środa, 9 września 2015

17. Ich will mich ausruhen

Just give me a reason,
Just a little bit’s enough,
Just a second, we’re not broken, just bent 
And we can learn to love again
It’s in the stars,
It’s been written in the scars on our hearts
We’re not broken, just bent 
And we can learn to love again


<Marco>
   -Lena. - powiedziałem w końcu, odrywając plecy od fotela. -Wiem, że mnie wczoraj poniosło i nie potrafię tego logicznie wytłumaczyć, ale odezwij się choć jednym słowem, proszę. Martwię się o ciebie.
   Znów nie poskutkowało. Wczoraj to ja milczałem jak grób, a dziś ona nie zamierza ze mną pogadać. Trzy godziny temu zjedliśmy śniadanie i spakowaliśmy walizki, od piętnastu minut lecimy samolotem do Dortmundu, a nie wymieniliśmy ze sobą nawet sylaby. Rozumiałem ją doskonale, ale to cholernie bolało. Tym bardziej, iż rano pochłonęła podwójną porcję sardynek, choć na bankietowej kolacji twierdziła, że ma już dość wszystkich morskich cudów na talerzu, do tego nadal wyglądała przerażająco blado. I za nic w świecie nie chciała podać mi przyczyny.
   -Co tak długo robiłaś w łazience? - dociekałem nie spuszczając z niej wzroku. Przewróciła oczami. -Dziś i wczoraj w nocy...
   -Na litość Boską, niech przestanie cię to w końcu obchodzić! - fuknęła odwracając się do okna. -To nie twoja sprawa.
   -I tu się mylisz, moja droga. - zaprotestowałem ściskając jej dłoń, by nie miała szans jej wyrwać. -Przecież widzę, że coś ci dolega. Zaszkodził ci jakiś posiłek?
   -W pierwszej kolejności szkodzisz mi ty. - odparowała, co mnie jednak nie wzruszyło. Powoli przyzwyczajałem się do częstych ataków. -Daj mi już spokój, chcę odpocząć, przespać się. Przez ciebie dręczyły mnie problemy ze snem.
   -Przepraszam. Zdaję sobie sprawę, że to niczego nie załatwia, ale nie mam pojęcia, co mogę zrobić, żebyś mi wybaczyła.
   -Odczep się. Albo nie... - zerknęła na mnie kątem oka, ponownie siadając przodem do fotela centralnie przed nią. -Z kim podpiszesz kontrakt? Wspominałeś o zmianie klubu.
   -Podobno dostałem ofertę od Barcelony, ale ją odrzuciłem. - wyjaśniłem ze spokojem. To jeden z najgorszych faktów, którymi rzuciłem jej w twarz. -Nie byłbym w stanie odejść teraz, maleńka. Nie potrafiłbym zostawić ciebie, Nico, mojej rodziny, Marcela i Robina... Może kiedyś, lecz nie w tym momencie.
   -Wykorzystasz to jako wymówkę do ucieczki z Carolin. - mruknęła złośliwie. Nie wierzyłem, że o tym pomyślała.
   -Zapomnij, tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. - uśmiechnąłem się, ostrożnie gładząc kciukiem wierzch jej dłoni. -Lena, kochałem cię, kocham i będę kochał, niezależnie od tego, co pieprzę przy braku kontroli nad własnym językiem. Gwarantuję ci, że to uczucie nie minie, nie ma takiej opcji.
   -A to z Caro...
   -Naprawdę nie uprawialiśmy wtedy seksu, przysięgam. - patrzyłem jej w oczy, by uświadomić sobie, że mnie słucha. -Masz podstawy, by mi nie ufać, ale nie kłamię. Może któregoś dnia się przekonasz.
   -Wybacz, Marco, ale tego ci nie odpuszczę. Przesadziłeś. - oświadczyła przenosząc uwagę na błękit nieba rozpościerający się za samolotowym okienkiem, na co westchnąłem ciężko i oparłem się o wezgłowie. No cóż, zasłużyłem. Ale muszę udowodnić jej, że akurat w tej konkretnej sytuacji jest w totalnym błędzie.


~~~


   -Wychodzisz? - zapytała pojawiając się w korytarzu. Przerwałem wiązanie butów, by na nią spojrzeć.
   -Tak. Na trening. Potrzebujesz czegoś?
   -Nie. Po prostu chciałam wiedzieć.
   -W zasadzie nie jestem pewien, czy powinienem zostawić cię samą. - powiedziałem prostując się. -Wyglądasz coraz gorzej. Po powrocie zabiorę cię do lekarza, okej?
   -Marco, nic mi nie będzie, nie umrę. - zaprotestowała tonem nieznoszącym sprzeciwu. -Dopadły mnie słabsze dni i tyle.
   -Lena, te twoje 'słabsze dni' ciągną się już któryś tydzień z rzędu. - wytknąłem, nie spuszczając z niej wzroku. -Nie poznaję cię. Powiedz mi, co się stało w tej Hiszpanii? Tylko się nie unoś, błagam.
   -Muszę się po prostu zregenerować. - wzruszyła ramionami, jakby sądziła, że mnie tym uspokoi. -Dopiero teraz widzę, jak bardzo wyniszczyłam swój organizm. Do tego twoja akcja z Carolin...
   -Nie dasz mi spokoju? - obruszyłem się. -Dlaczego wciąż mi to wypominasz?
   -Bo popełniłeś błąd i nie pozwolę, żebyś o nim zapomniał.
   -Wyrzuty sumienia to najlepsza przypominajka. Okej, nieważne, rób, jak uważasz. - machnąłem ze zrezygnowaniem ręką, po czym przerzuciłem torbę przez ramię. -Porozmawiamy, gdy wrócę, dobrze?
   -Jest coś, o czym chciałabym cię poinformować już teraz. - rzuciła opuszczając wzrok. Ja natomiast zbaraniałem, wpatrując się w nią jak w wyrocznię, która za chwilę przepowie przyszłość. Nie miałem pojęcia, czego się spodziewać, ale przez moją głowę przemykało tysiąc myśli. Od normalnych po najczarniejsze.
   -No...? Słucham.
   -Podjęłam decyzję i chcę odpocząć. - oświadczyła, ponownie łącząc nasze spojrzenia. Kamień spadł mi z serca. Trochę za szybko.
   -Żaden problem. - uniosłem brwi, rozkładając przy tym ramiona. -Przecież nie będę ci przeszkadzał.
   -Nie o to chodzi. - uśmiechnęła się słabo i pokręciła głową. -Wiem, że czas ci ucieka, więc prosto z mostu: planuję przeprowadzić się do Roberta.
   -Słucham? - otworzyłem szeroko oczy, próbując przyjąć to, co dotarło do moich uszu, lecz nie potrafiło znaleźć drogi do mózgu. Nie pojmowałem, czemu PONOWNIE chce to zrobić. Moje zachowanie było karygodne, co nie podlega dyskusji, ale czy naprawdę muszą dosięgać mnie takie konsekwencje? Przecież ją cholernie kochałem, z czego doskonale zdawała sobie sprawę, a sytuacja z Caro nie miała żadnego znaczenia. Dlaczego, do cholery, znów chce wbić mi nóż prosto w serce?
   -Nie umiem udawać, że jest w porządku, podczas gdy wszystko się posypało. - szepnęła ocierając płynące po policzkach łzy. -Nie akceptujesz filmowej roli, którą zagrałam, za moimi plecami omawiasz nowe kontrakty, a moją nieobecność zapychasz intymnymi relacjami i towarzystwem byłej dziewczyny. Uważasz, że w tych okolicznościach nasz związek nadal ma sens?
   -A dla ciebie nie ma? - spytałem, głęboko w duchu oczekując pozytywnej odpowiedzi. To, co do mnie czuła, na pewno nie wyparowało w ciągu jednej doby, to tak abstrakcyjne, że wręcz niemożliwe. Skłamie, jeśli powie, że mnie nie kocha. Chyba, że... Że znalazła innego.
   -Przemyślę to. - odparła przeczesując pojedyncze kosmyki włosów. -Nie zrywam z tobą, nie zdobyłabym się na taki krok, więc nie odbieraj tego w ten sposób. Sądzę, że potrzebujemy jedynie czasu.
   -Nie musisz się wyprowadzać, aby go dostać. - upierałem się, usiłując ją zatrzymać. Miałem jeszcze szansę, a przynajmniej w nią wierzyłem.
   -Daj mi choć jeden powód, a zostanę.
   -Kiedy oficjalnie zostaliśmy parą przed Bożym Narodzeniem, obiecałaś mi, że nigdy więcej mnie nie zostawisz. I że dotrzymujesz obietnic. - dodałem licząc, że wystarczy, by ją przekonać. Przygryzła wargę i zamknęła na moment oczy.
   -Ty też mi coś przysięgałeś, gdy się do ciebie przeniosłam. - po raz kolejny toczyliśmy walkę na spojrzenia. -Że nie zdradziłbyś swojej partnerki. I co? Remis?
   -Lena, nie zdradziłem cię! - wrzasnąłem, uderzając pięścią w stolik na klucze. Następny błąd: Polka odsunęła się przestraszona, z dłonią przy ustach. Nie kontrolowałem się, lecz próbowała wmówić mi coś, czego w moim mniemaniu nie zrobiłem. Całowanie to nie zdrada.
   -Poproś Bobka, aby przyjechał po mnie po treningu. - wymamrotała, siadając na oparciu kanapy. -Spakuję się w międzyczasie. I proszę, nie mów mu, o co poszło, nie chcę, żeby zrobił ci krzywdę. Sama to załatwię.
   Koniec dyskusji. Więcej nie zdziałam. Patrzyliśmy na siebie jeszcze przez parę sekund, a potem wyszedłem, trzaskając drzwiami. Nie potrafiłem się opanować, co mnie wcale nie zaskoczyło, bo kto przy zdrowych zmysłach pogodziłby się z odejściem najważniejszej kobiety na świecie?

   "Opierała się o boczną część kanapy, strzelając roztrzęsionym spojrzeniem centralnie w moje źrenice. Ja natomiast, robiąc jeszcze jeden krok w przód, potknąłbym się o jej walizkę, postawioną przy stoliku na klucze. Spakowaną walizkę. Scena niczym z horroru, brakowało jedynie krwi i trupów. Czułem jednak, jak ta wypełnia całe moje ciało, pragnąc wydostać się na zewnątrz, niczym po ugodzeniu nożem. All inclusive. Gdzie jest reżyser? [...]
   -[...] Potrzebuję czasu, odpoczynku, mocnej głowy i silnego rozumu. Błagam, uszanuj to. Nie żegnam się z Tobą, nie mówię, że widzimy się po raz ostatni. [...]
   Wspięła się na palce, by rozpieścić moje usta swoimi wargami, po czym ujęła rączkę walizki i wyszła. Po prostu wyszła."
   Kurwa mać. Chyba przeżyłem déjà vu.


~~~


<Lena>
   -Pokłóciliście się? Polecisz do Polski? Nagrzebał sobie?
   -Kochany braciszku, doceniam twą wszechogarniającą troskę, ale to sprawa między nami. - sarknęłam zaciskając usta w ironiczną, cienką linię. -Przyjmijmy, że doszło do małego nieporozumienia.
   -Serio, niczego się nie dowiem? Nawet odrobinki? - naciskał, doprowadzając mnie jednocześnie do szału. -Powiedz, przecież mogę zawrócić i obić mu pysk.
   -Właśnie dlatego będę trzymała nasz spór w tajemnicy przed tobą. - pokazałam mu język. -Przyjaźnicie się i tak ma zostać, na boisku i w szatni potrzebujecie dobrej atmosfery.
   -Jesteś moją siostrą i nie pozwolę, by działa ci się krzywda. - zerknął na mnie, po chwili przenosząc wzrok z powrotem na drogę. -Mogę ci pomóc, jesteśmy w Niemczech tylko we dwójkę i musimy się wspierać.
   -Robert, masz żonę, mieszkacie razem, macie swoje problemy, a ja jestem już dorosła. Nie wtrącaj się, bardzo cię proszę.
   -Kto cię wychował na taką upierdliwą dzidę? - jęknął, powstrzymując się od śmiechu, gdy spiorunowałam go wzrokiem bazyliszka.
   -Ci sami ludzie, którzy wydali cię na świat, a gdy się o tym dowiedziałam, moje życie legło w gruzach.
   -Ech, spadaj. - uderzył mnie w ramię, chichocząc pod nosem. -Może Ania wyciśnie z ciebie więcej.
   Pokiwałam głową z niedowierzaniem, a Lewy w końcu odpuścił i zajął się przykładnym prowadzeniem auta. Niedługo potem wjechał na teren swojej posesji, zgasił silnik, po czym wysiadł ze środka i wyjął z bagażnika moją walizkę. Zaoferował się, iż wniesie ją do domu, więc zabrałam jego klucze i skierowałam się do drzwi. Nie zdążyłam jednak włożyć ich do zamka, gdyż w progu powitała mnie zaskoczona moją obecnością Lewandowska, która natychmiast wciągnęła mnie do holu i mocno przytuliła.
   -Lena, skarbie! Co ty tu robisz?
   -Nie przeszkadzam wam?
   -Pewnie, że nie! Właśnie kończę gotować obiad, pyszny i zdrowy, zjesz z nami? - nie czekając na reakcję z mojej strony, zaprosiła mnie w głąb posiadłości. -Przyda ci się energetyczny posiłek, okropnie pobladłaś.
   -Bardzo prawdopodobne. - bąknęłam od niechcenia. -Ale to przez Reusa, nie z braku energii.
   -Boże, co się stało? - zlustrowała mnie z niepokojem, na co westchnęłam ciężko. Mam nadzieję, że to pytanie padło dziś po raz ostatni.
   Zbierałam się do wylania fali swej goryczy, gdy do salonu wparował Robert z bagażem. Anka wytrzeszczyła oczy, zapewne łącząc wątki. Najwyraźniej dla nas wszystkich moje miłosne perypetie stawały się wielką zagadką.
   -Hej, kochanie. - przywitał się z żoną, całując jej czoło. -Jak zdążyłaś zauważyć, moja cudowna siostrzyczka spędzi z nami jakiś czas. Nie wiem dokładnie, jaki, ale może tobie się uda.
   -No, szwagierko. - potarła o siebie dłonie, uśmiechając się zjadliwie. -Nie pójdziesz spać, dopóki nie zakończymy przesłuchania.
   Godzinę po spożyciu obiadu Bobek opuścił nas, tłumacząc się obowiązkiem udzielenia wywiadu dla jednej z niemieckich gazet. Wspomniał też, że po rozmowie wpadnie do Marco na 'męskie pogaduchy', zatem mamy nie spodziewać się go wcześniej, niż wieczorem. Nie powiedział tego tonem seryjnego mordercy, więc interwencja policji powinna być zbędna. Chyba, że Lewy wysadzi bombę w jego wieżowcu, wtedy dodatkowo narazi się jego sąsiadom.
   Anna zdążyła zorganizować mi przepytywankę odnośnie kłótni z Marco i nie kryła zdziwienia, kiedy przyznałam, że całował się z Carolin Böhs. Wprawdzie stanęła w obronie Niemca i uznała jego chwilę słabości, aczkolwiek odniosłam wrażenie, iż postawiona w identycznej sytuacji, postąpiłaby podobnie. Nie pamiętałam ostatniej dziewczyny brata, co nie było istotne, jego niedawno poślubiona żona po prostu nie umiała wcielić się w moją sytuację, dlatego nie rozumiała, po co wstąpiłam w tymczasową separację z Woody'm. Szanowałam to, że go usprawiedliwiała, lecz twardo obstawałam przy swoim.
   W pewnym momencie zadzwonił telefon, na co karateczka natychmiast wystrzeliła do sypialni, by go odebrać. Nadarzyła się zatem okazja do skonsumowania lodów, które przypadkiem odkryłam w zamrażarce, a na które ochota nachodziła mnie już od dobrych czterdziestu minut, jednak bałam się zaspokajać swoje zachcianki przy stukniętej na punkcie zdrowego żywienia Ani. Sama w to nie wierzyłam, przecież niedawno jedliśmy, ale nie mogłam powstrzymać pokusy, z każdą sekundą stawała się coraz silniejsza. Szybko jednak coś przestało mi pasować - nie sprawdziłam terminu przydatności, co być może stanowiło przyczynę mojego sprintu do łazienki. Pochylając się nad muszlą, myślałam tylko o tym, że dostanę od niej porządne kazanie, ale należało mi się.
   -Lena, zaprzecz, że to ty wpakowałaś te lody! - usłyszałam jej krzyk niedługo potem. -Gdzie jesteś? Ciągle prosisz mnie o układanie diety, bo nie chcesz przytyć, ale ostatnio w ogóle jej nie przestrzegasz! Będziesz płakać, jak Marco za miesiąc powie ci, że... O mój Boże!
   Nie potrzebowałam innego znaku, by dotarło do mnie, że już odkryła, gdzie się zapodziałam. Doskoczyła do toalety, splatając moje włosy w kucyk i związała je gumką. Z przerażeniem obserwowała, jak dochodzę do siebie, a ja czułam się okropnie głupio, zmuszając ją do udziału w tym wszystkim. Opłukałam twarz wodą, zmyłam makijaż i umyłam zęby, a gdy usiadłam na brzegu wanny, kucnęła przede mną przestraszona, opierając łokcie na moich kolanach.
   -To kara za obżarstwo. - zażartowała usuwając pojedyncze kosmyki z moich policzków. -A całkiem poważnie: zatrułaś się? Czy zmiana klimatu źle na ciebie wpływa? Bo raczej nie moje potrawy...
   -Sama nie wiem. - wzruszyłam ramionami, oddychając głęboko. -Marco twierdzi, że to trwa parę tygodni... Nie liczyłam. Podobno jestem wredna, zdystansowana i wydzieram się na niego bez powodu.
   -Do tego problemy ze snem, wymioty i niepohamowana ochota na słodycze. - rozejrzała się po toalecie. -Kochana, kiedy ostatnio miałaś okres?
   -Proszę łatwiejszy zestaw rebusów. - burknęłam kąśliwie, lecz widząc jej zaciętą determinację, wytężyłam umysł. -Kurczę... Z półtora miesiąca temu? Cholera, spóźnia się o bite dwa tygodnie...
   -Jedziemy do lekarza. - zawyrokowała, podnosząc się do pionu. -To może być objaw stresu, ale warto zyskać pewność. Umówię cię z moim prywatnym ginekologiem, przyjmie cię jeszcze dziś.
   -Do ginekologa?
   -A gdzie cię wysłać? Przynajmniej rozwieje wątpliwości. Jeszcze w niedzielę miałam test ciążowy, ale go wykorzystałam... No co? - zaśmiała się unosząc brwi. -Kontroluję Lewandowskiego, tabletki nie zawsze wystarczają. Ubieraj się.
   Wyszła z pomieszczenia, już wykręcając numer. Nie pozostawiła mi wyboru - jeśli się uprze, trzeba podporządkować się jej działaniom.


   "-A gdyby to się jednak stało? - weszłam za nim do łazienki i obserwowałam, jak dopieszcza swoje włosy żelem. Uśmiechnął się nienaturalnie lekko.
    -Pomógłbym Ci. Normalne, prawda? Nosiłabyś pod sercem moje dziecko, czułbym się za Ciebie, za Was jeszcze bardziej odpowiedzialny. Chcę w przyszłości zostać ojcem, ale przy jednoczesnym ustaleniu tego planu z moją partnerką. Rozwijające się w łonie matki maleństwo potrzebuje akceptacji i spokoju, nie wiecznych kłótni i odrzucenia.
    -Marco, uważasz, że to śmieszne? - fuknęłam z wyrzutem, odrzucając głowę. Spojrzał na mnie, po czym zmarszczył czoło.
    -W żadnym wypadku. Dużo rozmawiałem o tym z Yvonne przed narodzinami Nico. Wiem, że ten odmienny stan pociąga za sobą masę obowiązków, na które trzeba się przygotować i oboje rodzice muszą być zaangażowani. Stworzą rodzinę, więc powinni udzielać sobie wsparcia. Mam rację?
    -Będziesz świetnym ojcem. - oświadczyłam, przenosząc ciężar ciała na drugą stopę. -Ale jeśli nie chcesz zaliczyć wpadki, zabezpieczaj się, okej?"

   O. Mój. Boże.


***


BENG BENG!
Rozdział nie podoba mi się stylistycznie, szczególnie końcówka była pisana na szybko, bo chciałam jak najszybciej go wypuścić. Ale nie będę już nic zmieniać. A teraz idę się przewietrzyć i zmykam pisać rozdział na drugiego bloga... I przy okazji dziękuję, że w końcu jesteście :)

8 = następny

sobota, 5 września 2015

16. Ich kann dir nicht mehr vertrauen

Today I got a million, 
Tomorrow, I don't know

<Marco>
   Nie miałem wyboru. Przeprosiłem Caro, tłumacząc wyjątkowość sytuacji, po czym odwiozłem ją do domu, a sam zawróciłem w kierunku stadionu. Na szczęście nie chowała urazy, pamiętała zapewne, ilu wyrzeczeń wymaga mój zawód. Musiała pamiętać, przecież stanowiły główny powód, przez który się rozstaliśmy. Dzięki Bogu, że Lena to rozumie. Dzięki Bogu, że jej brat również gra w piłkę i wie, jak funkcjonuje rodzina ze sportowcem w składzie.
   Zacząłem się denerwować dopiero, kiedy wysiadałem z auta pod Signal Iduna Park. W zasadzie nie zastanowiłem się nawet, po co mnie wezwano. Nic ostatnio nie przeskrobałem. To nie ja kosiłem trawę porastającą murawę, nie rysowałem podobizn Kloppa i nie umieszczałem ich w internecie... Auba. Otagował mnie pod zdjęciem i teraz za to oberwę. Pewnie spotkamy się w biurze, skoro jest współtwórcą, ba, organizatorem tego głupiego pomysłu. Ciekawe, co dalej. Kolejne odsunięcie od składu? Zesłanie do rezerw? Koniec kariery?
   Wszedłem do korytarza, mijając następne pomieszczenia i zdziwiłem się, gdy nie zastałem naszego szkoleniowca w jego pokoju. Zamiast tego wyszedł chwilę później z gabinetu dyrektora Watzke i właśnie tam zaprosił mnie gestem ręki. Cholera, wybryk dotarł już nawet do nich. Mój koniec jest bliski. Będę mógł zrobić kurs pilota samolotu, bo o tym także marzyłem w dzieciństwie. No cóż, nie wszystko wychodzi tak, jakbyśmy chcieli.
   -Usiądź, Marco. - poprosił z uśmiechem Zorc, którego obecność jeszcze bardziej zbiła mnie z tropu. Czyżby zamierzali wsadzić mnie do więzienia lub powiesić na klubowej szubienicy? Całą trójką zbierali się tylko, kiedy któryś z zawodników... Otrzymywał ofertę z nowym kontraktem. Przedłużamy? Tak z marszu?
   -Dziękuję.
   -Cieszymy się, że znalazłeś chwilę czasu i jednocześnie przepraszam, że zabieramy ci popołudnie, lecz na pewno zdajesz sobie sprawę, że nie ściągnęlibyśmy cię tutaj bez poważnego powodu.
   -Tak, wiem. - potwierdziłem, z uwagą lustrując ich twarze. Wyglądali na zmartwionych i zaniepokojonych, jakby ode mnie zależało ich życie. Więc to ja mam rozdawać karty? Brzmi o wiele lepiej. No i brakuje Aubameyanga, zatem opcja pogrzebania żywcem odpada.
   -Chcielibyśmy poznać twoje stanowisko w bardzo ważnej sprawie, dotyczącej bezpośrednio ciebie. - kontynuował Watzke, przerzucając papiery. -Jak się czujesz w Dortmundzie?
   -Świetnie. - wypaliłem bez zastanowienia. -Mieszka tutaj moja rodzina, dziewczyna i przyjaciele. Skąd to pytanie?
   -Byłbyś gotów przedłużyć umowę z Borussią nawet teraz?
   -Jasne. - wzruszyłem ramionami coraz silniej skonsternowany. O co im chodziło?
   -To chyba wystarczy, Hans. - odezwał się w końcu Klopp. -Marco nie myśli o przeprowadzce, przynajmniej nie obecnie.
   -Potrzebujemy jego jasnej decyzji. - obronił się dyrektor. -Powinniśmy wiedzieć, na czym dokładnie stoimy.
   -Panowie wybaczą, ale wciąż tu jestem. - wtrąciłem złośliwie, nie mogąc już znieść tej niewiedzy. -W czym problem?
   -Marco, kontaktowała się z nami Barcelona. - usłyszałem wreszcie. Nim dotarło do mnie, do czego piją, byłem przekonany, że coś złego stało się Lenie. Zachorowała? Miała wypadek?
   -Po co? - rzuciłem automatycznie, oczekując jak najszybszej odpowiedzi. -Powiedzcie mi, błagam.
   -Spokojnie, może uściślimy. - do rozmowy powrócił Michael. -FC Barcelona. Już rozumiesz? W ciągu tygodnia przyślą propozycję dla ciebie.
   Odetchnąłem uderzając plecami w oparcie fotela. No tak, przecież zarząd nie ma pojęcia, co dzieje się na planie filmowym, bo niby skąd. Oczywiście, że chodziło o mnie. Używaj mózgu, Reus. Po prostu używaj mózgu.
   -Jaką propozycję? - genialnie, już na sto procent wezmą mnie za idiotę. Stres schodził ze mnie tak błyskawicznie, iż nie potrafiłem racjonalnie myśleć.
   -Woody, błagam cię. - jęknął zniecierpliwiony trener. -FC Barcelona, ta z Messim i Neymarem, chce cię kupić. Prościej się nie da.
   -Mnie? - upewniałem się, odzyskując pełnię świadomości. -Super, tylko ja nigdzie się nie wybieram.
   -To chcieliśmy usłyszeć. - skwitował Zorc, z serdecznym uśmiechem poklepując moje ramię. -Oczywiście, naszym obowiązkiem jest przedstawienie ci tej oferty, dlatego powiadomimy cię o jej wpłynięciu.
   -Dzięki, ale nie zajdzie taka potrzeba. - podniosłem się z miejsca, po czym uścisnąłem ich dłonie i wraz z Jürgenem udaliśmy się do wyjścia.
   -Szczerze mówiąc, zadzwoniłem do ciebie, abyś nie przeżył szoku, gdy przypadkiem ściągną cię z premiery tego filmu Leny. - zażartował, kiedy przemierzaliśmy parking. -I liczę, że po wszystkim od razu wrócicie do Niemiec.
   -Jasne. - zasalutowałem, na co roześmiał się głośno.-Chyba, że zmienię zdanie, to zadzwonię się pożegnać.
   -Ty wredny gnojku. - parsknął, ściskając mnie przed odejściem. -Ani mi się waż.
   Nie zrewanżowałem się, tylko wsiadłem do samochodu, z niedowierzaniem kręcąc głową. FC Barcelona... To sobie wymyślili!


~~~


<Lena>
   -Dobrze wyglądam? - spytałam obracając się wokół własnej osi.
   -Yhmm. - bąknął jedynie, porywając z talerza ostatnią krewetkę. Westchnęłam, po czym podeszłam do wezgłowia sofy, mierzwiąc jego włosy.
   -Reus, na litość Boską! - warknęłam z niezadowoleniem. -Po pierwsze, zacznij się ubierać, bo nie zdążymy. Po drugie, nie obżeraj się, bo nie zjesz kolacji.
   -Znów na mnie krzyczysz. - zauważył stając przede mną. -Już trzeci raz.
   -Przepraszam.
   -Wyglądasz jak zawsze idealnie. -Pocałował mnie w czoło i objął w talii. -Ale bardziej interesuje mnie twoje samopoczucie. Nie wyjdziemy, jeśli coś ci dolega.
   -Bywało gorzej. - odparłam poprawiając fryzurę w lustrze. -Dam radę.
   -Na pewno?
   -Mógłbyś się wreszcie przygotować? Nikt za nami nie poczeka!
   -Czwarty raz.
   -Marco!!!
   -I piąty. - podsumował sarkastycznie, znikając za drzwiami łazienki.
   Godzinę później pozowaliśmy już na czerwonym dywanie przed tysiącami fotoreporterów. Woody trzymał mnie blisko przy sobie, jakby sądził, że zaraz upadnę i stracę przytomność. Na twarz przywdział sztuczny uśmieszek, umiejętnie maskując swe niezadowolenie, lecz przede mną tego nie ukrył. Nie znosił gali, oficjalnych outfitów i eleganckich zdjęć, był jednak zmuszony dość często przechodzić tą męczarnię. Bał się nawet żartobliwie szepnąć mi do ucha, że wypominałam mu porcję krewetek, a on już zgłodniał, bo gdy w końcu to zrobił, dziennikarze w ułamku sekundy podjęli dyskusję o naszej wymianie zaledwie dwóch zdań. Mnie także zaskoczyła ich przesadna dociekliwość, więc po prostu pociągnęłam mojego chłopaka w drugą stronę, by wyjść z tego piekła. Dla mnie najgorsze już minęło. Dla niego, niestety, jeszcze nie.
   Marię oraz Mario spotkaliśmy dopiero w sali kinowej. Każde z nas czerpało radość z tego, iż ponownie się widzimy, Marco także. Nadarzyła się okazja, by pogadać, pożartować i powspominać należące już do przeszłości czasy spędzone na planie. Zdawałam sobie sprawę, iż od tej pory nie będę widywała hiszpańskiej pary tak często, jak dotychczas, lecz nie zamierzamy zrywać ze sobą kontaktu. Pokochałam tych ludzi i jeśli tylko będzie możliwość, zrobię wszystko, by umówić się z nimi na wspólny obiad. Reus stwierdził, że wybieram miejsce na następne wakacje, więc może polecimy do Barcelony...
   Po przemowie dyrektora generalnego i reżysera rozpoczęło się wreszcie pierworodne odtwarzanie mojego pierwszego w życiu filmu. Byłam okropnie podekscytowana, grzeczne siedzenie w miejscu i zgrywanie damy z klasą przychodziło mi z ogromnym trudem. Kilka miesięcy temu sądziłam, że oglądanie samej siebie na wielkim ekranie stanie się najbardziej żenującą rzeczą, na jaką kiedykolwiek się zdecydowałam, lecz teraz z dumą mogłam stwierdzić, że podobałam się sobie. Nie dlatego, że pozostawałam pod opieką stylistów i wizażystów, a dlatego, że zdołałam pokazać tyle, ile ode mnie wymagano. Na moje skromne, niedoświadczone aktorsko oko wypadłam całkiem przyzwoicie i żywiłam nadzieję, że moi najbliżsi uważają podobnie. Zerknęłam z ukosa na Marco, by się o tym przekonać. Wprawdzie jego dłoń spoczywała na mojej, ale co jakiś czas pieczołowicie zaciskał usta lub uśmiechał się ironicznie. Nawet na moment nie odwrócił wzroku od sztuki, marszcząc do tego brwi, jakby chciał rozszarpać każdą osobę przebywającą na sali. Obawiałam się spytać, jaki jest tego powód, przez myśl przeszło mi nawet żartobliwie, że mógłby mnie za to zagryźć, bo przecież tak bardzo pochłonęła go fabuła. Nie potrafiłam znieść myśli, iż nie rozumiem, dlaczego tak dziwnie reaguje, ale okazało się, że to nie tajemnica. O wszystkim miałam dowiedzieć się zaledwie parę godzin później...


~~~


   Nie odzywał się przez całą drogę powrotną do hotelu. Na miejscu niemal natychmiast poszedł pod prysznic, zupełnie nie zwracając uwagi na fakt, że planuję z nim porozmawiać. Po opuszczeniu łazienki założył koszulkę i skierował się do łóżka, jednak nie dotarł tam, bo szarpnęłam go za wytatuowane ramię. Odwrócił się i spojrzał na mnie z taką porcją jadu, jakiej jeszcze w jego oczach nie widziałam.
   -Co? - prychnął rozkładając ręce. -Chcesz, żebym rozpiął ci sukienkę? Mario jest w tym o wiele lepszy.
   Faktycznie, jedynymi czynnościami, jakie wykonałam po wejściu do apartamentu, było zdjęcie szpilek i odłożenie kopertówki na stolik, ale nie to się teraz liczyło. Po raz kolejny miałam o wiele poważniejszy problem.
   -Nie musisz. - odparowałam usiłując zachować spokój. -Sama też sobie poradzę.
   -Więc czego chcesz? - warknął, na co szerzej otworzyłam usta. On mówi do mnie? Tym tonem? Tymi słowami?
   -Reus, do cholery! Co cię znów ugryzło?!
   -Wrzeszczysz dziś na mnie już po raz szósty! Naprawdę nie mam prawa się wściekać?!
   -Każdy je ma, ale podaj mi chociaż powód twojego irytującego zachowania, abym mogła cię zrozumieć.
   -Jasne, spoko. - z ironicznym uśmiechem przeczesał włosy. Dostrzegłam, że jego tęczówki pociemniały i najzwyczajniej na świecie mocno się zwężyły. O nie. -Najpierw wymuszasz na mnie udział w tej swojej cudownej premierze, a później każesz patrzeć, jak obcy facet robi z tobą, co chce? I to nie jeden! Ciebie naprawdę to bawiło?
   -Przecież...
   -Wiem, fikcja, aktorstwo. Już mnie to nie obchodzi. Żaden normalny mężczyzna nie mógłby na to patrzeć, popełniłem błąd i nie wybaczę go sobie. Czasami dochodzę do wniosku, że w ogóle nie powinienem cię słuchać!
   -Hej, stop, za mocno się rozpędziłeś. - wtrąciłam, w popłochu zbierając myśli. -Po pierwsze, nic na tobie nie wymusiłam, bo przecież ty "nie zmieniasz zdania, gdy nie zachodzi potrzeba". Po drugie, milion razy czytałeś scenariusz, byłeś na planie, znałeś każdą scenę, spodziewałeś się, co zastaniesz. I na deser masz do mnie pretensje? A po trzecie, ty mnie nigdy nie słuchałeś, Marco. Od samego początku działasz tak, żeby to tobie w pierwszej kolejności było dobrze.
   -No, teraz przesadziłaś. - syknął zaciskając pięści. Być może wkurzyłam go na tyle, że straci nad sobą panowanie, lecz nie dbałam o to. -Gdybym patrzył tylko na siebie, w życiu byś w tym nie zagrała. Cały czas walczyłem, żeby pogodzić się z twoją rolą, myślałem, że wyszło, nie miałem racji. Nie zaakceptuję tego nawet za dziesięć lat i potwornie żałuję, że ci na to pozwoliłem. Żałuję tak mocno, jak tego, że całowałem się z Carolin.
   -Co... Co ty powiedziałeś? - wykrztusiłam, po czym zamknęłam oczy i wypuściłam powietrze z ust. To się dzieje naprawdę? -Ty sukinsynu, zdradziłeś mnie z tą małą, fałszywą dziwką?!
   -Lena, nie odwracaj kota ogonem, to temat na później. - sprostował, wyraźnie przejęty swoim wyznaniem. Nie chciał, by wypłynęło, ale przegrał. -Do niczego nie doszło, powtarzałem ci to, ona też.
   -A ja powtarzałam ci, że jej nie wierzę! - wrzasnęłam uderzając go w klatkę piersiową. -Kurwa, kłamałeś mi w żywe oczy! To od niej wróciliście wtedy rano, prawda?! Liczyłeś, że przylecę zgodnie z planem i będziesz mógł przepieprzyć ją we własnym łóżku? Jak kiedyś?!
   -Mała, nie dokładaj do tego zbędnych historii. Całowaliśmy się, nic więcej, wina leży po obu stronach. Rozumiesz? Nie poszliśmy do... - gdy zbliżył się, by ująć moją dłoń, po prostu uderzyłam go w twarz. Odsunął się zszokowany, a ja spojrzałam na niego z zaciśniętymi ustami. Musiało minąć kilka chwil, zanim padły kolejne słowa.
   -Nie tłumacz się. - szepnęłam ocierając mokre od łez policzki. Dłużej nie potrafiłam. -Może lepiej wróć do Dortmundu i przyznaj, co do niej czujesz. Ani przez moment nie wątpiłam, że nadal jej na tobie zależy, a teraz nie umiem ufać już nawet tobie.
   -Tylko, że ja nic... Nie, faktycznie, racja. - uśmiechnął się kpiąco, nagle zakładając jeansy. -Krzyczysz na mnie, nie darzysz mnie zaufaniem i lądujesz w ramionach pierdolonych aktorzyn. Powinienem zmienić dziewczynę. I klub piłkarski zapewne też.
   -Marco, co jeszcze dziś od ciebie usłyszę? - spytałam, łapiąc się za głowę. Nie miałam pojęcia, kiedy zniknęła granica rzeczywistości. Nie odpowiedział, jedynie wsunął na stopy białe buty za kostkę.
   -Jedno słowo: dobranoc. - wahał się, czy powinien wykonać jakikolwiek ruch w moją stronę, lecz ostatecznie wyszedł, ostrożnie zamykając drzwi. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby parę minut temu nie wybiła północ...
   Stałam w korytarzu jeszcze krótką lub dłuższą chwilę, dokładnie analizując to, co się właśnie wydarzyło. Gdy opadłam z sił, przeniosłam się na kanapę nieopodal. Dawno tak okropnie się nie denerwowałam. Strach spowodowany nieobecnością Reusa tamtego poranka to drobiazg w porównaniu z tą nocą. Powiedział, że popełnił błąd. Że nie powinien mnie słuchać. Wypalił, że całował się z Carolin. Że powinien zmienić dziewczynę i... Klub piłkarski? Coś mnie ominęło?
   Pochyliłam się do przodu i ukryłam twarz w dłoniach, a później wszystko potoczyło się błyskawicznie. Dopadły mnie tak straszne mdłości, iż biegnąc do toalety przewidywałam, że spędzę tam następne dwie godziny. Cholerne, śródziemnomorskie żarcie.


***


Nie mogłam się doczekać, co powiecie, gdy zobaczycie ten rozdział! Tak więc zostawiam Was z nim i zmykam dalej... Pisać też będę, ale później... Moje wakacje trwają jeszcze miesiąc, więc mam nadzieję, że w tym czasie powstanie jeszcze kilka rozdziałów...
następny = 7 komentarzy

Zapraszam na drugiego bloga na nowy rozdział! [klik]

sobota, 29 sierpnia 2015

15. Also wird Lewa schneller ein Taufpate, na?

   Z błogiego i dość głębokiego snu wyrwał mnie intensywny zapach świeżej, dopiero co zaparzonej, porannej kawy. Otworzyłam oczy i dotarło do mnie, że przecież przebywamy jeszcze w jednym z warszawskich hoteli, a w nocy wróciliśmy z poprawin wesela Ani i Bobka. Nie rozumiałam zatem, co cudowna kofeina robi w naszym pokoju, lecz gdy odwróciłam głowę, wszystko stało się jasne. Na stoliku przy łóżku czekała taca ze śniadaniem, natomiast Woody łaził po pomieszczeniu w czarnym t-shircie i niebieskich bokserkach, pałaszując sporych rozmiarów kanapkę. Zatrzymał się, gdy dostrzegł, że go obserwuję i uśmiechnął się przez zaciśnięte usta.
   -Dzień dobry. - zaświergotał przesuwając dłonią po przyciskach podnoszących zewnętrzne rolety, wpuszczając jednocześnie do środka promienie słoneczne. -Dobrze spałaś? Nie miałem serca cię budzić, ale zbierałem się, by to zrobić, bo twoja kawa stygnie. Smacznego.
   -Dziękuję. - rzuciłam z wdzięcznością i wyciągnęłam rękę po posiłek. Zanim jednak ugryzłam pierwszy kęs, skarciłam mojego chłopaka wzrokiem. -Przestań wyrabiać te kilometry i wróć do łóżka, proszę.
   Obrzucił mnie zaskoczonym spojrzeniem, po czym połknął to, co miał w buzi i roześmiał się głośno. Dźwięk roznosił się po ścianach jeszcze jakieś pół minuty, a ja cierpliwie oczekiwałam jakiegoś wytłumaczenia.
   -Myślałem, że boisz się o dziurę w podłodze. - z wyszczerzem na twarzy uniósł brwi, hamując kolejny atak głupawki. -Okej, już idę.
   Ściągnął koszulkę, rzucił ją na fotel i po pas wsunął się pod kołdrę. Przytuliłam się do niego bez większego zastanowienia, na co objął mnie ramieniem, gładząc palcami jego górną część. Nie chciałam zgrywać kochającej dziewczyny, chciałam pokazać, że mi na nim zależy nawet, jeśli wiecznie zrzędzę.
   -Pamiętasz, że lecisz dziś do Hiszpanii? - spytał, na co przymknęłam powieki. Brawo, Reus, jesteś taki romantyczny.
   -Zawsze idealnie strzelisz pytaniem. - zripostowałam kąśliwie, przewracając oczami. Westchnął.
   -Upewniam się. - usprawiedliwiał swą dociekliwość. Oczywiście, pewnie zastanawia się, czy może wieczorem zaprosić do mieszkania Carolin Böhs. Ugh, przy najbliższej okazji usmażę ją na grillu i przyprawię chilli.
   -Na szczęście tym razem na ostatnie kilka dni. Dwie doby zdjęć, jakaś kolacja i może pokażą nam pierwsze efekty. A później mogę już na dobre się stamtąd wyprowadzić.
   -A premiera?
   -To już inna sprawa. No i będziesz tam ze mną. - uniosłam głowę, by sprawdzić jego reakcję. Wykrzywił się.
   -Skoro nie pozostawiasz mi wyboru...
   -Nie pozostawiam. - ostrożnie zmierzwiłam jego włosy, by przypadkiem nie udławił się przełykanym właśnie pomidorem. -W zasadzie sam zamknąłeś sobie drogę ucieczki, obiecując mi swoją obecność.
   -I dotrzymam słowa. - dodał unosząc brwi. -Ale najpierw daj mi dobrą radę: powinienem kupić środki nasenne czy opaskę na oczy?
   -Co? - zmarszczyłam czoło, oczekując dokładniejszych wyjaśnień. Wypowiadając to zdanie sądził chyba, iż do mózgu wszczepiono mi czytnik jego myśli. Jęknął z dezaprobatą.
   -No wiesz: pytam, czy film jest tak nudny, że lepiej go przespać czy tak wyuzdany, że lepiej na niego nie patrzeć.
   -Marco... - zerknęłam na niego litościwie, kiedy ponownie się roześmiał. -To żart?
   -Tak trochę. A mówiąc poważnie, nie ukrywam, że boję się to oglądać.
   -Dlaczego? - odwróciłam się tak, iż siedziałam teraz przodem, by móc rejestrować każdy ruch jego mięśni twarzy. Westchnął ciężko.
   -Dobrze wiesz, dlaczego. - mruknął wyciągając rękę po swój kubek z kawą. -Gdybym tylko mógł, nie przestudiowałbym tej produkcji nigdy w życiu, lecz jeśli nie zrobię tego na premierze, z pewnością z czystej ciekawości pójdę do kina, więc lepiej przebrnąć przez to bagno najszybciej, jak to możliwe. Pierwszy i ostatni raz.
   -Kochanie, jeśli naprawdę nie...
   -Lena, gdy włożyli ci stopę w stabilizator, a ja odmówiłem zabrania cię na mecz w Amsterdamie, przekonałaś się, że nie zmieniam zdania, gdy nie zachodzi potrzeba. Teraz też obstaję przy swoim i nie próbuj tego negować.
   -Kocham cię. - rzuciłam wtulając policzek w jego obojczyk, na co zatopił wargi w moich włosach. -I kocham twoją stanowczość.
   -I powiedz jeszcze, że jestem najlepszym piłkarzem na świecie, wtedy będę wielce ukontentowany.
   Nagły atak śmiechu, jaki mnie dopadł sprawił, iż odsunęłam się od Niemca, obejmując brzuch rękoma, by móc się uspokoić. Woody przyglądał się moim poczynaniom mocno zniesmaczony, zatem przypuszczałam, że zaraz strzeli focha. A podobno to moja robota!
   -W porządku, zgadzam się. - wyprostowałam się, po czym ujęłam jego twarz w obie dłonie. -Marco James'ie Reus, jesteś najlepszym piłkarzem na świecie. Do tego najprzystojniejszym, najcudowniejszym, najlepiej zbudowanym i najbardziej czarującym facetem. Najinteligentniejszym raczej nie, lecz to ci chyba nie przeszkadza.
   -Nie. - potwierdził i nie czekając dłużej, ostrożnie musnął moje usta. Obejmując mnie w pasie, przyciągnął do swojego ciała, wsuwając ręce pod koszulkę. I zapewne nasz poniedziałek zacząłby się tak, jak pragnęliśmy tego w tamtej chwili, aczkolwiek pewna para pokrzyżowała nam plany. Usłyszeliśmy krótkie pukanie, a sekundę później w progu stanęli Mario oraz Ann-Kathrin. Zatrzymali się tam, dopóki Marco nie pozwolił mi odsunąć się na bezpieczną odległość. Szybko poprawiłam nocny t-shirt, a mój chłopak oczywiście przeczesał rozwichrzone włosy.
   -Widzę, że śniadanko zjedzone, kaca brak... - palnął Götze z kąśliwym uśmieszkiem. -Dzień dobry, gołąbeczki! Wstajemy, dzień już się zaczął, słoneczko pięknie świeci, czas wysunąć dupkę z cieplutkiej pościeli! Woody, zanim wysuniesz swoją, upewnij się, że ją odziałeś. Nie muszę oglądać cię tak, jak stworzonego przez Boga.
   -Ktoś tu jednak ma kaca. - bąknął blondas, wywołując tym samym oburzenie przyjaciela. -A swoją drogą, tęskniłem za tym, Mario. Na obozach i meczach wyjazdowych Auba budzi mnie torpedami z ręczników lub pociskami z papierowych kulek. Nie umiem określić, co gorsze.
   -Oho, więc zagadka twojej postępującej głupoty rozwiązana! - Monachijczyk wyciągnął przed siebie palec, kreśląc nim kółka w powietrzu. -Jego broń uderza w twój mózg, a on kruszy się pod wpływem uderzenia. No co, jestem ścisłowcem, w gimnazjum miałem piątkę z fizyki.
   Panowie mierzyli swe sylwetki niemalże z żalem, a Ann i ja wymieniłyśmy porozumiewawcze spojrzenia. Duet Götzeus znów w natarciu. Utrzymywali stały kontakt przez internet i komórkę, a gdy tylko się spotykają, pajacują, dopóki ktoś nie wyznaczy im granicy normalności. Lub dopóki zwyczajnie jej nie przekroczą.
   -Dobra, wygrałeś. - oświadczył Reus, przewracając oczami. -Co was sprowadza w nasze... Emm... Skromne progi?
   -Wycieczka. - wyjaśnił hasłowo Mario, najwyraźniej dumny ze swojej zwięzłości. Spojrzeliśmy na niego nic nie rozumiejąc.
   -Wpadliśmy na pomysł pozwiedzania Warszawy. - uzupełniła modelka. -Podczas Euro nie starczyło nam czasu, a ty i Robert przecież stąd pochodzicie. Pomyśleliśmy z Mario, że może zechcielibyście wcielić się w rolę przewodników dla kilku niemieckich turystów...
   -Jasne, z wielką chęcią. - odpowiedziałam uśmiechając się szeroko. -Lewy na pewno też na to przystanie. Śpią jeszcze z Anią?
   -Tego nie sprawdziliśmy. - brunet wzruszył ramionami. -Nie wypada, no nie? Zakładam, że nie śpią, tylko konstruują ci chrześniaka, Lena.
   -Mario! - krzyknęła Ann, kilkakrotnie waląc go w głowę. -Zaraz wyślę cię na izbę wytrzeźwień!
   -Chrześniaka nie doczekam się jeszcze kilka lat. - przyznałam, wciąż zanosząc się śmiechem. -Anka trenuje karate, obecnie nie planują dzieci.
   -W takim razie prędzej Lewy zostanie ojcem chrzestnym, co? - zabawnie poruszył brwiami, na co Marco głośno wypuścił powietrze z ust. Odniosłam wrażenie, iż moje podbrzusze eksploduje od potężnej dawki humoru.
   -Dość, Götze, wychodzimy. - jego ukochana złapała go pod ramię i niemal siłą wystawiła za drzwi. -Przepraszam. Daj znać, jeśli coś ustalicie, okej?
   -Już do nich dzwonię, odezwę się. - podniosłam się z łóżka w poszukiwaniu telefonu, lecz zanim wykręciłam numer do Bobka, zerknęłam znad ekranu na Woody'ego. Obserwował mnie z tajemniczym bananem na ustach.
   -Żarciki żarcikami. - podsumował pod nosem. -Ale jeszcze tak się stanie, zobaczysz.


~~~


<Marco>
   Późnym popołudniem wylądowaliśmy z powrotem w Dortmundzie, ponieważ jutro Klopp odbierze nam wszystkie przywileje, jakie otrzymaliśmy w związku ze ślubem Lewego oraz Anny i wznowimy przygotowania do pierwszego meczu w nowym sezonie Bundesligi. Ten zbliżał się wielkimi krokami i powoli wypełniał swym istnieniem nasze głowy. Chcieliśmy dobrze wejść w rozgrywki i możliwie jak najdłużej utrzymać formę godną wicemistrza Niemiec. Ciągle mamy wiele do udowodnienia, nie tylko największym i najgroźniejszym rywalom, ale i kibicom oraz sobie samym. Wraz z pierwszym gwizdkiem sędziego będziemy gotowi, by podjąć to wyzwanie.
   Kilka następnych dni przeżyłem w stresie, ze względu na niepokojące informacje z Barcelony. Lena skarżyła się na coraz częstsze bóle brzucha, problemy ze snem i ogólne osłabienie organizmu. Wprawdzie skończyli już zdjęcia do filmu, aczkolwiek wciąż w napięciu oczekiwali dnia premiery. Wczoraj spotkali się, by wspólnie zjeść pożegnalną kolację, po której otrzymałem od niej sms-a, że opuściła towarzystwo znacznie wcześniej, bo źle się poczuła, miała zawroty głowy i uznała, iż lepiej położyć się do łóżka. Nie odebrała ode mnie telefonu, tłumacząc to potrzebą ciszy i spokoju, więc po prostu jej go dałem, choć w rzeczywistości cholernie się o nią martwiłem. Winą za jej kiepski stan zdrowia obarczałem siebie - zbyt późno doszedłem do wniosku, że mogłem ugryźć się w język, gdy w Warszawie rozmawialiśmy na temat premiery i nie przelewać na nią swoich obaw. Była wystarczająco zestresowana tym faktem, a ja dołożyłem dodatkowo swoje wątpliwości i uwagi. Niestety, czasu już nie cofnę, lecz gdybym tylko dostał wolne, zapewne bukowałbym już bilety na samolot do Hiszpanii, jednak nawet na to nie liczyłem. Trener nie uznałby złego samopoczucia mojej dziewczyny za sytuację awaryjną, pilną czy poważną, więc pozostało mi odczekać ten pieprzony tydzień do pokazu. Uzbrój się w cierpliwość, Reus, nic innego ci nie pomoże.
   Po którymś z treningów, który trwał dla mnie w nieskończoność, odebrałem wiadomość od Carolin. Pytała, czy znajdę chwilę czasu, by wyskoczyć z nią na kawę. Zgodziłem się. Być może właśnie tego potrzebowałem - trochę luzu i małej odskoczni, dzięki której spojrzę na problemy Leny przychylniejszym okiem i bardziej opanowany. Poza tym, Caro przestała stosować wszelkiego rodzaju gierki i podchody, nie istniał zatem żaden powód, bym nie darzył jej zaufaniem. Znaliśmy się kilka lat, wiele razem przeszliśmy,  i miałem niemałe pojęcie o jej charakterze. Okej, na początku mnie zaskoczyła i to z grubej rury, ale wszystko wróciło do normy. Kontaktowaliśmy się jak kumpel z kumpelą. Po prostu.
   Umówiliśmy się w Vapiano i gdy wszedłem do środka, już na mnie czekała. Swego czasu regularnie jadaliśmy w tym miejscu, więc doskonale wiedziała, który stolik zająć. Przywitaliśmy się, po czym usiadłem naprzeciwko z kartą dań, by zamówić coś konkretnego. Na zajęciach z Jürgenem zgłodniałem jak wilk, ale to żadna nowość. Przeważnie wychodziłem ze stadionu z pustym żołądkiem, bo śniadania całą drużyną jadaliśmy zaledwie dwa razy w miesiącu. I tylko śniadania.
   -Zamówiłam twój ukochany makaron. - powiedziała z uśmiechem widząc, z jaką gorliwością lustruję menu. -Podadzą za dziesięć minut.
   -Boże, dzięki. - rzuciłem odkładając kartę. -Umieram z głodu. Auba wyjątkowo guzdrał się pod prysznicem i przez niego wyszedłem znacznie później, niż planowałem. Za karę następnym razem wykąpie się w butelce wody.
   -Co za okrutność, Marco. - roześmiała się pogodnie. -Kiedyś nie tryskałeś taką agresją.
   -Życie nauczyło mnie walczyć o swoje. Gdybym się nie starał, nie miałbym teraz miejsca w podstawowym składzie, uznania kibiców, statusu przywódcy... Nie miałbym też Leny. To długa historia. - dodałem, gdy dostrzegłem, że patrzy na mnie pytająco. -Może zabrzmię śmiertelnie egoistycznie, ale zdawałem sobie sprawę, że na nią zasługuję. I było warto.
   -Opowiedz mi o tym. - poprosiła splatając ze sobą palce obu rąk. Zmarszczyłem czoło.
   -O czym?
   -O waszej znajomości. Jak się poznaliście, jak zerwała z chłopakiem i jak wyglądała droga do waszego związku. Jeśli chcesz, oczywiście.
   -To żaden problem. - zapewniłem zaskoczony. -Pytanie, czy to ty na sto procent chcesz tego wysłuchać.
   -A dlaczego nie? - wzruszyła ramionami. -Obecnie mogę jej jedynie zazdrościć, więc trochę historii chyba mi nie zaszkodzi, prawda?
   Westchnąłem, uśmiechając się półgębkiem. Zawsze lubiłem wspominać ten okres mojego życia, choć wcale nie był prosty. Gdy po raz pierwszy zobaczyłem Lenę na lotnisku w Dortmundzie, wiedziałem, że kogoś ma. Mimo to, widywaliśmy się w miarę systematycznie i dość szybko zaczęliśmy się dogadywać, aż do przełomu na Ibizie, czego dalszą konsekwencją stały się wydarzenia w moim mieszkaniu. Wtedy wyjechała, a ja błyskawicznie za nią zatęskniłem... Całe szczęście, bo Štilić połamałby jej wszystkie kości. Zostawiła go, przeprowadziła się do Niemiec, a przez intrygę głupiego Lewandowskiego dowiedziała się, co do niej czuję. I w zasadzie w tym miejscu zdobyłem ją po raz pierwszy. Zamieszkała u mnie i pozwalała się zdobywać. Oboje doświadczaliśmy wzlotów oraz upadków, lecz potrafiliśmy się podnieść i pomóc sobie nawzajem. Jednak, gdy wyjechała w końcówce listopada... Nadal sądzę, iż to najgorszy miesiąc w mojej pieprzonej egzystencji. W tym czasie drażnili mnie wszyscy i wszystko, z wyjątkiem Nico. Ale został mi obficie wynagrodzony, bowiem kiedy Lena wróciła, została już na stałe. Tak jest do dziś i głęboko wierzę, że będzie już zawsze. To całkiem możliwe.
   Właśnie tyle przekazałem Carolin. Wystarczająco, by ją usatysfakcjonować, ale i nie zdradzać intymnych faktów naszego związku. To, co nasze, pozostanie nasze. Ona też wyznawała tą zasadę, więc powinna ją akceptować. Gadałem i gadałem, a ona słuchała, co jakiś czas robiąc przerwę na wpakowanie do ust zamówionego jedzenia. Z mojego talerza znikało w zaskakującym tempie, lecz to przecież normalne. Klopp i jego wyciski...
   -Mniej więcej tak to się potoczyło. - zakończyłem odkładając widelec. Zerknęła na mnie, ale z jej twarzy nie wyczytałem kompletnie nic.
   -To piękne, Marco. - przyznała zamyślona. -Teraz przynajmniej rozumiem, dlaczego tak bardzo ją kochasz.
   -Nie kocham jej za to, że musiałem sprawić, by mnie zechciała czy za to, że się o nią starałem. - sprostowałem. Zamierzałem rozbudować wątek, gdy usłyszałem nadchodzące połączenie. Obdarzyłem Caro przepraszającym spojrzeniem. -Wybacz, że odbiorę, ale to trener. Pewnie coś ważnego.
   -Marco? - wypalił, zanim zdążyłem się odezwać. Roześmiałem się. Tak błyskawiczny Jürgen dawno się nie ujawniał. -Bardzo jesteś zajęty?
   -No... Trochę. A o co chodzi?
   -Przyjedź ponownie do klubu. Musimy poważnie porozmawiać.
   -Ale...
   -Nie zadawaj zbędnych pytań. - mówił twardym, nieznoszącym sprzeciwu głosem. -I pospiesz się, proszę.
   Rozłączył się, pozostawiając mnie z totalną niewiedzą. Świetnie. Jeden problem z Leną to najwyraźniej zbyt mało.


***


Rozdział pisany torpedą, ale nawet jakoś wyszedł, jestem z niego zadowolona. Jest wprowadzeniem do tzw. 'akcji właściwej', czyli od 16-tki przechodzimy do sedna opowiadania :)

I jeszcze jedna informacja... Kochane, planuję zawiesić drugiego bloga, nie ze względu na brak rozdziałów, a brak czytelników. Nie wiem, skąd ten problem - jedna z Was napisała, że woli to opowiadanie... Więc okej. Ponieważ i tak Was kocham, zgodnie z obietnicą, wrzucę w poniedziałek rozdział czwarty. Jeśli pojawi się pięć komentarzy, dam mu jeszcze szansę. Jeśli nie - najpierw dokończę to, a później wrócę do tamtego. Może wtedy przekonacie się do bohaterów :)

Jestem potwornie zawiedziona losowaniem grup LE. Niemcy nie przyjadą do Polski :( Ogromna szkoda, ale nadzieja umiera ostatnia ♡
Do usłyszenia!