić się w moją sytuację, dlatego nie rozumiała, po co wstąpiłam w tymczasową separację z Woody'm. Szanowałam to, że go usprawiedliwiała, lecz twardo obstawałam przy swoim.
   W pewnym momencie zadzwonił telefon, na co karateczka natychmiast wystrzeliła do sypialni, by go odebrać. Nadarzyła się zatem okazja do skonsumowania lodów, które przypadkiem odkryłam w zamrażarce, a na które ochota nachodziła mnie już od dobrych czterdziestu minut, jednak bałam się zaspokajać swoje zachcianki przy stukniętej na punkcie zdrowego żywienia Ani. Sama w to nie wierzyłam, przecież niedawno jedliśmy, ale nie mogłam powstrzymać pokusy, z każdą sekundą stawała się coraz silniejsza. Szybko jednak coś przestało mi pasować - nie sprawdziłam terminu przydatności, co być może stanowiło przyczynę mojego sprintu do łazienki. Pochylając się nad muszlą, myślałam tylko o tym, że dostanę od niej porządne kazanie, ale należało mi się.
   -Lena, zaprzecz, że to ty wpakowałaś te lody! - usłyszałam jej krzyk niedługo potem. -Gdzie jesteś? Ciągle prosisz mnie o układanie diety, bo nie chcesz przytyć, ale ostatnio w ogóle jej nie przestrzegasz! Będziesz płakać, jak Marco za miesiąc powie ci, że... O mój Boże!
   Nie potrzebowałam innego znaku, by dotarło do mnie, że już odkryła, gdzie się zapodziałam. Doskoczyła do toalety, splatając moje włosy w kucyk i związała je gumką. Z przerażeniem obserwowała, jak dochodzę do siebie, a ja czułam się okropnie głupio, zmuszając ją do udziału w tym wszystkim. Opłukałam twarz wodą, zmyłam makijaż i umyłam zęby, a gdy usiadłam na brzegu wanny, kucnęła przede mną przestraszona, opierając łokcie na moich kolanach.
   -To kara za obżarstwo. - zażartowała usuwając pojedyncze kosmyki z moich policzków. -A całkiem poważnie: zatrułaś się? Czy zmiana klimatu źle na ciebie wpływa? Bo raczej nie moje potrawy...
   -Sama nie wiem. - wzruszyłam ramionami, oddychając głęboko. -Marco twierdzi, że to trwa parę tygodni... Nie liczyłam. Podobno jestem wredna, zdystansowana i wydzieram się na niego bez powodu.
   -Do tego problemy ze snem, wymioty i niepohamowana ochota na słodycze. - rozejrzała się po toalecie. -Kochana, kiedy ostatnio miałaś okres?
   -Proszę łatwiejszy zestaw rebusów. - burknęłam kąśliwie, lecz widząc jej zaciętą determinację, wytężyłam umysł. -Kurczę... Z półtora miesiąca temu? Cholera, spóźnia się o bite dwa tygodnie...
   -Jedziemy do lekarza. - zawyrokowała, podnosząc się do pionu. -To może być objaw stresu, ale warto zyskać pewność. Umówię cię z moim prywatnym ginekologiem, przyjmie cię jeszcze dziś.
   -Do ginekologa?
   -A gdzie cię wysłać? Przynajmniej rozwieje wątpliwości. Jeszcze w niedzielę miałam test ciążowy, ale go wykorzystałam... No co? - zaśmiała się unosząc brwi. -Kontroluję Lewandowskiego, tabletki nie zawsze wystarczają. Ubieraj się.
   Wyszła z pomieszczenia, już wykręcając numer. Nie pozostawiła mi wyboru - jeśli się uprze, trzeba podporządkować się jej działaniom.


   "-A gdyby to się jednak stało? - weszłam za nim do łazienki i obserwowałam, jak dopieszcza swoje włosy żelem. Uśmiechnął się nienaturalnie lekko.
    -Pomógłbym Ci. Normalne, prawda? Nosiłabyś pod sercem moje dziecko, czułbym się za Ciebie, za Was jeszcze bardziej odpowiedzialny. Chcę w przyszłości zostać ojcem, ale przy jednoczesnym ustaleniu tego planu z moją partnerką. Rozwijające się w łonie matki maleństwo potrzebuje akceptacji i spokoju, nie wiecznych kłótni i odrzucenia.
    -Marco, uważasz, że to śmieszne? - fuknęłam z wyrzutem, odrzucając głowę. Spojrzał na mnie, po czym zmarszczył czoło.
    -W żadnym wypadku. Dużo rozmawiałem o tym z Yvonne przed narodzinami Nico. Wiem, że ten odmienny stan pociąga za sobą masę obowiązków, na które trzeba się przygotować i oboje rodzice muszą być zaangażowani. Stworzą rodzinę, więc powinni udzielać sobie wsparcia. Mam rację?
    -Będziesz świetnym ojcem. - oświadczyłam, przenosząc ciężar ciała na drugą stopę. -Ale jeśli nie chcesz zaliczyć wpadki, zabezpieczaj się, okej?"

   O. Mój. Boże.


***


BENG BENG!
Rozdział nie podoba mi się stylistycznie, szczególnie końcówka była pisana na szybko, bo chciałam jak najszybciej go wypuścić. Ale nie będę już nic zmieniać. A teraz idę się przewietrzyć i zmykam pisać rozdział na drugiego bloga... I przy okazji dziękuję, że w końcu jesteście :)

8 = następny

sobota, 5 września 2015

16. Ich kann dir nicht mehr vertrauen

Today I got a million, 
Tomorrow, I don't know

<Marco>
   Nie miałem wyboru. Przeprosiłem Caro, tłumacząc wyjątkowość sytuacji, po czym odwiozłem ją do domu, a sam zawróciłem w kierunku stadionu. Na szczęście nie chowała urazy, pamiętała zapewne, ilu wyrzeczeń wymaga mój zawód. Musiała pamiętać, przecież stanowiły główny powód, przez który się rozstaliśmy. Dzięki Bogu, że Lena to rozumie. Dzięki Bogu, że jej brat również gra w piłkę i wie, jak funkcjonuje rodzina ze sportowcem w składzie.
   Zacząłem się denerwować dopiero, kiedy wysiadałem z auta pod Signal Iduna Park. W zasadzie nie zastanowiłem się nawet, po co mnie wezwano. Nic ostatnio nie przeskrobałem. To nie ja kosiłem trawę porastającą murawę, nie rysowałem podobizn Kloppa i nie umieszczałem ich w internecie... Auba. Otagował mnie pod zdjęciem i teraz za to oberwę. Pewnie spotkamy się w biurze, skoro jest współtwórcą, ba, organizatorem tego głupiego pomysłu. Ciekawe, co dalej. Kolejne odsunięcie od składu? Zesłanie do rezerw? Koniec kariery?
   Wszedłem do korytarza, mijając następne pomieszczenia i zdziwiłem się, gdy nie zastałem naszego szkoleniowca w jego pokoju. Zamiast tego wyszedł chwilę później z gabinetu dyrektora Watzke i właśnie tam zaprosił mnie gestem ręki. Cholera, wybryk dotarł już nawet do nich. Mój koniec jest bliski. Będę mógł zrobić kurs pilota samolotu, bo o tym także marzyłem w dzieciństwie. No cóż, nie wszystko wychodzi tak, jakbyśmy chcieli.
   -Usiądź, Marco. - poprosił z uśmiechem Zorc, którego obecność jeszcze bardziej zbiła mnie z tropu. Czyżby zamierzali wsadzić mnie do więzienia lub powiesić na klubowej szubienicy? Całą trójką zbierali się tylko, kiedy któryś z zawodników... Otrzymywał ofertę z nowym kontraktem. Przedłużamy? Tak z marszu?
   -Dziękuję.
   -Cieszymy się, że znalazłeś chwilę czasu i jednocześnie przepraszam, że zabieramy ci popołudnie, lecz na pewno zdajesz sobie sprawę, że nie ściągnęlibyśmy cię tutaj bez poważnego powodu.
   -Tak, wiem. - potwierdziłem, z uwagą lustrując ich twarze. Wyglądali na zmartwionych i zaniepokojonych, jakby ode mnie zależało ich życie. Więc to ja mam rozdawać karty? Brzmi o wiele lepiej. No i brakuje Aubameyanga, zatem opcja pogrzebania żywcem odpada.
   -Chcielibyśmy poznać twoje stanowisko w bardzo ważnej sprawie, dotyczącej bezpośrednio ciebie. - kontynuował Watzke, przerzucając papiery. -Jak się czujesz w Dortmundzie?
   -Świetnie. - wypaliłem bez zastanowienia. -Mieszka tutaj moja rodzina, dziewczyna i przyjaciele. Skąd to pytanie?
   -Byłbyś gotów przedłużyć umowę z Borussią nawet teraz?
   -Jasne. - wzruszyłem ramionami coraz silniej skonsternowany. O co im chodziło?
   -To chyba wystarczy, Hans. - odezwał się w końcu Klopp. -Marco nie myśli o przeprowadzce, przynajmniej nie obecnie.
   -Potrzebujemy jego jasnej decyzji. - obronił się dyrektor. -Powinniśmy wiedzieć, na czym dokładnie stoimy.
   -Panowie wybaczą, ale wciąż tu jestem. - wtrąciłem złośliwie, nie mogąc już znieść tej niewiedzy. -W czym problem?
   -Marco, kontaktowała się z nami Barcelona. - usłyszałem wreszcie. Nim dotarło do mnie, do czego piją, byłem przekonany, że coś złego stało się Lenie. Zachorowała? Miała wypadek?
   -Po co? - rzuciłem automatycznie, oczekując jak najszybszej odpowiedzi. -Powiedzcie mi, błagam.
   -Spokojnie, może uściślimy. - do rozmowy powrócił Michael. -FC Barcelona. Już rozumiesz? W ciągu tygodnia przyślą propozycję dla ciebie.
   Odetchnąłem uderzając plecami w oparcie fotela. No tak, przecież zarząd nie ma pojęcia, co dzieje się na planie filmowym, bo niby skąd. Oczywiście, że chodziło o mnie. Używaj mózgu, Reus. Po prostu używaj mózgu.
   -Jaką propozycję? - genialnie, już na sto procent wezmą mnie za idiotę. Stres schodził ze mnie tak błyskawicznie, iż nie potrafiłem racjonalnie myśleć.
   -Woody, błagam cię. - jęknął zniecierpliwiony trener. -FC Barcelona, ta z Messim i Neymarem, chce cię kupić. Prościej się nie da.
   -Mnie? - upewniałem się, odzyskując pełnię świadomości. -Super, tylko ja nigdzie się nie wybieram.
   -To chcieliśmy usłyszeć. - skwitował Zorc, z serdecznym uśmiechem poklepując moje ramię. -Oczywiście, naszym obowiązkiem jest przedstawienie ci tej oferty, dlatego powiadomimy cię o jej wpłynięciu.
   -Dzięki, ale nie zajdzie taka potrzeba. - podniosłem się z miejsca, po czym uścisnąłem ich dłonie i wraz z Jürgenem udaliśmy się do wyjścia.
   -Szczerze mówiąc, zadzwoniłem do ciebie, abyś nie przeżył szoku, gdy przypadkiem ściągną cię z premiery tego filmu Leny. - zażartował, kiedy przemierzaliśmy parking. -I liczę, że po wszystkim od razu wrócicie do Niemiec.
   -Jasne. - zasalutowałem, na co roześmiał się głośno.-Chyba, że zmienię zdanie, to zadzwonię się pożegnać.
   -Ty wredny gnojku. - parsknął, ściskając mnie przed odejściem. -Ani mi się waż.
   Nie zrewanżowałem się, tylko wsiadłem do samochodu, z niedowierzaniem kręcąc głową. FC Barcelona... To sobie wymyślili!


~~~


<Lena>
   -Dobrze wyglądam? - spytałam obracając się wokół własnej osi.
   -Yhmm. - bąknął jedynie, porywając z talerza ostatnią krewetkę. Westchnęłam, po czym podeszłam do wezgłowia sofy, mierzwiąc jego włosy.
   -Reus, na litość Boską! - warknęłam z niezadowoleniem. -Po pierwsze, zacznij się ubierać, bo nie zdążymy. Po drugie, nie obżeraj się, bo nie zjesz kolacji.
   -Znów na mnie krzyczysz. - zauważył stając przede mną. -Już trzeci raz.
   -Przepraszam.
   -Wyglądasz jak zawsze idealnie. -Pocałował mnie w czoło i objął w talii. -Ale bardziej interesuje mnie twoje samopoczucie. Nie wyjdziemy, jeśli coś ci dolega.
   -Bywało gorzej. - odparłam poprawiając fryzurę w lustrze. -Dam radę.
   -Na pewno?
   -Mógłbyś się wreszcie przygotować? Nikt za nami nie poczeka!
   -Czwarty raz.
   -Marco!!!
   -I piąty. - podsumował sarkastycznie, znikając za drzwiami łazienki.
   Godzinę później pozowaliśmy już na czerwonym dywanie przed tysiącami fotoreporterów. Woody trzymał mnie blisko przy sobie, jakby sądził, że zaraz upadnę i stracę przytomność. Na twarz przywdział sztuczny uśmieszek, umiejętnie maskując swe niezadowolenie, lecz przede mną tego nie ukrył. Nie znosił gali, oficjalnych outfitów i eleganckich zdjęć, był jednak zmuszony dość często przechodzić tą męczarnię. Bał się nawet żartobliwie szepnąć mi do ucha, że wypominałam mu porcję krewetek, a on już zgłodniał, bo gdy w końcu to zrobił, dziennikarze w ułamku sekundy podjęli dyskusję o naszej wymianie zaledwie dwóch zdań. Mnie także zaskoczyła ich przesadna dociekliwość, więc po prostu pociągnęłam mojego chłopaka w drugą stronę, by wyjść z tego piekła. Dla mnie najgorsze już minęło. Dla niego, niestety, jeszcze nie.
   Marię oraz Mario spotkaliśmy dopiero w sali kinowej. Każde z nas czerpało radość z tego, iż ponownie się widzimy, Marco także. Nadarzyła się okazja, by pogadać, pożartować i powspominać należące już do przeszłości czasy spędzone na planie. Zdawałam sobie sprawę, iż od tej pory nie będę widywała hiszpańskiej pary tak często, jak dotychczas, lecz nie zamierzamy zrywać ze sobą kontaktu. Pokochałam tych ludzi i jeśli tylko będzie możliwość, zrobię wszystko, by umówić się z nimi na wspólny obiad. Reus stwierdził, że wybieram miejsce na następne wakacje, więc może polecimy do Barcelony...
   Po przemowie dyrektora generalnego i reżysera rozpoczęło się wreszcie pierworodne odtwarzanie mojego pierwszego w życiu filmu. Byłam okropnie podekscytowana, grzeczne siedzenie w miejscu i zgrywanie damy z klasą przychodziło mi z ogromnym trudem. Kilka miesięcy temu sądziłam, że oglądanie samej siebie na wielkim ekranie stanie się najbardziej żenującą rzeczą, na jaką kiedykolwiek się zdecydowałam, lecz teraz z dumą mogłam stwierdzić, że podobałam się sobie. Nie dlatego, że pozostawałam pod opieką stylistów i wizażystów, a dlatego, że zdołałam pokazać tyle, ile ode mnie wymagano. Na moje skromne, niedoświadczone aktorsko oko wypadłam całkiem przyzwoicie i żywiłam nadzieję, że moi najbliżsi uważają podobnie. Zerknęłam z ukosa na Marco, by się o tym przekonać. Wprawdzie jego dłoń spoczywała na mojej, ale co jakiś czas pieczołowicie zaciskał usta lub uśmiechał się ironicznie. Nawet na moment nie odwrócił wzroku od sztuki, marszcząc do tego brwi, jakby chciał rozszarpać każdą osobę przebywającą na sali. Obawiałam się spytać, jaki jest tego powód, przez myśl przeszło mi nawet żartobliwie, że mógłby mnie za to zagryźć, bo przecież tak bardzo pochłonęła go fabuła. Nie potrafiłam znieść myśli, iż nie rozumiem, dlaczego tak dziwnie reaguje, ale okazało się, że to nie tajemnica. O wszystkim miałam dowiedzieć się zaledwie parę godzin później...


~~~


   Nie odzywał się przez całą drogę powrotną do hotelu. Na miejscu niemal natychmiast poszedł pod prysznic, zupełnie nie zwracając uwagi na fakt, że planuję z nim porozmawiać. Po opuszczeniu łazienki założył koszulkę i skierował się do łóżka, jednak nie dotarł tam, bo szarpnęłam go za wytatuowane ramię. Odwrócił się i spojrzał na mnie z taką porcją jadu, jakiej jeszcze w jego oczach nie widziałam.
   -Co? - prychnął rozkładając ręce. -Chcesz, żebym rozpiął ci sukienkę? Mario jest w tym o wiele lepszy.
   Faktycznie, jedynymi czynnościami, jakie wykonałam po wejściu do apartamentu, było zdjęcie szpilek i odłożenie kopertówki na stolik, ale nie to się teraz liczyło. Po raz kolejny miałam o wiele poważniejszy problem.
   -Nie musisz. - odparowałam usiłując zachować spokój. -Sama też sobie poradzę.
   -Więc czego chcesz? - warknął, na co szerzej otworzyłam usta. On mówi do mnie? Tym tonem? Tymi słowami?
   -Reus, do cholery! Co cię znów ugryzło?!
   -Wrzeszczysz dziś na mnie już po raz szósty! Naprawdę nie mam prawa się wściekać?!
   -Każdy je ma, ale podaj mi chociaż powód twojego irytującego zachowania, abym mogła cię zrozumieć.
   -Jasne, spoko. - z ironicznym uśmiechem przeczesał włosy. Dostrzegłam, że jego tęczówki pociemniały i najzwyczajniej na świecie mocno się zwężyły. O nie. -Najpierw wymuszasz na mnie udział w tej swojej cudownej premierze, a później każesz patrzeć, jak obcy facet robi z tobą, co chce? I to nie jeden! Ciebie naprawdę to bawiło?
   -Przecież...
   -Wiem, fikcja, aktorstwo. Już mnie to nie obchodzi. Żaden normalny mężczyzna nie mógłby na to patrzeć, popełniłem błąd i nie wybaczę go sobie. Czasami dochodzę do wniosku, że w ogóle nie powinienem cię słuchać!
   -Hej, stop, za mocno się rozpędziłeś. - wtrąciłam, w popłochu zbierając myśli. -Po pierwsze, nic na tobie nie wymusiłam, bo przecież ty "nie zmieniasz zdania, gdy nie zachodzi potrzeba". Po drugie, milion razy czytałeś scenariusz, byłeś na planie, znałeś każdą scenę, spodziewałeś się, co zastaniesz. I na deser masz do mnie pretensje? A po trzecie, ty mnie nigdy nie słuchałeś, Marco. Od samego początku działasz tak, żeby to tobie w pierwszej kolejności było dobrze.
   -No, teraz przesadziłaś. - syknął zaciskając pięści. Być może wkurzyłam go na tyle, że straci nad sobą panowanie, lecz nie dbałam o to. -Gdybym patrzył tylko na siebie, w życiu byś w tym nie zagrała. Cały czas walczyłem, żeby pogodzić się z twoją rolą, myślałem, że wyszło, nie miałem racji. Nie zaakceptuję tego nawet za dziesięć lat i potwornie żałuję, że ci na to pozwoliłem. Żałuję tak mocno, jak tego, że całowałem się z Carolin.
   -Co... Co ty powiedziałeś? - wykrztusiłam, po czym zamknęłam oczy i wypuściłam powietrze z ust. To się dzieje naprawdę? -Ty sukinsynu, zdradziłeś mnie z tą małą, fałszywą dziwką?!
   -Lena, nie odwracaj kota ogonem, to temat na później. - sprostował, wyraźnie przejęty swoim wyznaniem. Nie chciał, by wypłynęło, ale przegrał. -Do niczego nie doszło, powtarzałem ci to, ona też.
   -A ja powtarzałam ci, że jej nie wierzę! - wrzasnęłam uderzając go w klatkę piersiową. -Kurwa, kłamałeś mi w żywe oczy! To od niej wróciliście wtedy rano, prawda?! Liczyłeś, że przylecę zgodnie z planem i będziesz mógł przepieprzyć ją we własnym łóżku? Jak kiedyś?!
   -Mała, nie dokładaj do tego zbędnych historii. Całowaliśmy się, nic więcej, wina leży po obu stronach. Rozumiesz? Nie poszliśmy do... - gdy zbliżył się, by ująć moją dłoń, po prostu uderzyłam go w twarz. Odsunął się zszokowany, a ja spojrzałam na niego z zaciśniętymi ustami. Musiało minąć kilka chwil, zanim padły kolejne słowa.
   -Nie tłumacz się. - szepnęłam ocierając mokre od łez policzki. Dłużej nie potrafiłam. -Może lepiej wróć do Dortmundu i przyznaj, co do niej czujesz. Ani przez moment nie wątpiłam, że nadal jej na tobie zależy, a teraz nie umiem ufać już nawet tobie.
   -Tylko, że ja nic... Nie, faktycznie, racja. - uśmiechnął się kpiąco, nagle zakładając jeansy. -Krzyczysz na mnie, nie darzysz mnie zaufaniem i lądujesz w ramionach pierdolonych aktorzyn. Powinienem zmienić dziewczynę. I klub piłkarski zapewne też.
   -Marco, co jeszcze dziś od ciebie usłyszę? - spytałam, łapiąc się za głowę. Nie miałam pojęcia, kiedy zniknęła granica rzeczywistości. Nie odpowiedział, jedynie wsunął na stopy białe buty za kostkę.
   -Jedno słowo: dobranoc. - wahał się, czy powinien wykonać jakikolwiek ruch w moją stronę, lecz ostatecznie wyszedł, ostrożnie zamykając drzwi. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby parę minut temu nie wybiła północ...
   Stałam w korytarzu jeszcze krótką lub dłuższą chwilę, dokładnie analizując to, co się właśnie wydarzyło. Gdy opadłam z sił, przeniosłam się na kanapę nieopodal. Dawno tak okropnie się nie denerwowałam. Strach spowodowany nieobecnością Reusa tamtego poranka to drobiazg w porównaniu z tą nocą. Powiedział, że popełnił błąd. Że nie powinien mnie słuchać. Wypalił, że całował się z Carolin. Że powinien zmienić dziewczynę i... Klub piłkarski? Coś mnie ominęło?
   Pochyliłam się do przodu i ukryłam twarz w dłoniach, a później wszystko potoczyło się błyskawicznie. Dopadły mnie tak straszne mdłości, iż biegnąc do toalety przewidywałam, że spędzę tam następne dwie godziny. Cholerne, śródziemnomorskie żarcie.


***


Nie mogłam się doczekać, co powiecie, gdy zobaczycie ten rozdział! Tak więc zostawiam Was z nim i zmykam dalej... Pisać też będę, ale później... Moje wakacje trwają jeszcze miesiąc, więc mam nadzieję, że w tym czasie powstanie jeszcze kilka rozdziałów...
następny = 7 komentarzy

Zapraszam na drugiego bloga na nowy rozdział! [klik]